Badania powiązania Uniwersytetu Śląskiego z SB

baner-osrodki-lustro3

Powstał raport z pierwszego etapu prac Komisji Historycznej Uniwersytetu Śląskiego

Liczba osób, związanych z Uniwersytetem Śląskim, które z różnych powodów współpracowały ze Służbą Bezpieczeństwa, była dość spora, ale nie większa niż ilość pracowników związanych z opozycją, niechętnych PRL i z tego powodu szykanowanych. To wniosek płynący z opublikowanego właśnie podsumowania pierwszego roku pracy Senackiej Komisji Historycznej Uniwersytetu Śląskiego (UŚ) w Katowicach. 

Komisja została powołana decyzją senatu uczelni w kwietniu 2007 r. Postawiono przed nią zadanie rzetelnego zbadania materiałów dostępnych w IPN oraz archiwum uniwersytetu w celu określenia stopnia inwigilacji uczelni przez Służbę Bezpieczeństwa. Komisja Historyczna bada przeszłość pracowników od powstania uczelni, czyli od 1968 roku do końca PRL-u.Miała wskazać postawy negatywne pracowników oraz te pozytywne i heroiczne, których było wiele, choćby we władzach rektorskich UŚ. Mam tu na myśli prof. Irenę Bajerową oraz prof. Augusta Chełkowskiego, którzy jako jedyni rektorzy szkół wyższych w czasie stanu wojennego byli internowani” – powiedziała w środę PAP rzeczniczka Uniwersytetu Magdalena Ochwat.

Komisja podkreśla w raporcie, że stan wiedzy na temat przenikania na uniwersytet pracowników Służby Bezpieczeństwa jest na razie „fragmentaryczny”, a bardzo wiele zleconych kwerend i podjętych prac jest w toku. We wstępie przyznaje, że UŚ był jedną z instytucji, które budziły szczególne zainteresowanie funkcjonariuszy SB jako jeden z pierwszych uniwersytetów powstałych w socjalistycznej Polsce.

Podkreśla, że od jego powstania „mamy do czynienia z całą gamą postaw wobec panującej wówczas rzeczywistości” – wiele osób popierało funkcjonowanie takiego kształtu państwa, osiągając nierzadko znaczne korzyści osobiste, często uzyskując także spory awans w karierze naukowej i hierarchii społecznej. Komisja zaznaczyła, że podjęte po 1989 r. próby wskazania tych zjawisk miały bardzo ograniczony zakres. „Wydaje się, że zdecydowana postawa środowiska mogła oddziaływać w sposób bardziej skuteczny” – podkreśliła.

Raport opisuje agentów na poszczególnych wydziałach z pseudonimami i ogólnym opisem funkcji, ale bez nazwisk. Wymienia też zarówno pozytywne, jak i negatywne przykłady zachowania przedstawicieli władz wydziałów w stosunku do studentów prowadzących działalność opozycyjną.

Raport wskazuje, że w większości analizowanych przypadków tajni współpracownicy brali wynagrodzenia, czasem bardzo wysokie, korzystali z wyjazdów na długotrwałe stypendia zagraniczne, czasem wiązali się z kontrwywiadem, ale stopień zaangażowania nie był równy. Tylko dwie osoby podjęły współpracę wskutek szantażu.

Pewne osoby donosiły z pasją i upodobaniem, wręcz przyznając się, że tego typu praca daje im ogromną satysfakcję. Inne czyniły to sporadycznie i niechętnie, jeszcze inne odczuwały współpracę jako ogromne obciążenie psychiczne i nie wywiązywały się z powierzonych zadań. Komisja podała też, że bardzo wielu tajnych współpracowników w minionych latach odeszło z UŚ lub przeszło na emeryturę.

Katowicka SB prowadziła dwie sprawy obiektowe zakładane dla kontroli instytucji, organizacji lub środowisk dotyczące bezpośrednio Uniwersytetu Śląskiego. Pierwszą, dotyczącą katowickich wydziałów uczelni, opatrzono kryptonimem Uniwersytet, a drugą, dotyczącą sosnowieckich wydziałów – Zagłębie. Osobną sprawę prowadzono w Cieszynie wobec tamtejszej filii uniwersytetu. Materiały tych spraw zostały jednak zniszczone na początku 1990 r.

Według ustaleń członków komisji, głównymi celami SB na Uniwersytecie Śląskim było: rozpoznanie i kontrolowanie środowiska, studentów zrzeszonych w kołach naukowych i klubie literackim „TAM”, kontrola twórczości i działalności studentów, rozpoznanie i kontrolowanie „niebezpiecznych z punktu widzenia interesów PZPR i Polski Ludowej studentów i pracowników, kontrolowanie wyjeżdżających za granicę i zatrudnionych obcokrajowców, kontrola finansowania badań i zakupów kosztownej aparatury oraz uzyskanie wpływu na postawy ideologiczne pracowników i studentów. 

PAP – Nauka w Polsce

2009-02-12

Reklamy

Komentarzy 5

  1. Raport komisji o agenturze na Uniwersytecie Śląskim
    tosz, 10 luty, 2009 –
    http://niepoprawni.pl/blog/42/raport-komisji-o-agenturze-na-uniwersytecie-slaskim
    Komisja Historyczna badająca na Uniwersytecie Śląskim, kto z pracowników uczelni współpracował ze
    Służbą Bezpieczeństwa, sporządziła swój pierwszy raport. Wynika z niego, że niemal na każdym wydziale uczelni SB miała swoich agentów. Na niektórych – nawet kilkunastu.
    Według stanu na 31 grudnia 1978 r. wszystkie wydziały operacyjne katowickiej SB wykorzystywały ogółem 2621 TW. Wśród nich 110 było naukowcami oraz wykładowcami szkół wyższych i średnich, zaś 187
    studentami i uczniami.
    Z raportu Komisji wynika, że najwięcej tajnych współpracowników SB miała na wydziale filologicznym . Raport Komisji podaje pseudonimy i krótkie charakterystyki kilkunastu z nich. Z dokumentów wynika, że agentami bezpieki na tym wydziale byli następujący pracownicy naukowi i studenci tegoż wydziału: „Arski”, „Rafał”, „Władysław”, „Irek”, „Jaś”, „Adam”, „Lester”, „Lucjan”, „Pablo”, „Wojtek”, „Zbyszek” i „Sandra”.
    Aktywnym współpracownikiem SB od 1979 roku był „Pablo”.
    Donosił przez dziewięć lat. To osoba z romanistyki, o czym świadczy fakt, że dostawał zadania na temat ośrodków naukowych na Zachodzie Europy. „Specjalizował” się w tych we Francji oraz śledzeniu
    pracowników naukowych francuskich i polskich (czyli swoich kolegów), przebywających na stypendium we Francji. „Pablo” złożył kilkadziesiąt donosów i był systematycznie wynagradzany przez SB.

    „Arski” jest anglistą.
    Donosił m.in. na lektorów języka angielskiego zatrudnionych w Instytucie Anglistyki i osoby z UŚ wyjeżdżające na stypendia. Podczas pobytu w USA był przez FBI podejrzewany o współpracę z wywiadem PRL, i ledwo uniknął deportacji.

    Z kolei TW „Rafał”, był studentem polonistyki, kiedy pracował dla SB w latach 1975-1978. Charakteryzowano go jako aktywnego współpracownika, a jego donosy były cenne dla bezpieki.
    Donosił m.in. na Ireneusza Opackiego.

    Na Wydziale Matematyki, Fizyki i Chemii Komisja doliczyła się, jak na razie, dwóch TW o pseudonimach „Stefan” i „Janka” Ten pierwszy agent został zwerbowany w 1983 roku. Do 1990 r. donosił o
    pracownikach Instytutu Fizyki. „Janka” podjęła współpracę z SB w tym samym czasie, podpisała zobowiązanie o zachowaniu w tajemnicy rozmowy z
    esbekiem. „Sokrates” był najprawdopodobniej jedynym
    agentem na dawnym Wydziale Techniki UŚ. Ten naukowiec donosił o kolegach i sprawach wydziału. Współpracę z SB rozpoczął w 1978 r. i po roku została przerwana.

    Duże „nasycenie” szpicli było na Wydziale Nauk Społecznych. Komisja dotarła do teczek personalnych siedmiu agentów o pseudonimach: „Polański” (zbieżność pseudonimu TW z nazwiskami dwóch pracowników wydziału filologicznego miała przy okazji zdyskredytować te osoby), „Szpornas”, „Jeremi”, „Piotr”, „Wiktor”, „Ksawery” i „Stanisławski”. Do najbardziej cennych agentów należeli „Polański”, „Piotr” i „Wiktor”.

    Bezpieka nie mogła pominąć w swoich działaniach operacyjnych Wydziału Prawa i Administracji. SB nie tylko inwigilowała naukowców tego wydziału, ale niektórym pomagała w karierze. Tak było w przypadku TW „Andrzej”, który z SB współpracował ponad 20 lat! – do 1990 r. W archiwum zachował się m.in. pismo z 1 maja 1971 r. naczelnik Wydziału III katowickiej SB
    wnioskował do I zastępcy komendanta wojewódzkiego MO ds. SB pułkownika Stanisława Opitka o „udzielenie pomocy ob. A.N., studentowi IV roku Wydziału Prawa Uniwersytetu Śląskiego, przy ubieganiu się o
    przyjęcie na staż asystencki”. Prośba oczywiście została rozpatrzona pozytywnie. „Andrzej”, którego kariera rozwinęła się do tego stopnia, że został profesorem prawa, donosił również na Waleriana
    Pańkę.
    To dzięki donosom „Andrzeja” na temat życia prywatnego jednego z wykładowców, tego ostatniego SB zwerbowała jako TW „Wisz”.
    TW „Rzecznik” współpracował krótko – przez pół roku od grudnia 1981. Jednak jego donosy pozwoliły SB na wszczęcie kilku spraw, głównie przeciwko zdelegalizowanej wówczas „Solidarności”.

    Na razie nie udało się Komisji dotrzeć do dokumentów, które byłyby dowodem na zwerbowanie przez SB swoich informatorów na Wydziałach Biologii i Ochrony Środowiska i Pedagogiczno-Artystycznym w Cieszynie.
    Na wydziale pedagogiki i psychologii natrafiono na ślad TW „Jadwiga” i „Rwa”, którzy nie byli jednak aktywni i raczej udawali współpracę.
    Jaki będzie los pracowników naukowych UŚ, którzy w przeszłości współpracowali z SB?

  2. http://tosz.blogspot.com/

    Jaki będzie los pracowników naukowych UŚ, którzy w przeszłości współpracowali z SB? – Część osób, co do których zachowały się dowody na ich agenturalna przeszłość, zrezygnowała z piastowanych stanowisk, część odeszła. Jednak Jego Magnificencja Rektor wobec byłych TW nie ma absolutnie żadnych sankcji, bo takie jest prawo – stwierdza prof. Krystyna Heska-Kwaśniewicz.

    Tomasz Szymborski

  3. Armia agentów SB inwigilowała Uniwersytet Śląski
    Polska Dziennik Zachodni

    http://wiadomosci.wp.pl/kat,12571,title,Armia-agentow-SB-inwigilowala-Uniwersytet-Slaski,wid,10836733,wiadomosc_prasa.html?ticaid=177f1

    Komisja Historyczna badająca na Uniwersytecie Śląskim, kto z pracowników uczelni współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa, sporządziła swój pierwszy raport. Wynika z niego, że niemal na każdym wydziale uczelni SB miała swoich agentów. Na niektórych – nawet kilkunastu.

    To nie dziwi, bo SB na uczelniach była aktywna. – Według stanu na 31 grudnia 1978 r. wszystkie wydziały operacyjne katowickiej SB wykorzystywały ogółem 2621 TW. Wśród nich 110 było naukowcami oraz wykładowcami szkół wyższych i średnich, zaś 187 studentami i uczniami – mówi dr Adam Dziuba, historyk z katowickiego Instytutu Pamięci Narodowej, który bada skalę inwigilacji UŚ przez bezpiekę.

    Komisja Historyczna została powołana przez Senat uczelni w kwietniu 2007 roku. Są pierwsze efekty jej działalności. – Komisja będzie pracowała dalej, aż do ogarnięcia całości tej sprawy. Chcemy zbadać sprawy inwigilacji uczelni, aż do czasów jej poprzedniczki czyli Wyższej Szkoły Pedagogicznej – mówi prof. Krystyna Heska-Kwaśniewicz.

    Prowadząc badania w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej przedstawicielom komisji udało się odnaleźć teczki tajnych współpracowników bezpieki, które nie zostały zniszczone do 1990 r. Część z nich ocalała tylko dzięki temu, że zostały zmikrofilmowane. – Uniwersytet Śląski był pod nadzorem Wydziału III katowickiej SB. 14 kwietnia 1971 r. założono sprawę obiektową (SO) o kryptonimie „Uniwersytet”. W marcu 1977 r. z SO „Uniwersytet” wyodrębniono dodatkowo SO „Zagłębie”, której zakresem objęto sosnowieckie wydziały Uniwersytetu Śląskiego – wyjaśnia dr Adam Dziuba.

    Kto donosił? Aktywnym współpracownikiem SB od 1979 roku był „Pablo”. Donosił przez dziewięć lat. To osoba z romanistyki, o czym świadczy fakt, że dostawał zadania na temat ośrodków naukowych na Zachodzie Europy. „Specjalizował” się w tych we Francji oraz śledzeniu pracowników naukowych francuskich i polskich (czyli swoich kolegów), przebywających na stypendium we Francji. „Pablo” złożył kilkadziesiąt donosów i był systematycznie wynagradzany przez SB. „Arski” jest anglistą. Donosił m.in. na lektorów języka angielskiego zatrudnionych w Instytucie Anglistyki i osoby z UŚ wyjeżdżające na stypendia. Podczas pobytu w USA był przez FBI podejrzewany o współpracę z wywiadem PRL, i ledwo uniknął deportacji.

    Z kolei TW „Rafał”, był studentem polonistyki, kiedy pracował dla SB w latach 1975-1978. Charakteryzowano go jako aktywnego współpracownika, a jego donosy były cenne dla bezpieki. Donosił m.in. na Ireneusza Opackiego.

    Na Wydziale Matematyki, Fizyki i Chemii Komisja doliczyła się, jak na razie, dwóch TW o pseudonimach „Stefan” i „Janka”. ten pierwszy agent został zwerbowany w 1983 roku. Do 1990 r. donosił o pracownikach Instytutu Fizyki. „Janka” podjęła współpracę z SB w tym samym czasie, podpisała zobowiązanie o zachowaniu w tajemnicy rozmowy z esbekiem. „Sokrates” był najprawdopodobniej jedynym agentem na dawnym Wydziale Techniki UŚ. Ten naukowiec donosił o kolegach i sprawach wydziału. Współpracę z SB rozpoczął w 1978 r. i po roku została przerwana.

    Duże „nasycenie” szpicli było na Wydziale Nauk Społecznych. Komisja dotarła do teczek personalnych siedmiu agentów o pseudonimach: „Polański” (zbieżność pseudonimu TW z nazwiskami dwóch pracowników wydziału filologicznego miała przy okazji zdyskredytować te osoby), „Szpornas”, „Jeremi”, „Piotr”, „Wiktor”, „Ksawery” i „Stanisławski”. Do najbardziej cennych agentów należeli „Polański”, „Piotr” i „Wiktor”.

    Bezpieka nie mogła pominąć w swoich działaniach operacyjnych Wydziału Prawa i Administracji. SB nie tylko inwigilowała naukowców tego wydziału, ale niektórym pomagała w karierze. Tak było w przypadku TW „Andrzej”, który z SB współpracował ponad 20 lat! – do 1990 r. W archiwum zachował się m.in. pismo z 1 maja 1971 r. naczelnik Wydziału III katowickiej SB wnioskował do I zastępcy komendanta wojewódzkiego MO ds. SB pułkownika Stanisława Opitka o „udzielenie pomocy ob. A.N., studentowi IV roku Wydziału Prawa Uniwersytetu Śląskiego, przy ubieganiu się o przyjęcie na staż asystencki”. Prośba oczywiście została rozpatrzona pozytywnie. „Andrzej”, którego kariera rozwinęła się do tego stopnia, że został profesorem prawa, donosił również na Waleriana Pańkę.

    To dzięki donosom „Andrzeja” na temat życia prywatnego jednego z wykładowców, tego ostatniego SB zwerbowała jako TW „Wisz”.
    TW „Rzecznik” współpracował krótko – przez pół roku od grudnia 1981. Jednak jego donosy pozwoliły SB na wszczęcie kilku spraw, głównie przeciwko zdelegalizowanej wówczas „Solidarności”.

    Na razie nie udało się Komisji dotrzeć do dokumentów, które byłyby dowodem na zwerbowanie przez SB swoich informatorów na Wydziałach Biologii i Ochrony Środowiska i Pedagogiczno-Artystycznym w Cieszynie. Na Wydziale Pedagogiki i Psychologii natrafiono na ślad TW „Jadwiga” i „Rwa”, którzy nie byli jednak aktywni i raczej udawali współpracę.

    Jaki będzie los pracowników naukowych UŚ, którzy w przeszłości współpracowali z SB? – Część osób, co do których zachowały się dowody na ich agenturalna przeszłość, zrezygnowała z piastowanych stanowisk, część odeszła. Jednak Jego Magnificencja Rektor wobec byłych TW nie ma absolutnie żadnych sankcji, bo takie jest prawo – stwierdza prof. K. Heska-Kwaśniewicz.

    Oni donosili

    Dotarliśmy do części raportu Komisji Historycznej, która działa na Uniwersytecie Śląskim od 2007 roku.

    Raport zostanie opublikowany na łamach lutowego numeru „Gazety Uniwersyteckiej”. Wynika z niego, że najwięcej tajnych współpracowników Służba Bezpieczeństwa posiadała na Wydziale Filologicznym tej uczelni.

    Raport podaje pseudonimy i krótkie charakterystyki kilkunastu z nich, identyfikujące m.in. wydziały. Z dokumentów wynika, że agentami bezpieki na tym wydziale byli następujący pracownicy naukowi i studenci tegoż wydziału o pseudonimach: „Arski”, „Rafał”, „Władysław”, „Irek”, „Jaś”, „Adam”, „Lester”, „Lucjan”, „Pablo”, „Wojtek”, „Zbyszek” i „Sandra”.

    Tomasz Szymborski

  4. Raport komisji o agenturze na Uniwersytecie Śląskim

    tosz, wt., 10/02/2009
    http://www.blogmedia24.pl/node/9475

  5. Nalezy przede wszystkim zauwazyc ze badanie wspopracy
    polskich uczelni ze sluzba bezpieczenstwa nalezy skoncetrowac
    wokol wydzialow strategicznych PRL i ZSSR tzn. glownie na uczelniach
    technicznych i nauk matematyczno-fizycznych tzn. mozgu
    ZSSR zbierania informacji na temat laboratoriow wojskowych
    USA jak np. Livermore poprzez atrapowanie wspolpracy
    naukowej w czolowych dziedzinach w celu budowy broni
    atomowej i technik przenoszenia statkow kosmicznych.
    W warunkach nieefektywnej gospodarki centralnej znaczylo
    to przede wszystkim nedze i brak technologii dla ludnosci
    cywilnej podobnie jak w Iniach czy Bangladesu, Sytuacja przypominala troche obrazki z cywilizcji z serialu
    Star Treck. Gdzie bieda i glod na niektorych planetach
    pokrywa sie z istnieniem trasgalktycznych statkow
    kosmicznych. Efektem bylo ze Amerykanski smiglowiec
    w barwach ZSSR latal nad Polskim domem gdzie
    budowano przyczepe kempingowa recznie i ze sklejki
    a na poliwo do samochodu chodowano winogrona.

    Nalezy pamietac ze ta dzialanosc jest ciagle kontynuowana
    za pieniadze bylch Polskich azylantow np. w USA.
    Nalezy pamietac ze RP byla krajem atomowym
    a priorytetem Edwarda Gierka bylo posiadanie przez PRL
    bomby wodorowej. Wszystkie Polskie uczelnie techniczne
    i wydzialy matematyki fizyki i chemii podlegaly tej
    dokrynie i jest rzecza oczywista ze bylo chronione
    poprze sluzbe bezpieczenstwa w sensie wspopracy.

    > Polska bomba atomowa
    >
    > Według planów Edwarda Gierka Polska miała stać się
    > atomowym mocarstwem
    >
    > W latach 70. rozpoczęto zakrojony na szeroką skalę program
    > budowy bomby termojądrowej, który miał zakończyć się próbnym,
    > podziemnym wybuchem w Bieszczadach. Z planów tych nic nie
    > wyszło. Polska zamiast atomowym mocarstwem, stała się miejscem
    > składowanych na naszym terytorium radzieckich, nuklearnych
    > głowic…
    >
    > Wspaniały pomysł
    >
    > Za początek prac nad polską bombą termojądrową należy uznać 1968
    > rok i memoriał dr. Zbigniewa Puzewicza, szefa Katedry Podstaw
    > Radiotechniki Wojskowej Akademii Technicznej, sugerujący, że możliwe
    > jest przeprowadzenie syntezy termojądrowej przy użyciu laserów
    > dużej mocy. Sprawą zainteresował się generał profesor Sylwester
    > Kaliski, ówczesny komendant Wojskowej Akademii Technicznej. Obaj
    > panowie postanowili potwierdzić realność tej teorii. Udało się to w
    > 1970 roku. Wtedy to Puzewicz i Kaliski uczestniczyli w sympozjum w
    > Montrealu, gdzie wysłuchali wykładu Edwarda Tellera, ojca
    > amerykańskiej bomby wodorowej, a później inicjatora koncepcji
    > reaganowskich gwiezdnych wojen. Teller dowodził, że można
    > przeprowadzić syntezę termojądrową za pomocą lasera. To
    > ostatecznie zadecydowało o rozpoczęciu prac nad polską bombą
    > termojądrową. Prowadzono je w specjalnie wzniesionej hali WAT w
    > warszawskiej dzielnicy Wola. Od 1972 roku prace kontynuowano w
    > Instytucie Plazmy i Laserowej Mikrosyntezy. Wzniesiono nową halę i
    > specjalne budynki. Jak to bywało w czasach PRL-u, nie obyło się bez
    > elementów humorystycznych, do których niewątpliwie należy zaliczyć
    > otoczenie nowych budowli kilkumetrowym ziemnym nasypem, który
    > miał „chronić” okolicę w razie przypadkowego wybuchu.
    >
    > Sen o potędze
    >
    > Do realizacji projektu polskiej bomby termojądrowej zaangażowano
    > olbrzymie środki finansowe. Generał Wojciech Jaruzelski, wówczas
    > minister obrony narodowej – jak sam swego czasu mi mówił – „o
    > projekcie z Edwardem Gierkiem nie rozmawiał, to o nim słyszał”.
    > Edward Gierek nie szczędził pieniędzy, chciał tylko, aby o próbnej
    > eksplozji nie dowiedzieli się „radzieccy towarzysze”. W tej sprawie
    > radził się prof. Romana Neya, w tamtych czasach wiceprezesa Polskiej
    > Akademii Nauk i eksperta robót podziemnych. Sylwester Kaliski, znając
    > obawy Gierka, wmówił mu, że można przeprowadzić w wybudowanej
    > w Bieszczadach sztolni próbną eksplozję tak, iż nikt na świecie nie
    > wykryje wstrząsów sejsmicznych. Oczywiście była to bzdura, ale ocaliła
    > ona projekt. Na potrzeby prac nad bombą unikalne przyrządy
    > badawcze, materiały i mechanizmy objęte embargiem, sprowadził z
    > zachodu polski wywiad. Według badającego swego czasu tę sprawę
    > dziennikarza, dziś naczelnego magazynu „Raport – Wojskowa Technika
    > Obronność” Wojciecha Łuczaka, udało się nawet sprowadzić z USA do
    > Warszawy słynne „krytrony”, czyli superczułe przełączniki elektroniczne
    > sterujące procesami uruchamiania ładunków wybuchowych w
    > niewyobrażalnie krótkich ułamkach sekundy. Urządzenia te są
    > niezbędne w konstrukcji zapalnika bomby atomowej. „Gdybym w
    > jednym z warszawskich gabinetów sam nie trzymał takiego urządzenia
    > w ręce, nigdy bym nie uwierzył, że jest to możliwe” – usłyszałem od
    > Łuczaka.
    > To wszystko, oczywiście, kosztowało bajońskie pieniądze. Oficjalnie
    > zaksięgowane wydatki szły w miliony dolarów, jednak nikt nie policzy
    > tych, które nawet w CIA nazywa się „czarną dziurą”. Niektóre osoby
    > zaangażowane w projekt twierdzą, że projekt polskiej bomby
    > wodorowej pochłonął tak wielkie środki, iż mógł się przyczynić do
    > załamania naszej gospodarki w drugiej połowie lat siedemdziesiątych.
    > Jedno nie ulega wątpliwości. Edward Gierek chciał, poprzez
    > wprowadzenie Polski do ekskluzywnego klubu atomowego,
    > potwierdzić, że prawdziwe są propagandowe slogany mówiące o
    > ówczesnej PRL jako o mocarstwie będącym 10. potęgą przemysłową
    > świata. Nie bez znaczenia był też fakt zapatrzenia się przez Gierka na
    > politykę atomową Francji, którą zapewne chciał naśladować.
    >
    > Wielkie rozczarowanie
    >
    > Polska bomba termojądrowa miała być dziecinnie prosta. Wystarczyć
    > miały wtryskiwacze deuteru i trytu oraz kulminacyjne ładunki
    > wybuchowe, takie jakie służą do przebijania pancerza czołgu,
    > podłączone do zdobytego przez nasz wywiad krytrona. Decydującym
    > elementem był laser mający dostarczyć w odpowiednim ułamku
    > sekundy energię wystarczającą do zapoczątkowania syntezy
    > termojądrowej. Niestety, w polskich warunkach moc lasera mogła
    > osiągnąć tylko 1 kilodżul. W tym czasie w Moskwie użyto
    > 20-kilodżulowego lasera do podobnego eksperymentu, a w USA aż
    > 100-kilodżulowego, jednak bez rezultatu. Najnowsze badania
    > naukowe dowodzą, że aby wywołać syntezę termojądrową, należy
    > użyć lasera o mocy 10 tysięcy kilodżuli. Tymczasem nad polskim
    > projektem atomowym pojawiły się jeszcze inne chmury. Pomimo
    > wysiłków polskiej strony o prowadzonych w Warszawie pracach nad
    > bombą dowiedział się radziecki wywiad. Rosjanie, prowadząc podobne
    > eksperymenty, zdawali sobie sprawę, że tą metodą nie da się
    > osiągnąć sukcesu i czując się niezagrożeni w swoim monopolu na broń
    > atomową, udawali, że o niczym nie wiedzą. Pewność w tej kwestii
    > narusza jednak śmierć prof. Sylwestra Kaliskiego w dramatycznych
    > okolicznościach. Zginął on w wypadku samochodowym, prowadząc
    > swego fiata mirafiori. Część osób znających Kaliskiego uważa, że
    > wypadek z jego udziałem był tylko kwestią czasu, ponieważ profesor
    > kiepsko prowadził, jeżdżąc ze zbyt dużą prędkością. Niektórzy jednak
    > uważają, że mirafiori, serwisowane w rządowych warsztatach, zostało
    > uszkodzone przez radziecki wywiad. Co było przyczyną katastrofy, nie
    > dowiemy się już nigdy. Pewne jest natomiast, że śmierć prof.
    > Kaliskiego była końcem polskiego programu budowy bomby
    > termojądrowej.
    >
    > Atomowy taksówkarz
    >
    > Na początku lat 60. zapadły decyzje, że Polska zakupi pułk samolotów
    > myśliwsko-bombowych Su-7 będących nosicielami broni jądrowej. W
    > 1965 roku stacjonujący w Bydgoszczy 5. Pomorski Pułk Lotnictwa
    > Myśliwsko-Bombowego przezbrojono w te odrzutowce. 10 i 11 marca
    > 1968 roku ćwiczył on z 11. Dywizją Pancerną tworzenie tzw.
    > atomowych korytarzy, przez które na Zachód miały ruszyć dywizje
    > pancerne Układu Warszawskiego. W planach operacyjnych ZSRR
    > polskie armie w pierwszych dniach III wojny światowej miały nacierać
    > przez Lubekę na Danię. Dodajmy, że w czasie wspomnianych ćwiczeń,
    > w marcu 1968 roku, po raz pierwszy zrzucono bombę IAB-500
    > imitującą wybuch bomby atomowej. Piloci wyznaczeni do lotów w
    > czasie ewentualnego konfliktu nuklearnego z Zachodem musieli być
    > kawalerami, najlepiej członkami PZPR. Szkolili ich radzieccy
    > instruktorzy, którzy specjalnie w tym celu przyjeżdżali do Bydgoszczy.
    > Na jedno ze szkoleń przyleciał razem z nimi nawet specjalny samolot
    > An-26, który w razie wojny miał dostarczyć atomowe bomby do
    > polskich samolotów. W 1974 roku polscy piloci byli szkoleni w Lidzie, na
    > terenie byłego ZSRR, w lataniu na nowoczesnych odrzutowcach Su-20,
    > posiadających zmienną geometrię skrzydeł. „Polacy ćwiczyli uzbrajanie
    > samolotów w bomby nuklearne. Potem te same procedury trenowano
    > na polskim lotnisku w Powidzu, gdzie stacjonowały samoloty
    > przystosowane do przenoszenia bomb atomowych. Sam glądałem
    > zakupione przez Polskę w latach 80. samoloty Su-22M4, które
    > zaopatrzone były w specjalne panele w kabinie pilota, umożliwiające
    > bojowy zrzut i belki, oraz zamki do podwieszenia 500-kilogramowych
    > bomb atomowych” – powiedział mi Wojciech Łuczak. Największą
    > tajemnicą otoczona była sprawa serwisu i konserwacji specjalnej
    > atomowej amunicji, a także procedury jej przekazania polskiemu
    > wojsku przez „radzieckich towarzyszy”. Tajemnicą objęte były także
    > miejsca przechowywania przez wojska radzieckie na terenie naszego
    > kraju atomowych pocisków dla naszych samolotów. To samo w sobie
    > było złamaniem polsko-radzieckich porozumień, bowiem PRL nigdy nie
    > była oficjalnie poinformowana o składowaniu na jej terytorium takiej
    > broni. Oficjalnie w razie wybuchu wojny lub zagrożenia nią broń taka
    > miała być dostarczona przez ZSRR do Polski drogą lotniczą. Tymczasem
    > po wycofaniu się Rosjan z Polski, w Bagiczu, w okolicach Kołobrzegu, w
    > dawnej bazie rosyjskiej, przypadkiem odkryto ślady składowania
    > atomowych półtonowych bomb, które wisiały w schronach
    > samolotowych na zwykłych hakach jak kiełbasa w sklepie mięsnym.
    > Przypuszcza się, że taktyczne ładunki jądrowe Rosjanie trzymali
    > również w swoich bazach w: Żaganiu, Toruniu, Brzegu, Szprotawie i
    > Sypniewie. Według pełnomocnika Ryszarda Kuklińskiego Józefa
    > Szaniawskiego „od połowy lat 60. Rosjanie składowali broń atomową
    > na terytorium Polski. Wypowiedzi polskich przywódców: Gomółki,
    > Gierka, Jaruzelskiego, że w Polsce nie ma broni atomowej, były jedynie
    > czystą propagandą. Rosjanie zakładali, że wojna w Europie potrwa od
    > 7 do 18 dni, a do tego konieczne było użycie broni atomowej” –
    > powiedział mi kilka lat temu Józef Szaniawski.
    >
    > Radziecki chłopiec na posyłki
    >
    > ZSRR dokonując polskimi samolotami przy użyciu radzieckich głowic
    > atomowego ataku na Zachód, narażał nasz kraj na odwet,
    > jednocześnie chroniąc przed atomową ripostą swoje własne
    > terytorium. Według pragnącego zachować anonimowość płkownika
    > rezerwy, byłego wykładowcy na Akademii Obrony Narodowej, „wszyscy
    > doskonale zdawali sobie sprawę, co oznacza wyrąbywanie atomowych
    > korytarzy dla mających nacierać na Zachód polskich dywizji. W razie
    > wojny każdy dowódca dywizji zmechanizowanej miał w ciągu dnia
    > posunąć się naprzód o 60 km. Aby wykonać to zadanie, mógł
    > zadecydować o dokonaniu na swoim kierunku natarcia kilku uderzeń
    > atomowych, których wykonanie spoczywało na naszych wojskach
    > rakietowych i lotnictwie”.
    > Utworzenie za pomocą broni atomowej „korytarzy” dla nacierających
    > wojsk pancernych miało w planach umożliwić tak szybkie zajęcie
    > zachodniej Europy, aby nie zdążyły do niej przybyć z pomocą wojska
    > amerykańskie. Polska generalicja wiedziała jednak, że NATO
    > opracowało plan mający nie dopuścić do realizacji takiego scenariusza.
    > Wojska europejskich członków NATO miały za zadanie powstrzymać
    > jedynie uderzenie pierwszego rzutu strategicznego wojsk radzieckich
    > stacjonujących we wschodnich Niemczech oraz armii NRD, CSRS oraz
    > PRL. W tym czasie maszerujący z terenów obecnej Ukrainy i Białorusi
    > drugi rzut strategiczny wojsk radzieckich miał zostać zatrzymany na
    > linii Wisły zmasowanym atakiem atomowym. To pozwoliłoby dotrzeć do
    > Europy wojskom amerykańskim, zanim osłabiony atomowym ciosem
    > drugi rzut strategiczny Układu Warszawskiego dotarłby do rejonu walk
    > toczonych pomiędzy Renem a Łabą. Łatwo można sobie wyobrazić, co
    > oznaczałoby dla Polski powstrzymanie przez NATO wojsk radzieckich w
    > środku naszego kraju przy użyciu broni atomowej. Tym bardziej że do
    > akcji tej użyto by nie kilku głowic, ale większości ze świeżo
    > zainstalowanych na Zachodzie atomowych rakiet średniego zasięgu
    > persing, których celem stałyby się m.in. wszystkie mosty na Wiśle, w
    > tym także na terenie Krakowa i Warszawy. Dzisiaj, kiedy nie istnieje
    > już Układ Warszawski, a radzieckie czołgi mające zdobywać Europę
    > rdzewieją z braku pieniędzy w koszarach, przedstawione powyżej
    > scenariusze przypominają senne koszmary. Niestety, jeszcze 20 lat
    > temu atomowa apokalipsa była realną groźbą tak dla Europy, jak też
    > dla naszego kraju.
    > MIREK BŁACH

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: