Produkcja magistrów na UJ (okres PRL) w wytwórni Juliana Haraschina

baner historia PRL

Produkcja magistrów na UJ (okres PRL) w wytwórni Juliana Haraschina

Z:Trzy twarze Juliana Haraschina – Krystian Brodacki, Arcana,2015

(mały fragment)

  1. Śledztwa akt II: producent magistrów

Śledztwo w sprawie Haraschina i towarzyszy obracało się wokół trzech głównych tematów:

  1. Łapówkarstwo; 2. Nadużycia na Wydziale Prawa UJ; 3. Obalenie mitów o Haraschinie – rzekomym bohaterze Września i bojowniku polskiego Podziemia w okresie okupacji hitlerowskiej. Temat pierwszy przedstawiłem wyżej. Teraz czas na sensacyjny temat 2, o największym ciężarze gatunkowym. Co ciekawe, na ten bulwersujący trop prokuratura wpadła przez przypadek: uwagę śledczych zwrócił fakt, że oskarżony Frasik, chłop z pochodzenia, robotnik z zawodu, kombinator i handlarz walutami z wyboru- jest zarazem magistrem prawa! Dlaczego nie wykonuje swego fachu, dlaczego nie pracuje jako radca prawny, albo też nie stara się odbyć aplikacji adwokackiej i zdać egzaminu, który pozwoliłby mu uzyskać wpis na listę adwokatów ? Dotarły też do nich krakowskie plotki o Studium Zaocznym.

Dość ciekawych wyników dostarczyła rewizja w domu Haraschina: przechowywał tam sporą ilość czystych kart papieru maszynowego, podpisanych in blanco przez różne osoby, np. przez naukowców z Wydziału Prawa UJ, prof. Kazimierza Opałka i kierownika Punktu Konsultacyjnego SZWP w Katowicach mgr. Tadeusza Hanauska. Znaleziono karty egzaminacyjne studentów SZWP, oraz dwa niezbyt przyjemne anonimy; podpis pod jednym z nich brzmiał: „Życzliwi studenci 4 roku”. Była też wizytówka Henryka Wolfa z krótkim liścikiem zaczynającym się od słowa: „Juleczku!”.

Wolf złożył obszerne zeznanie 8 października 1962 r.; wniosło do śledztwa dużo, może nawet trzeba je nazwać przełomowym. Przedstawiam jego istotny fragment:

Byłem wtedy Pełnomocnikiem Ministra Zdrowia do spraw Funduszu Narodów Zjednoczonych na Rzecz Dzieci UNICEFF. Poznałem Haraschina w gabinecie płk. Batkiewicza w Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego. W szerszym gronie na zaproszenie Haraschina widywałem się z nim w warszawskich kawiarniach lub restauracjach; w tych spotkaniach brali udział Batkiewicz, Cynkin, lekarz Stuczyński. Płacił za wszystkich Haraschin, a były to sumy równające się mojej miesięcznej pensji… W pewnym momencie, gdzieś miedzy rokiem 1955 a 1957, Haraschin zaproponował załatwienie dla mnie dyplomu magistra prawa, twierdząc, że nie będzie z tym żadnego problemu. On miał taką siłę przekonywania, że uległem i zgodziłem się uzyskać taki dyplom…

Pod dyktando Haraschina napisał podanie o przyjęcie od razu na… piąty rok studiów, powołując się na egzaminy „prawnicze i ideologiczne”, zdane jakoby na Wieczorowym Uniwersytecie Marksizmu Leninizmu w Warszawie.

Wyjaśnijmy, że studia na WUML nie były uważane za ekwiwalent jakichkolwiek studiów wyższych, ale „dziekan” SZWP nie przejmował się takimi drobnostkami. Zresztą Wolf studiował rzekomo na Uniwersytecie Warszawskim i miał indeks nr 239; w rzeczywistości taki numer należał do Andrzeja Moraczewskiego, naprawdę przez pewien czas studiującego na Studium Zaocznym Wydziału Prawa UW, aliści już dawno skreślonego z listy studentów…

W rekordowym tempie Wolf zdał zaległe i bieżące egzaminy; wkrótce przedłożył gotową pracę magisterską i poprosił o termin egzaminu magisterskiego. Recenzent pracy zastępca profesora dr Antoni Walas ocenił ją jako bardzo słabą, ale „przejawia pewien wysiłek autora, co uwzględniając brak zdolności w kierunku głębszej analizy zagadnienia – skłania do uznania pracy jako jeszcze odpowiadającej wymogom pracy magisterskiej”. Brawo! 17 czerwca 1957 r. komisja egzaminacyjna w składzie: Haraschin – przewodniczący, oraz dr Walas i doc. dr Mieczysław Sośniak uznała, że wiedza studenta Henryka Wolfa upoważnia do nadania mu tytułu magistra praw. Po pewnym czasie dyplom odebrał. Ale tu wmieszała się jego małżonka, znacznie od niego mądrzejsza (i uczciwsza):

– Czyś ty zwariował? Chcesz mieć kłopoty? Zniszcz mi zaraz ten „dyplom”!

Mąż usłuchał, oddał dokument żonie, a ta go spaliła.

Idąc tropem Wolfa wezwano na świadka płk. Józefa Batkiewicza, szefa Departamentu Wojskowego w Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego. Poznał Haraschina w Krakowie, podczas narady na temat Studiów Wojskowych, podczas której Haraschin wygłosił referat, po czym zaprosił wszystkich do siebie na kolację; byli tam płk Cynkin i prof. Opałek. Odtąd Batkiewicz nieraz będzie gościł u „Juleczka”, który okazał się tak uczynny, że załatwił mu przyjęcie na studia na Wydziale Prawa… Osobiście przedstawił go dziekanowi Opałkowi, podkreślając splendor, jaki spływa na Wydział, skoro dyrektor z Ministerstwa będzie studiował na UJ. Co dalej ? Kiedy jeden z profesorów zagadnął pewnego dnia szefa Studium, dlaczego Batkiewicz nie pojawia się na seminariach, ten odpowiedział:

Z uwagi na wielkie wydarzenia polityczne (XX zjazd KPZR, obalenie kultu Stalina oraz napięta sytuacja w kraju) jest służbowo bardzo zajęty, więc jego nieobecność uznałem za całkowicie usprawiedliwioną. A pracę magisterską pisze w Warszawie, ma przecież do dyspozycji bibliotekę ministerialną. Proszę zatem zaliczyć mu seminarium…

Batkiewicz: Zostałem zwolniony z obowiązku uczęszczania na wykłady i zajęcia. Nie pamiętam pod czyim kierownictwem pisałem swą pracę magisterską Dostałem od jakiegoś profesora temat pt. „Stosunek pracy a służba wojskowa”. Spotkałem się z nim ponownie dopiero podczas jej obrony. On chyba w 1961 r. był sekretarzem organizacji partyjnej na UJ… W trzy miesiące po obronie pracy otrzymałem dyplom……..

. Jedną z gwałtownych miłości towarzysza Tadeusza została około 1955 r. Jolanta Kurc, 25-letnia pianistka w Centralnym Zarządzie Radiofonizacji Kraju: pisał do niej płomienne wyznania, a między jednym a drugim zaproponował jej szybkie uzyskanie dyplomu magistra prawa… Miała obiekcje, ale je rozwiał: „Joleczko, moja w tym głowa. Wszystko będzie dobrze!” I było, aż zanadto. Zaliczono jej kilka lat studiów na SGPiS i 15 listopada 1955 r. została przyjęta od razu na IV rok prawa, na studia stacjonarne [!], a następnie rozpętał się istny festiwal cudownie zdanych egzaminów. Tym razem posłużę się konkretami: oto pełna ich lista, według karty egzaminacyjnej Jolanty Kurc,

s.229 230

 

Jak skomentować powyższe curiosum? Choć sześciokrotnie występuje brak roku w dacie egzaminu, niewątpliwie chodzi o rok 1955. Pomijając cztery daty z roku 1956, oraz jeden przypadek braku wpisu i jeden w ogóle bez daty, otrzymamy liczbę siedemnastu egzaminów, zdanych rzekomo w listopadzie (trzy) i w grudniu (czternaście, a w tym-6 egzaminów w ciągu jednego dnia: 14.12.1955 r.!) w roku 1955. Nawet gdyby panna Kurc była wyjątkowo pracowitą i zdolną studentką, nie byłaby w stanie zdać aż tylu. A jednak, wcale nie uczęszczając na zajęcia (wszak pracowała w Warszawie), uzyskała wpisy wybitnych uczonych, złożyła pracę magisterską Stosunek pracy z nakazu pracy (prof. Walas dał jej notę „powyżej dostatecznej, a poniżej dobrej…”), z wynikiem dobrym zdała egzamin magisterski przed profesorami Opałkiem, Walasem i Walaszkiem i 25 czerwca 1956 r. otrzymała dyplom. „Widzisz? Nie mówiłem?”, cieszył się jej ukochany, „To wcale nie było trudne!”.

P.S.

jw – Warto przeczytać w całości. Produkcja niby-dyplomów to nie jest wynalazek ostatnich lat. Ta patologia jest głęboko zakorzeniona w systemie. Niestety historia patologii akademickich w interwale PRL-III RP nie jest poznana, ani badana przez historyków, którzy na ogół heroicznie walczą aby nie poznać tego co badają. ( https://blogjw.wordpress.com/2013/03/25/jak-badacze-walcza-aby-nie-poznac-tego-co-badaja/)

Te fragmenty pochodzą z książki napisanej przez publicystę, pianistę, autora książek o jazzie. Ciekawe dlaczego liczni i wybitni historycy UJ nie podjęli tak frapującego tematu, mimo że pisali Dzieje UJ (kompletne dyrdymały na odcinku PRL-III RP –https://blogjw.wordpress.com/2009/03/25/lustracja-dziejow-uniwersytetu-jagiellonskiego/ ).

Widocznie tresura profesury w PRL, którą autor w książce dokumentuje, przyniosła efekty rozciągające się na kolejne dziesięciolecia, mimo tzw. transformacji ustrojowej. Degrengolada profesury bynajmniej nie ustąpiła, a dodatkowo jakby przyplątała się amnezja – widoczny objaw pokrzywdzenia profesury ( i nie tylko) przez system nihilizmu moralnego.

Julian Polan-Haraschin – okrutny prawnik, „Krwawy Julek”, TW”Karol”

https://lustronauki.wordpress.com/2009/07/17/julian-polan-haraschin/

Inwigilacja Karola Estreichera w dokumentach IPN

dokumenty IPN

Inwigilacja Karola Estreichera w dokumentach IPN

kilka przykładów z : Karol Estreicher jr – Dziennik wypadków T. VII  część II Wyd. Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, 2013

– Dokumenty IPN na str. 467- 683

1

2

3

3 cd

4

5

Karol Estreicher – historyk sztuki, w czasach PRL mówił co myślał, więc cierpiał

https://lustronauki.wordpress.com/2009/12/07/karol-estreicher/

W Polsce powinno się natychmiast przeprowadzić weryfikację wszelkich tytułów naukowych

baner weryfikacja

Polityczne doktoraty i tytuły profesorskie nie wiadomo za co!

pressmix.eu

Do najbardziej stetryczałych i zabetonowanych ideologicznie instytucji należą współcześnie niestety nasze wyższe uczelnie! Za czasów komunizmu wiele doktoratów nadawano aparatczykom PZPR na uczelniach w ZSRR, NRD i innych krajach RWPG. W WSI i SB funkcjonariusze, szkoleni w Moskwie i Kujbyszewie wracali z takich szkoleń, prowadzonych przez KGB często z tytułami magistrów lub doktorów nauk politycznych. W PRL-u droga do karier politycznych prowadziła poprzez szkolenia w KC PZPR. Jednym z takich „naukowców” współpracujących z KC PZPR był między innymi Leszek Balcerowicz, który jako działacz PZPR jeździł po PRL-u i głosił wyższość ekonomii socjalistycznej nad wolnym rynkiem.

Po 1989 roku żadnemu z doktorów i profesorów mianowanych w PRL-u nie odebrano tytułów, lecz przepoczwarzono ich na reformatorów!…..

……

W Polsce powinno się natychmiast przeprowadzić weryfikację wszelkich tytułów naukowych na wszystkich wyższych uczelniach zarówno państwowych jak i prywatnych, bo w przeciwnym razie wtórni analfabeci będą obniżać już mocno zaniżony poziom nauczania oraz szkodzić prawdziwym autorytetom naukowym!

Kto powinien przeprowadzić taką weryfikację?

Profesorowie, którzy nigdy nie należeli do PZPR, ani do PSL, ani do jakiejkolwiek innej partii politycznej, oraz nigdy nie piastowali jakichkolwiek stanowisk we władzach zarówno rządowych jak i samorządowych!

Rajmund Pollak

Doniesienie agenturalne na UJ

baner historia PRL

Doniesienie agenturalne na UJ

z: Karol Estreicher jr – Dziennik wypadków T. VII  część II Wyd. Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, 2013

UJ 1

UJ 2

UJ 3

Szkołami wyższymi rządzi w istocie tajna milicja

baner historia PRL

Szkołami wyższymi rządzi w istocie tajna milicja –

opinie Karola Estreichera o nauce i szkolnictwie wyższym w czasach komunistycznych

z: Karol Estreicher jr – Dziennik wypadków T. VII , 1981 – 1984. Wyd. Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, 2013

( wyróżnienia – jw)

Rok 1983 (wrzesień)

Likwidując własność prywatną, działalność rzemieślniczą, handel, warsztat) miejskie i wiejskie – rozbudowano w Polsce szkolnictwo wyższe w przekonaniu, że ono dostarczy specjalistów w każdej dziedzinie, którzy kierować będą warsztatami spółdzielniami. Wykształcono ogromną ilość specjalistów, inżynierów, księgowych i ekonomistów, dyrektorów i technicznej inteligencji. Ta zamieniła się w biurokrację bezduszną i bezmyślną. Natomiast warsztaty, małe fabryczki, drobny handel upal całkowicie. To co jest nie liczy się jako rynek pracy.

W ciągu czterdziestu lat młodzież wiejska i robotnicza rzuciła się do szkół wyższych, chcąc zdobyć byle jakie dyplomy zapewniające młodzieży awans społeczny. W zasadzie pęd był dobry, słuszny, nie wolno go obniżać w sensie wartości, jakie przyniósł poszczególnym osobom. Wyszła nowa warstwa inteligencji przeważnie chłopskiego czy robotniczego pochodzenia, wykształcona w stu przeszło szkołach wyższych w Polsce. Ta warstwa jest silnie reakcyjna, daleka od marksizmu, nieznosząca Rosji, szukająca zarobku, kariery, mieszkania, wyjazdu za granice, Marksizm uważa za zło konieczne, narzucone przez Rosję, zło które wolno okłamać, oszukać. okraść tak jak ono okrada i oszukuje obywateli na każdym kroku.

Dla tej nowej inteligencji stworzono nieskończoną ilość kolegiów, szkół wyższych, politechnik na bardzo, bardzo różnym poziomic. Niektóre szkoły-uczelnie są poważnymi instytucjami, inne zawodowymi szkołami z prawem nadawania tytułów, Istnieją szkoły skandaliczne jak np. Wyższa Szkoła Partyjna lub Akademia Spraw Wewnętrznych – senaty, berła, togi, rektorzy, tytuły, tytuły.,.

Zorganizowano te szkoły pospiesznie. Odebrano w nich władze senatom i profesorom, z rektora uczyniono urzędnika podległego ministrowi, milicji, wojsku. Młodzieży przyznano szerokie wpływy j możliwości brania aktywnie udziału we wszystkich posiedzeniach senatu i wydziałów, terroryzowania profesorów, grożenia i demonstrowania. Szkoły tylko z pozoru mają autonomię. W rzeczywistości są to okaleczone kadłuby — bez woli i co gorzej bez mózgów.

Mózg jest w najbardziej poufnych komórkach. Partii? W ministerstwach? Nie sądzę. Szkołami wyższymi rządzi w istocie tajna milicja, urzędy spraw wewnętrznych, ambasada radziecka. Nad wszystkim czuwa w Moskwie odpowiedni urząd do spraw polskich.

Rządy komunistyczne boją się ogromnie młodzieży akademickiej. Zaraz po wojnie wydawało się że rządy pozyskają młodzież każdemu studentowi nadają stypendium. Tak było w latach 50-tych. Potem przyszedł okres domów akademickich i klubów studenckich. Od 1960 roku zamieniono kluby studenckie w teatry i zespoły taneczne. Zaczęły się rozjazdy po całym świecie różnych zespołów studenckich. Bez sensu. Przewracały w głowie studiującym. Ciągłe obietnice wyjazdów od bieguna do bieguna – byle młodzież była układna i grzeczna wobec władzy marksistowsko-państwowej.

Równocześnie robi się co można by skłócić studentów ze szkolą. Szkoły mają obowiązek administrowania domami akademickimi i stołówkami. Są to olbrzymie, trudne w administracji przedsiębiorstwa. Senaty, profesorowie nie nadają się do tego. Rezultatem są spory, protesty, oskarżenia profesorów i uniwersytetów. Ministerstwa i Urząd Bezpieczeństwa tylko czekają na to.

W tym stanie rzeczy nauka, wykłady, seminaria są na drugim miejscu. Profesorowie lekceważeni, a prace naukowe uznane za niepotrzebne. Jeszcze przy naukach przyrodniczych sytuacja jest lepsza, przy technicznych nienajgorsza natomiast fatalnie jest z naukami humanistycznymi. Są wyraźnie lekceważone. Nauki prawne opanowane są przez siły porządkowo-milicyjne. Delikatnie, ale widocznie.

Szkoły ekonomiczne, czyli szkoły wróżbitów i blagi społecznej (w dużej mierze), opanowane są przez Partie. Wszędzie POP, organizacje polityczne, czujne i chytre młodzieżowe organizacje marksistowskie.

Dobór rektorów na ogół jest zły. Ministerstwo mianuje posłusznych profesorów rektorami.

Obiecuje im złote kariery, wyjazdy za granicę, członkostwo PAN: różne korzyści materialne. Klimaszewski na podróżach zagranicznych zarabiał miliony, bo za urzędowe dolary jeździł. Z Hieronimem Kubiakiem był w Ameryce, Persji, Hiszpanii, Francji – wszędzie najlepsze hotele, najwyższe diety (wiceprzewodniczący Rady Państwa!). Granice przejeżdżał bez rewizji celnych– mógł przemycić co chciał. Lepszy także korzystał z wygód rektoratu, zawierał umowy imieniem Uniwersytetu, za co był płatny zaliczkami. Grzybowski (Stefan – przyp. AJ) był skąpy dla siebie, rektor Popiołek z Uniwersytetu w Katowicach popierał dyrektora administracyjnego wmieszanego w seksualne mordy. Można Popiołkowi ten błąd darować. Karaś, rektor UJ, niezrównoważony psychicznie, po prostu grabił pod siebie. Rektor Akademii Medycznej w Gliwicach (Jonek – przyp. AJ) aresztowany został w Jugosławii za przemyt. Zygmunt Rybicki -wysoko partyjny przedwojenny komunista – wyrzucony został przez studentów z Uniwersytetu Warszawskiego za postępowanie z młodzieżą.

W Krakowie popierany był przez najwyższe czynniki dyrektor Instytutu Samochodów, niejaki doc. Staruch (był kandydatem na rektora), gdy nagle przyłapano go (1983) na przemycie skórek kuśnierskich za granice oraz jakiegoś tam złota i kosztowności. To tak przykłady brane od ręki…

Gdy z jednej strony kokietuje się młodzież chwaląc wszystko, co robią partyjni agitatorzy (Studencka Akademia Umiejętności, komitet koordynacyjny działalności studenckiej na polu kultury, Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej i wódz tego stowarzyszenia Jerzy Jaskiernia, który ma wysokie stanowisko polityczne -jest Ministrem dla Spraw Młodzieży), to z drugiej strony śledzi się je przez licznych tajnych agentów, szpicli i prowokatorów.

W pierwszym okresie szkół wyższych w Polsce po II wojnie Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego kierowane było przez profesorów jeszcze z przedwojennym wykształceniem.

Główną postacią Ministerstwa – egerią – była w swym czasie pani Eugenia Krassowska z Wilna, członkini Stronnictwa Demokratycznego, która zastraszała profesorów, rządziła jak chciała, więcej gadała niż robiła. Była nieznośna, W latach sześćdziesiątych Partia zainteresowała się szkołami wyższymi, zwłaszcza od czasu przyjścia Gierka do władzy.

Mianował on niejakiego generała Kaliskiego Ministrem Szkolnictwa Wyższego, a ten zaczął łamać profesorów, wymagać, ustawiać w szeregu. Pamiętam jakiś jego odczyt w Krakowie, w 1974 roku, gdzie żądał od profesorów i młodzieży karności, dyscypliny, podporządkowania się i tym podobne głupstwa wygłaszał.

Jest bardzo charakterystyczne, że najróżniejsi dygnitarze mają ciągłe pretensje do profesorów. Tak samo było w czasach Jędrzejewiczów: oskarżanie profesorów nie o brak prac naukowych, ale o brak propagandy. Panowie ministrowie sanacyjni, tak samo jak towarzysze ministrowie marksistowscy żądają, besztają, zastraszają.

Wśród tych kłopotów, pretensji, smutków trzeba podkreślić, że polska inteligencja naukowa była w stanie przy niewątpliwej pomocy rządu (tu podkreślić trzeba dość hojną rękę rządu zwłaszcza w czasach Cyrankiewicza) – otworzyć i urządzić szereg szkół wyższych: w Lublinie, w Gdańsku, Gliwicach, Opolu. Zapewne, że mając w ręku możność bezwzględnego postępowania nie jest trudno otworzyć szkołę wyższą. Komuniści sobie przypisują zasługę utworzenia tylu szkół i dyplomów dla nowego pokolenia inteligencji. Nikt nie podnosi jednak, że przede wszystkim szkoły wyższe były możliwe dzięki fachowemu wykształceniu polskiej inteligencji. O tym marksiści milczą.

Jaka jest naprawdę wartość prac naukowych polskich profesorów nie jest łatwo powiedzieć. Zapewne różna w różnych dziedzinach wiedzy. Usłużna prasa ciągle pisze o światowych osiągnięciach nauki polskiej, o sławie naszych uczonych za granicą… Być może, ale na ogół stwierdzić trzeba, że żaden z polskich uczonych przyrodników, fizyków, lekarzy nie osiągnął nagrody Nobla. Także nie słychać, aby nasi uczeni mieli zbyt wielki mir w Rosji. Dlatego pochwały prasy, a także samych uczonych naszych należy przyjmować z pewną dozą krytycyzmu. Jest inna sprawa, że nasi uczeni – inteligentni, zdolni, fachowi – witani bywają na Zachodzie z pewną dozą sympatii, może nawet i sławy. Nie sądzę jednak by nasze szkoły wyższe wraz z Akademią Nauk dorównywały badaniami wielkim ośrodkom amerykańskim, rosyjskim, francuskim, angielskim czy japońskim… Trudno jednak operować ogólnikami.

Inną rzeczą jest, że ci młodzi Polacy, którzy emigrowali i emigrują za granice, znajdują tam kawałek profesorskiego chleba, a tym samym uznanie. Znajdują na pewno, gdy mają coś wspólnego z Żydami lub mają przyjaciół miedzy Żydami -profesorami na uniwersytetach amerykańskich.

Nauki humanistyczne w Polsce leżą. Skończyło się dla nich zainteresowanie, a także wyczerpały liczne tematy. Zarówno historia i nauki historyczne jak i literackie i językowe nie mają wielkich uczonych. Nie wińmy za to marksizmu, rządu, ministerstw. Po prostu nauki humanistyczne nie dostarczają młodemu pokoleniu chleba. Ciągle oskarżane, prześladowane, obniżane, stłoczone w jednym wydziale PAN stoją niżej niż przed II wojną.

Nauki prawne nie słychać, aby coś znaczyły.

Podobnie nauki medyczne. Zapewne są w Polsce dobrzy lekarze i uczeni nawet, ale jak mogą pracować bez laboratoriów, bez asystentów, przy ciągłej walce o byt własny, klinik, swych badań naukowych.

Na zamknięciu Akademii Umiejętności nic PAN nie zarobiła. Nazwa, stosunki, moralnie bardzo mało. Członkostwo Akademii Umiejętności było honorowe, członkostwo PAN zapewnia pensje. Nową Akademie rozbito na szereg wydziałów przyrodniczo-technicznych. W Akademii Umiejętności akcent położony był na nauki humanistyczne. Teraz PAN nauki humanistyczne zaniknął, zdusił w jednym wydziale. Prawo razem z historią, literaturą i sztuką. W ciągu 30 lat nastąpił też upadek tych nauk w Polsce. Rozwinęły się nauki techniczne, potem przyrodnicze i lekarskie. Te ostatnie jednak są traktowane po macoszemu.

Dlaczego technika i technokracja są w PAN preferowane. Dlaczego chemia lub fizyka a nie medycyna, dlaczego matematyka, ale nie historia, a już na pewno nic historia sztuki? Bo nauki przyrodnicze oddziałują słabiej na świadomość narodową! Chemik nie wywiera takiego wpływu jak historyk.

Mało tego. Spostrzegłszy, że z nauk o człowieku i jego postępowaniu naród czerpie siły mogące obrócić się przeciw marksizmowi twórcy Akademii rozwinęli nauki fałszywe -jakby sztuczne kamienie lub imitacje. Prawo zastąpiono ekonomią i planowaniem, historie socjologią, a medycynę psychologią. Są to gałęzie nauki bez precyzji.

Akademia Nauk sprowadzona została do utylitarnych celów techniki, przemysłu, ekonomii – nie spełniała pokładanych nadziei. Raz po raz między jej członkami w jej instytutach wybuchał opór i bunt. Sfery partyjno-rządowe są ciągle zmuszane okazywać swe niezadowolenie, reformować, żądać, grozić.

We wrześniu 1983 list około 30 uczonych polskich protestujących przeciw ograniczaniu autonomii szkół wyższych podpisał Aleksander Gieysztor – prezes PAN. Na pewno za jakiś czas Akademię czeka jakaś reforma – oderwanie od niej licznych instytutów i zakładów – sprowadzenie jej do rzędu instytucji reprezentacyjnej.

Na takim tle szkół wyższych przypada rola PAN. Akademia Nauk była potrzebna, bo wiek XX i rozwój wiedzy technicznej i przyrodniczej tego wymagał. Ale tworząc Akademię Nauk w 1949 i 50 roku jej organizatorzy kierowali się szczególną nienawiścią do Akademii Umiejętności w Krakowie. Zniszczyć, zabrać, obniżyć -to był jeden z celów, jaki przyświecał twórcom PAN i jej moskiewskim mocodawcom.

Dziś po latach Akademia Nauk rozbita na niezliczoną ilość instytutów i zakładów, o wielu wydziałach, ze zduszoną, prześladowaną humanistyką nie oddziałuje. Od roku 1980, od Wałęsowskiego powstania z którym sympatyzowała dość wyraźnie, żyje życiem cofniętym, pod prezydencją prof. Gieysztora. Niepotrzebnie boi się jakiś zapowiedzianych reform, bo nie ona, PAN, będzie o nich decydować, ale odpowiednia jednostka dla spraw polskich w Moskwie.

Istota postępowania Rosji w stosunku do kultury polskiej polega na prowokowaniu niskich, złych uczuć u poszczególnych Polaków lub Środowisk tak, aby sami niszczyli rozmaite instytucje. Aby pod byle pretekstem zrywali tradycję, obniżali dokonania. Stara metoda, znamy ją dobrze z przeszłości. Na Litwie w czasach Nowosilcowa, w Królestwie za Paskiewicza i Berga.

I teraz też. W roku 1949 i 1950 gromada uczonych warszawskich z wileńskim prof. gimnazjum Dembowskim na czele, z humanistami jak Lorentz, Jabłoński, z wielu przyrodnikami, których nazwisk nawet nie potrafię wyliczyć, postanowiła zamknąć w Krakowie Akademie Umiejętności, przejąć jej majątek i agendy, tytuły, kontakty z zagranicą. Tę podłą robotę wykonano częściowo rękami krakowskimi: Nitscha, Szafera, Jana Dąbrowskiego w 1951 i 52 roku.

Naprawdę za likwidacją Akademii Umiejętności stała Moskwa – Stalin, Beria, w Warszawie Berman i Bierut. Nie mogli oni zapomnieć antyrosyjskiej roli Akademii Umiejętności powołanej przez Austrię po 1863 roku w Krakowie. PAU była instytucją antyrosyjską.

Wyższe Szkoły Blagowania i Fikcyjnych Tytułów Nadawania

baner historia PRL

Wyższe Szkoły Blagowania i Fikcyjnych Tytułów Nadawania (tytuł – jw)

z: Karol Estreicher jr – Dziennik wypadków T. VII , 1981 – 1984. Wyd. Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, 2013

(czerwone wyróżnienia – jw)

Rok 1982

Szkoła Główna Blagowania i Statystowania” – oto właściwa nazwa! Pojecie planowania potrzebne jest sprawującym władzę – zachłannie, drapieżnie, bezwzględnie -jako jeden, z wygodnych terminów, gdyż pustych, a bałamutnych.

Kto sprawuje władzę w imieniu proletariatu? Najczęściej są to niedokształceni agitatorzy w dawniejszym pokoleniu legitymujący się pobytem w więzieniu kapitalistycznym gdzie czytali pisma Marksa i Engelsa, potem zaś (w najlepszym razie) kombatanci z czasów II wojny.

Obecnie jednak są to aparatczycy wychowani i wykształceni przez partię na wątpliwej jakości kursach ekonomicznych lub w szkołach partyjnych – poczerń już jako wpływowym dygnitarzom posłuszne szkoły wyższe (np. Szkoła Główna Planowania i Statystyki) nadają im tytuły magistrów, doktorów, docentów, a nawet profesorów) zależnie od stanowiska, usług oraz łapówek.

Edward Gierek otrzymał na Akademii Górniczej (właść. Gómiczo-Hutniczej ~ przyp. D. Matelski) w Krakowie tytuł inżyniera na postawie jakiegoś fikcyjnego rozporządzenia. Młody Jaroszewicz miał w najbliższym czasie zostać w Krakowie inżynierem i docentem, a niedawno (już po wspomnianych aferach prezydent Krakowa J. Gajewicz nagle zaczął podpisywać się jako „dr” – podobnie wiceprezydent Żmuda).

Masowe fabrykowanie tytułów naukowych odbywa się w tej chwili (wiosna 1982) w ramach nowej blagi, czyli tzw. Reformy gospodarczej, która ma uratować zbankrutowaną ekonomię polską. Ta „reforma” to nowy mit, mający dostarczyć nowych rządzących stanowisk partyjnym dygnitarzom, jeszcze nie skompromitowanym za rządów Bieruta, Gomułki i Gierka. I ci nowi towarzysze potrzebują znowu tytułów z wyższych uczelni.

Wszyscy ci dygnitarze mianujący się w swych życiorysach wykształconymi fachowcami (niemal wyłącznie z zakresu inżynierów i ekonomistów, a zwłaszcza tych ostatnich, bo to w praktyce jest niesprawdzalne) wiedzą, że przecie nikt nie będzie miał siły i odwagi dochodzić na czym. jak i kiedy otrzymali owe tytuły.

Do tego dołączyła się w ostatnich miesiącach nowa kasta tytulantów.. Najciemniejszego gatunku wojskowi – żandarmi, milicjanci, agenci, obskurni oficerowie -nagle okazuje się, że są pułkownikami, generałami, a prócz tego doktorami (nawet habilitowanymi), docentami, profesorami.

Zaczęło się to jeszcze za Gierka (w latach sześćdziesiątych). Jako Minister Szkolnictwa Wyższego wypłynął niejaki generał Sylwester Kaliski (rzekomo znakomity uczony, fizyk, odkrywca promieni lasera, etc.). Był to pospolity żołdak (tak się zachowywał i przemawiał), ale rozsławiano go jako uczonego. Nie mając powodzenia w PAN zorganizował jakiś Komitet dla Spraw Nauki i Techniki (ok. 1970), który zdaje się, że uwiądł śmiercią naturalną nieuctwa, blagi, bezczelności.

Dodam, że nie są to sprawy ostatnich piętnastu lat. Właściwie tak było już od początku Polski socjalistycznej, od 1945 roku.

Najgłośniejszy w 1963 roku był wypadek „profesora” Haraschina na prawie, w Uniwersytecie Jagiellońskim. Haraschin, niedouczony urzędnik pocztowy, został prokuratorem i profesorem U J, brał łapówki. rozdawał tytuły. Pamiętam jak we Wrocławiu, w 1950 roku, funkcjonowała jakaś Wyższa Szkoła Prawa (nadająca tytuły), do której uczęszczali najciemniejsi kaci i śledczy z UB.

Niejaki Antoniszczak (wiceprezydent Krakowa, przepadły poseł na Sejm z 1957 roku), figura niewyraźna, fanfaron i mitoman – nie wykształcony zupełnie (niedawno wyrzucono go z partii za nadużycia) zaczął opowiadać, że jest polonistą („my humaniści”) ponieważ rzekomo był uczniem prof. Kleinera. Prezydent Krakowa Barszcz (skompromitowany w 1980 popełnił samobójstwo?) używał bezprawnie tytułu mgr inż. Politechniki. W rzeczywistości był majstrem budowlanym, wielkim dawcą i odbiorcą łapówek. Został ministrem budownictwa. Niemożliwie kompromitował rząd,….

Ślubowanie studentów PRLu

 

Ślubowanie studentów PRLu

ślubowanie studentów w PRL

z:Karol Estreicher jr – Dziennik wypadków T. VII , 1981 – 1984. Wyd. Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, 2013

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 47 obserwujących.