Duchota na uniwersytetach (dla przypomnienia ! nadal aktualne)

baner5

Duchota na uniwersytetach (fragmenty) 

Rzeczpospolita, 17.04.07 – Zdzisław Krasnodębski

Kariera dzięki SB

Jest przy tym charakterystyczne, że z ust antylustratorów nie padło ani jedno słowo o tych, którzy byli ofiarami donosów, którym donos złamał życie, którzy nie mogli pracować na uniwersytecie lub wyjeżdżać na stypendia. Nie padło też ani jedno słowo o tych, którzy dzięki współpracy z SB – a także dzięki przynależności do PZPR i ideologicznej usłużności – niezasłużenie robili karierę naukową. Nikt nawet nie zająknął się o etosie naukowca i wychowawcy uniwersyteckiego.

Odzyskać godność

Sprawa współpracy z SB to zresztą tylko część problemu – być może wcale nie najważniejsza. Przecież nie chodzi tylko o tajnych współpracowników SB, którzy w dużej części byli przymuszanymi do współpracy ofiarami systemu, lecz o tych, którzy całkiem jawnie wspierali PRL, nie dbając ani o standardy przyzwoitości, ani o standardy naukowe – i dobrze na tym wyszli, także w III RP. Po 1989 polskie środowisko akademickie nie zrobiło nic, żeby zmierzyć się z przeszłością. Nikt nie odszedł z uniwersytetów z powodu kompromitującej przeszłości, z powodu uprawiania marnej propagandy zamiast nauki, z powodu naruszania wolności akademickich. Nie dokonano refleksji nad stanem poszczególnych dyscyplin i rolą, jaką odgrywały one w PRL.

Krytycy lustracji w jednym mają rację. W istocie chodzi o godność – o jej odzyskanie. Naruszeniem godności nas wszystkich było życie w PRL, gdy pozbawiano nas podstawowych praw i wolności – słowa, dostępu do informacji i swobody poruszania się po świecie, gdy trudnym do spełnienia marzeniem była maszyna do pisania, angielska czy niemiecka książka.

Dzisiaj zaś naruszeniem godności nie jest wypełnienie oświadczenia – naruszeniem godności jest życie w tej dusznej atmosferze, którą usiłują stworzyć przeciwnicy ujawnienia prawdy o przeszłości.

Pamiętam też doskonale Uniwersytet Warszawski, na którym zacząłem studiować w 1972 roku i z którym niedobrowolnie rozstałem się w roku 1991, po zrobieniu habilitacji. Na Wydziale Filozofii i Socjologii, na którym studiowałem i pracowałem, było wielu wybitnych naukowców, nawet jeśli niektórzy z nich byli marksistami i członkami PZPR. Nie przypadkiem parę pracujących na tym wydziale osób, które wyemigrowały z Polski po 1968 roku, zrobiło światową karierę. Była dobra jak na polskie warunki biblioteka, która udostępniała książki gdzie indziej zakazane. Gdy więc ktoś pyta mnie, jak można było w PRL studiować socjologię, traktuję to jako wyraz kompletnej ignorancji.

Jako asystent, a potem adiunkt mogłem zajmować się tym, co mnie interesowało – fenomenologią, hermeneutyką, szkołą frankfurcką, Maksem Weberem – nikt mnie nie zmuszał do czytania Lenina, Marksa czy niestrawnych elaboratów domorosłych marksistów, za które również dostawało się naukowe tytuły.

Wolność reglamentowana

Ale ta wolność miała ściśle wytyczone granice. Pamiętam dobrze atmosferę konformizmu, serwilizmu, pamiętam intelektualną miałkość. Pamiętam, kto był sekretarzem partii w Instytucie Socjologii, kto przewodniczącym związków zawodowych, kto usłużnym wobec władz dyrektorem, kto chciał usuwać niewygodnych pracowników. Pamiętam, że asystentami zostawali ludzie, którym inteligencja nie pozwalała na pracę naukową. Pamiętam, że obok wartościowych prac powstawał chłam. Wystarczy sięgnąć po dawne numery „Studiów Filozoficznych”, „Studiów Socjologicznych”, „Człowieka i Światopoglądu”, by się o tym przekonać. Pamiętam także tych, o których szeptano, że to ubecy.

W ramach socjologicznych studiów były także takie przedmioty, jak? marksistowska teoria rozwoju społecznego „historia ruchu robotniczego i instytucje PRL. Na filozofii, bardziej przetrzebionej po 1968 i otwartej ponownie dopiero w 1973 roku, było znacznie gorzej niż na socjologii. Przerażający był Wydział Nauk Politycznych, gdzie 80 proc. studentów i zapewne 100 proc. kadry należało do PZPR. Niektórzy pracownicy tego wydziału publikowali w czasach pierwszej „Solidarności” broszurki w rodzaju „KPN – z historii zdrady” – dzisiaj wykładają teorie demokracji. Natomiast uniwersytety prowincjonalne były uniwersytetami tylko z nazwy.

Nie zapomnę także posiedzenia Rady Instytutu Socjologii w poniedziałek po wprowadzeniu stanu wojennego – rozpromienionego profesora Jerzego Wiatra, przerażonych innych członków tej rady. Pamiętam działalność podziemnej „Solidarności”, także krótki strajk w Instytucie Socjologii w stanie wojennym i zadziwiający fakt, że bardzo szybko się dowiedziano, kto go zorganizował.

Pamiętam swój pierwszy wyjazd zagraniczny do Dubrownika w 1977 roku. Potem wielokrotnie wyjeżdżałem tam na spotkania, w których brało udział wielu wybitnych niemieckich i polskich intelektualistów – od Hansa-Georga Gadamera do Józefa Tischnera – i z których wyrósł potem wiedeński Instytut Nauk o Człowieku. Biorący udział w jednym z tych spotkań, znający się na rzeczy Henryk Krzeczkowski ostrzegał nas wtedy, że gdy zbierze się parę osób, trzeba zakładać, że co najmniej jedna z nich jest informatorem. Ale nie braliśmy tego zbyt poważnie.

Dzięki poznanym w Dubrowniku niemieckim profesorom wyjechałem na stypendium do Niemiec. I to tam naprawdę zobaczyłem, co to znaczy wolność studiowania, na jakim poziomie może być i filozofia, i socjologia. Nawet w epoce gierkowskiej każdy taki wyjazd był aktem łaski. Jak się dzisiaj dowiaduję – nie tylko z prasy, ale także ze spóźnionych zwierzeń – niektórzy byli gotowi opłacić go udzielaniem informacji o swoich gospodarzach.

Niewiele się zmieniło

I właśnie dlatego, że tak dobrze to pamiętam, chciałbym, żeby uniwersytety w wolnej i demokratycznej Polsce były inne, żeby Uniwersytet Warszawski i Jagielloński dobiły do światowej czołówki.

Ale choć wiele się zmieniło, tamta duchota, tamten środowiskowy lęk, tamte cechy „brudnej wspólnoty” przetrwały w zmienionej postaci. Nadal młodzi naukowcy muszą obawiać się o swe doktoraty lub habilitacje, jeśli narażą się jakimś wpływowym „luminarzom” nauki lub gdy ich poglądy polityczne odbiegają od tych, które dominują w akademickich środowiskach.

Nadal skompromitowane osoby zasiadają w radach naukowych instytutów i wydziałów, nawet jeśli dawno już są na emeryturze, i decydują o przyznawaniu naukowych stopni. Nadal instytutowi przeciwnicy nienawidzą się i obmawiają po kątach, lecz w istocie nie chcą niczego zmienić. Nadal dominują środowiskowy konformizm oraz cywilne i intelektualne tchórzostwo, które dzisiaj przybiera moralistyczne pozy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: