Cenzura w PRL

baner historia PRL

Cenzura w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w Wikipedii

 Cenzura w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej funkcjonowała pod postacią instytucji Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (GUKPPiW) powołanego dekretem z 1946, a od lipca 1981 ze zmienioną nazwą – „Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk”. Instytucja ta zajmowała się kontrolą absolutnie wszystkich publikacji, drukowanych we wszystkich drukarniach w całym kraju, a także absolutnie wszystkich publicznych przedstawień teatralnych, estradowych itp., oraz wszystkich polskich audycji radiowych i telewizyjnych. Od roku 1945 do 1980 ingerencje cenzury w teksty drukowane nie były w ogóle oznaczane (ani przez pozostawianie „białych plam”, jak przed wojną, ani w żaden inny sposób). Oznaczany był jednakowoż fakt ocenzurowania: każda książka i każde wydawnictwo, łącznie z akcydensami, oznaczane było zazwyczaj w stopce redakcyjnej (bądź na marginesie akcydensu) numerem zamówienia oraz skrótem składającym się z litery i liczby. To literowo-liczbowe oznaczenie było identyfikatorem cenzora[1].Pracujący w latach 70. w GUKPPiW absolwent krakowskiej WSE Tomasz Strzyżewski w ukryciu przepisał w całości „Księgę Zapisów i Zaleceń GUKPPiW”[3] oraz zgromadził kopie niektórych dokumentów cenzury. W 1977 wyemigrował do Szwecji, gdzie – pomimo że początkowo nie wierzono w autentyczność przywiezionych dokumentów[4] – opublikował je w Czarnej Księdze Cenzury PRL.

——————

Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk  ( wg Wikipedii) 

– instytucja państwowa utworzona w 1945 (pierwotnie pod nazwą Centralne Biuro KPPiW), która zajmowała się kontrolą i weryfikacją publikacji prasowych, radiowych i telewizyjnych, wydawnictw książkowych, filmów, spektakli teatralnych, widowisk, wystaw itp. Jego centrala mieściła się w Warszawie, na ulicy Mysiej 2.

—————-

Czarna Księga Cenzury PRL    ( wg Wikipedii) 

Czarna Księga Cenzury PRL – książka napisana przez Tomasza Strzyżewskiego. Pierwsze wydanie opublikowano w Londynie w 1977 roku w Wydawnictwie Aneks.

Czarna Księga zawiera materiały i dokumenty cenzury z okresu PRL oraz ręcznie przepisywane fragmenty najważniejszego jej dokumentu – zbioru instrukcji, mieszczącego się w „Książce Zapisów i Zaleceń Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w Warszawie”, zwanej przez niektórych „biblią cenzorską”…..

———–

Bunt cenzora PRL

Polska – Dziennik Bałtycki

04.11.2007

30 lat temu Tomasz Strzyżewski ujawnił czarną księgę cenzury, która pokazała jak perfidnie komuniści manipulują społeczeństwem…. Polski Pen Club przesłał list do premiera Jaroszewicza z prośbą o wyjaśnienie metod działania GUKPPiW. W odpowiedzi otrzymał pismo informujące, że cenzura jest konieczna, bo chroni społeczeństwo przed demoralizacją
i pornografią. Władze PRL robiły jednak wszystko, by sprawę zatuszować, obawiając się buntu elit intelektualnych. 

——————

Cenzura PRL. Wykaz książek podlegających niezwłocznemu wycofaniu 1 X 1951 r. – Wrocław: Wydawnictwo Nortom, 2002 r. – 82 s. – brosz. lak., cena det. 14.00 zł.

83-85829-88-1

Wyjątkowy dokument dotyczący działania cenzury PRL. Jego lektura uzmysławia, jak wielkie i nieodwracalne spustoszenia w polskiej świadomosci narodowej, nauce i kulturze dokonała po II wojnie światowej cenzura komunistyczna podczas okupacji sowieckiej w Polsce. Cenzura objęła wszystkie obszary polskiej nauki i kultury, nie oszczędzając nawet książek dla dzieci.

———–

Cenzura w historiografii PRL

Tomasz Wituch – Forum Akademickie, 1999

Symbol cenzora

Pytanie o rolę cenzury politycznej w naukach humanistycznych w Polsce przed rokiem 1989 uważam za źle postawione, a raczej za nieścisłe, mało precyzyjne. Cenzura instytucjonalna w postaci organów kontroli wydawnictw zawsze funkcjonowała w PRL, ale nie ona stanowiła zagrożenie. W każdym razie nie największe. Interwencje cenzury były ostatnim ogniwem skomplikowanego łańcucha kontroli prac badawczych. Nie odgrywała też ona niemal żadnej roli w procesie fałszowania dziejów, zwłaszcza najnowszych dziejów Polski. Działo się tak, ponieważ publikacja trafiająca pod lupę cenzora była dziełem kontrolowanym i modelowanym na sto rozmaitych sposobów w znacznie wcześniejszych fazach powstawania. Trzeba też przypomnieć, że pewien rodzaj opracowań historycznych nie miał w ogóle szans powstać. Do tego wcale nie była potrzebna cenzura. Pewne kategorie osób eliminowano z prac naukowych, usuwano na margines, skazywano na jałową wegetację. Nie było szans na podejmowanie badań w pewnych dziedzinach – wykluczały to gremia akademickie i nieosiągalność materiału źródłowego. Pewne wątki tematyczne, których nie sposób było konsekwentnie eliminować, oddawano w ręce osób specjalnie wybranych przez odpowiednie czynniki partyjne….

Cenzurowanie z reguły zaczynało się już na egzaminach wstępnych, a także przy zatrudnianiu i awansach młodych pracowników nauki. Dobrą ilustracją tych mechanizmów mogą też być badania nad początkami państwa polskiego, podjęte i prowadzone z rozmachem z okazji obchodów milenijnych. Większość prac musiała odpowiadać zasadniczym, z góry ustalonym tezom. Chodziło, najogólniej mówiąc, o możliwie jak najdalej idące zatarcie roli Kościoła i katolicyzmu w kształtowaniu się państwa i narodu. Badacze odrzucający ten zamysł nie mieli żadnych szans: nie byli włączani do badań, nie zlecano im recenzji, nie otrzymywali dotacji itp. Urząd cenzorski nie miał tu żadnej roli do odegrania.

Rachunek sumienia

Polityczną kontrolę nad badaniami w zakresie humanistyki można ogólnie nazwać cenzurowaniem tych dyscyplin naukowych. Trzeba jednak bardzo wyraźnie zaznaczyć, że instytucjonalna cezura nigdy nie była w PRL głównym instrumentem tych manipulacji. Można chyba nawet uznać, że była niejako ostatnia w kolejce, najmniej groźna, stosunkowo najmniej szkodliwa. Mechanizm był o wiele bardziej złożony. Sięgał głębiej, angażował badaczy – choćby w minimalnym stopniu – i niemal wszystkich czynił zakładnikami systemu. To najdrażliwszy punkt całego zagadnienia, ale i najważniejszy – moralnie i intelektualnie. Uważam, że z tego powodu wlecze się do dziś za polskimi naukami humanistycznymi długi cień przeszłości. O cenzurze jako instytucji bądź strukturze PRL warto mówić, ale nie jej historia stanowi istotę problemu. Cenzura polityczna tkwiła w ludziach i przez konkretnych ludzi działała na naukę. Jest to prawda gorzka, prawda z którą nie wszyscy naukowcy chcą się pogodzić, a tylko nieliczni gotowi są jej śmiało sprostać. Takie podejście implikuje oczywiście daleko idące i poważne skutki moralne. W tej sferze jednak rachunek musi być indywidualny, a co ważniejsze – dokonywany przede wszystkim przez każdego z naukowców osobiście. Sporządzanie rachunków sumienia za innych skrywa zazwyczaj samousprawiedliwienie.

Kadry naukowe poddawane były politycznej presji, jak sądzę, w siedmiu sferach – ważniejszych niż sama instytucjonalna cenzura…….

Niezależność w ustalaniu planów badawczych i weryfikacja merytorycznych była w takiej sytuacji zazwyczaj fikcją. Równie wielkim restrykcjom podlegała polityka kadrowa. W niektórych środowiskach udawało się utrzymywać i promować młodych pracowników „nieprawomyślnych”, ale stanowili oni dość izolowane grupy. Ich wegetowanie na marginesie życia naukowego gremia akademickie musiały okupić licznymi kompromisami moralnymi, a przede wszystkim gotowością promowania poprawnych politycznie miernot. Te ostatnie zresztą zazwyczaj rządziły swymi środowiskami.

Promocje naukowe dokonywane są w skomplikowanym procesie opiniodawczym. Cały system recenzji był nadzorowany bardzo rygorystycznie. Pewne prace nie mogły liczyć na pochlebne oceny, ale też pewnym uczonym opiniowania nie zlecano.

Należy wspomnieć też o rozległej dziedzinie wydawniczej, która stanowiła bardzo skuteczny filtr. Poziom merytoryczny nie miał zazwyczaj wiele wspólnego z kwalifikacją prac do druku. Tu, lepiej niż na innych polach, widać było uplasowanie cenzury instytucjonalnej. Każdy tekst kierowany do druku musiał mieć akceptację cenzorską, ale nim do cenzury był skierowany, musiał przejść cały ciąg ostrych selekcji. Decyzja cenzora była ostatnim etapem. Kierownictwa wydawnictw, zespoły redaktorskie i grona stałych opiniodawców, współpracujących z wydawnictwami, miały za zadanie wykonać znaczną większość zabiegów cenzorskich.

Identyczny mechanizm obowiązywał w redakcjach czasopism naukowych. Tu rolę cenzora spełniały kolegia redakcyjne i rady naukowe.

Należy także wspomnieć o wyjazdach zagranicznych i – ogólnie – kontaktach z nauką światową. Nad sprawą tą zatrzymywać się nie będę, bo stan rzeczy jest dostatecznie znany. Przypomnę tylko, że nawet dostępność pewnego rodzaju literatury fachowej bywała problematyczna. Nie sprowadzano niepożądanej politycznie literatury, a ta, która się pojawiała w naukowych bibliotekach, zamykana była w specjalnych działach i udostępniana w specjalnym trybie.

Autocenzura

Przypomnienie tych faktów wydaje się ważne, gdy przystępujemy do dyskusji na temat roli cenzury w naukach humanistycznych w Polsce przed rokiem 1989. Cenzura miała niezliczone wcielenia i formy. Instytucjonalna, jako sito ostatnie, nie była narzędziem najważniejszym w fałszowaniu rzeczywistości. Dziś wspomnienie o niej może mieć raczej wymiar symboliczny. Zatrzymywanie uwagi na jej działaniach grozi spłyceniem obrazu. Istota zła tkwiła w zniewalaniu umysłów i charakterów ludzi nauki. W tej sferze trzeba koncentrować ozdrowieńcze analizy. Autocenzura weszła nam głęboko w krew i w nawyk. Dziś niezmiernie trudno o prawdziwą niezależność intelektualną i badawczą...

Reklamy

Komentarzy 5

  1. Godziemba 21-07-2010 07:35 | 0
    Tomasz Strzyżewski – niedole antycenzora (1)

    http://lubczasopismo.salon24.pl/historia/post/210083,tomasz-strzyzewski-niedole-antycenzora-1

    Pod koniec 1977 roku wydawnictwo „Aneks” opublikowało „Czarną Księgę Cenzury PRL” opartą na skopiowanych materiałach Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk przywiezionych do Szwecji przez b. cenzora Tomasza Strzyżewskiego.
    Tomasz Strzyżewski, dzięki wsparciu brata, w sierpniu 1975 roku został zatrudniony w krakowskiej delegaturze GUKPPiW. Już samo zapoznanie się z charakterem zajęcia, a zwłaszcza z obowiązującymi w urzędzie wytycznymi, stanowiło dla niego wstrząs. „Ja się [tego] nie spodziewałem– opowiadał. – Nagle tam wszystko jak na dłoni widzę, wszystkie te kłamstwa i wszystkie te nieczyste sprawy”. Od początku postawił sobie za cel ujawnienie ogromu dokonywanych na społeczeństwie manipulacji. Podjął się benedyktyńskiego wręcz dzieła: przepisywania, podczas nocnych dyżurów w Drukarni Narodowej przy ul. Wielopole, cenzorskiej biblii – „Księgi zapisów i zaleceń GUKPPiW” oraz kompletowania innych dokumentów z urzędu przy Rynku Kleparskim. Zapełnione pismem zeszytowe zszywki przechowywał w domu, w specjalnej skrytce w szafie.

    Ostatni dyżur poprzedzający urlop pełnił z 9 na 10 marca, do godz. 1.30. Ruszył w drogę. Przez kontrolę celną przeszedł w marynarce i rozpiętym płaszczu, z materiałami przytwierdzonymi do pleców. Wsiadł na prom do Szwecji. „To było nieprawdopodobnie przyjemne uczucie, ale cały czas byłem spięty”. Z tego co mu w razie zdemaskowania groziło, doskonale zdawał sobie sprawę. „Co by się ze mną stało? Wiadomo […]. Szpiegostwo!”.

    Po przybyciu do Szwecji chciał natychmiast opublikować przywiezione rewelacje. Jednak przedstawiciele szwedzkiej Polonii potraktowali go jako prowokatora, mitomana lub „tylko durnia marzącego o złotych górach z CIA”. Jerzy Giedroyć tłumaczył: „Obiekcje miało wtedy b. dużo ludzi z FE [Free Europe – przyp. Godziemba] włącznie”. Inni nie doceniali wagi dokumentów. Pomarcowy emigrant Józef Dojczgewand stwierdzał, że „nie interesował się tą sprawą, ale to chyba nie jest ważne, jego natomiast interesuje […] jak wygląda system parlamentarny w PRL”.
    „Emigracja, w której objęcia wpadłem– wspominał po latach – po udanym wywiezieniu zbrodniczych dokumentów, nazywała siebie enigmatycznie „emigracją pomarcową”, mimo że w istocie była ubocznym tylko produktem „sześciodniowej” wojny na Bliskim Wschodzie w 1967 roku. Rekrutowała się głównie z warstwy społecznej, która rozkazem z Moskwy, nagle odepchnięta została od władzy i wpływów. Byli to najczęściej etatowi pracownicy partyjno-państwowych struktur władzy państwowej oraz komunistycznych mass mediów (głównie dziennikarze, redaktorzy, a nawet cenzorzy), a także aparatczycy zatrudnieni na stanowiskach nomenklaturowych w gospodarce i usługach, jak również w nauce i kulturze. Prawdziwa emigracja niepodległościowa, reprezentowana przez takich, dawno już okrytych sławą i niezmiernie zasłużonych działaczy, jak Jan Nowak-Jeziorański lub Jerzy Giedroyc czy też innych, aktywnych w pozostałych polskich ośrodkach, jak np. w londyńskim czy nawet sztokholmskim – z naiwnym zachwytem powitała ów nieoczekiwany napływ „świeżej krwi”. Radość ich była nawet zrozumiała, zważywszy że tak wielu młodych, wykształconych i pełnych energii życiowej intelektualistów, przybyłych w dodatku prosto zza „żelaznej kurtyny”, pozwalało radykalnie wzmocnić pracę emigracji na rzecz odzyskania przez Polskę wolności oraz wydatnie usprawnić pomoc dla opozycji, walczącej z komunistycznym reżimem w kraju. Oszołomieni pozytywnym obrotem spraw, starsi, „przedwojenni” panowie pośpiesznie odsuwali z pola widzenia wszelkie nasuwające się refleksje czy wątpliwości co do szczerości przybyszów, deklarujących – nagle, swym tak zgodnym, wielotysięcznym chórem – swój antykomunizm, mimo że jeszcze przed chwilą (również jak jeden mąż) trwali wiernie na straży komunizmu. Przyjęli więc ich z otwartymi ramionami, dając świetne posady w rozgłośniach radiowych (np. w RWE), w prasie emigracyjnej czy rozmaitych polskich organizacjach i pomagając na inne jeszcze sposoby. W1977 roku proces owego „oswajania” był już zakończony. Nie było więc dla mnie miejsca, zwłaszcza że opinii o nowych uciekinierach z kraju „przedwojenni” decydenci zasięgali u świeżo zaakceptowanych i już prywatnie z nimi zaprzyjaźnionych „pomarcowców”

    Nic więc dziwnego, że tak „urobiona” przez pomarcowców emigracja przyjęła go z rezerwą, graniczącą czasem z niechęcią, a nawet rzadko ukrywaną irytacją, by nie rzec z oburzeniem. Musiałem najwidoczniej – wspominał – przeszkadzać tym „uchodźcom politycznym” w prezentowaniu peerelowskiej cenzury w sposób umożliwiający zatajanie ich własnej roli w funkcjonowaniu tegoż systemu i niedopuszczający do jakichkolwiek skojarzeń z faktem, że to przecież oni sami współtworzyli cały system, jako taki. Umiarkowana życzliwość, z jaką początkowo wielu z nich mnie darzyło, zmieniła się w ledwo ukrywaną wrogość, gdy znikły już wątpliwości co do tego, że nie łączy mnie z nimi wspólnota interesów.(…) Wielotysięczna armia dziennikarzy i autorów w Polsce, oddająca się prostytucji intelektualnej, środowisko, które sami na emigracji też reprezentowali, stanowiła rzeczywisty fundament cenzury.”

    Dyskredytująca Strzyżewskiego kampania, podkreślająca fakt, iż był cenzorem, podczas gdy faktycznie był antycenzorem, miała na celu odwrócenie uwagi od własnej przeszłości przedstawicieli emigracji pomarcowej. Najłatwiejszym zaś sposobem uwolnienia się od ciążącego kompleksu winy jest przerzucenie go na kogoś, kto go nie ma.

    Mimo to materiały wzbudzały coraz większe zainteresowanie zachodnich mediów. W końcu ukazały się nakładem „Aneksu”. Tom pierwszy osiągnął łączny nakład 10 tys. egz., natomiast drugi – 12 tys. Sprawa nabrała posmaku skandalu, ponieważ bohater, w pierwszym patriotycznym odruchu zrzekłszy się honorarium, wkrótce został bez środków do życia, podczas gdy niezbyt moralnie uprawniony zysk londyńskiego wydawcy przyniósł okrągłą sumkę.

    Równocześnie starano się zniechęcić zachodnich dziennikarzy od robienia wywiadów z nie znającym języka angielskiego Strzyżewskim. W trakcie jednego z wywiadów b. cenzor zauważył, że jego tłumacz – Andrzej Koraszewski zaniechał po prostu tłumaczenia. „Zauważyłem zażenowanie dziennikarza, a rzucane ku mnie spłoszone spojrzenia nie pozostawiały wątpliwości co do treści wypowiedzi Koraszewskiego. Domyśliłem się, że są to rzeczy bardzo dla mnie niepochlebne. Zainteresowanie mediów wygasło niemal natychmiast! Nawet wywiad, przygotowany już w szwedzkiej telewizji, został odwołany.”

    Wkrótce do Strzyżewskiego dotarły wiadomości, że Koraszewski (notabene były, długoletni funkcjonariusz partyjny i związkowy, pracownik Agencji Robotniczej), bliski współpracownik Eugeniusza Smolara, rozgłasza informacje, że „Strzyżewski zrobił TO dla pieniędzy!” W tej sytuacji, wspomina Skrzyżewski „sporządziłem pisemne zrzeczenie, wysyłając je następnie do wydawcy „Czarnej Księgi”. Był nim redaktor „Aneksu” Eugeniusz Smolar, który później w filmie Grzegorza Brauna „Wielka ucieczka cenzora” podtrzymał tę kłamliwą wersję, mówiąc:„Rozpocząłem wielotygodniowe, trudne negocjacje, przekonując [go], że być może w latach pięćdziesiątych ktoś na Zachodzie byłby w stanie wypłacić mu oczekiwane kilkaset tysięcy [!] dolarów…”. Ową wypowiedź prostował sam zainteresowany: „Nigdy […] nie podejmowałem żadnych rozmów na temat pieniędzy”. Potwierdził to w liście do redakcji „Biuletynu IPN”, że Strzyżewski: „kierował się wyrażanym w listach do mnie przekonaniem, że powinien był otrzymać więcej pieniędzy za przemycone dokumenty cenzury”.
    W 1980 roku Koraszewski napisał broszurę, w której oskarżył Strzyżewskiego o bycie agentem bezpieki. „Analiza porównawcza – pisał Koraszewski – tekstów Stanisława Wałacha, Ryszarda Gontarza i innych z tekstami nijakiego Tomasza Strzyżewskiego ostatecznie potwierdziła nasze wcześniejsze podejrzenia, że ten ostatni jest agentem bezpieki. Osobnik pod nazwiskiem Strzyżewski pojawił się pod moim dachem w marcu lub kwietniu 1977 r. Przedstawił się jako były pracownik krakowskiej cenzury, który zbiegł z materiałami swego urzędu, aby, jak się wyraził, pomścić Katyń. Pan S. używał w swoich wypowiedziach stylistyki policyjnego raportu. A więc pojawiały się tu gęsto takie pojęcia jak osobnik, nijaki, rzekomy, itp., kiedy mówił o własnym dziadku, który zginął w Katyniu, nieodmiennie wymieniał najpierw nazwisko a potem imię. Podczas naszego pierwszego spotkania pan S. stwierdził, że materiały, które wywiózł są ogromnej wartości i że spodziewa się za nie otrzymać kilkadziesiąt tysięcy dolarów.”

    Otrzymane przez Strzyżewskiego w 2005 roku zaświadczenie o statusie pokrzywdzonego oraz dokumenty z IPN w pełni potwierdziły jego wersję, a jego dziadek – porucznik Wincenty Strzyżewski faktycznie został zamordowany przez Sowietów w Katyniu.
    Innym powodem nienawiści pomarcowej emigracji do Strzyżewskiego był fakt, iż wkrótce zaangażował się w działalność w Konfederacji Polski Niepodległej. Jak wspomina nasz bohater: „Słowo niepodległość było przez tych ludzi zawsze, aż do upadku komunizmu, wyszydzane. Konfederacja Polski Niepodległej, której Szwedzkie Biuro Informacyjne udało mi się na przekór ogromnym trudnościom prowadzić, była dla nich przysłowiową płachtą na byka. OPON (Ośrodek Polskich Organizacji Niepodległościowych) – najstarszą organizację emigracji niepodległościowej w Szwecji, omijali z daleka, jako gniazdo reakcji, siedlisko
    ciemniaków i „bogoojczyźnianych” patriotów–oszołomów.”

    W końcu lat 70. fragmenty „Czarnej księgi cenzury PRL” zostały wydrukowane przez podziemną Niezależną Oficynę Wydawniczą: „format A-4, niewyraźny powielaczowy druk, a jako okładka fotografia z frontonem znienawidzonego Głównego Urzędu Kontroli”. Zdecydowano się na niestosowaną dotychczas formę kolportażu, polegającą na rozsyłaniu pocztą lub dostarczaniu osobiście według skonstruowanej doraźnie specjalnej listy adresowej. Znaleźli się na niej główni przedstawiciele urzędowej elity opiniotwórczej, „ażeby nikt nie mógł powiedzieć, że nie wie, czym się zajmuje cenzura, co ona robi, jakie spustoszenia sieje” – wyjaśniał Mirosław Chojecki.

    „Nazwane to zostało dokumentem hańby – notował minister kultury i sztuki Józef Tejchma. – Również dla mnie jest to lektura wstrząsająca”. Porównywano ją, chociaż „tyczyła innej dziedziny życia i nie zawierała aż takich okropności – z rewelacjami […] Światły”.
    Na polecenie premiera Piotra Jaroszewicza dokonano przeglądu wytycznych, „radykalnie je przy okazji redukując. Księga cenzorska schudła jak szczapa”. Wykreślono wówczas około 70 proc. ogólnej liczby zapisów.

    Cdn.

  2. Tomasz Strzyżewski – niedole antycenzora (2)

    http://www.blogpress.pl/node/5021
    Godziemba, czw., 22/07/2010 – 07:23 cenzura Gazeta Wyborcza III RP komunizm Tomasz Strzyżewski
    Mimo demonstracyjnej wręcz wrogości części emigracji oraz problemów natury osobistej Strzyżewski nie ustawał w angażowaniu się na rzecz niepodległościowej opozycji w kraju. Jego boje o prawdę i wolność nie zakończyły się wraz z odzyskaniem w 1989 roku przez Polskę suwerenności.

    3 marca 1994 roku „Gazeta Wyborcza” opublikowała zmanipulowany z nim wywiad, w którym chcąc obniżyć jego wiarygodność podkreśliła, iż był wieloletnim cenzorem, zarzuciła mu także kradzież dokumentów GUKPPiW. W odpowiedzi autor napisał sprostowanie, które nie zostało zamieszczone na łamach redagowanej przez Adama Michnika gazety. Strzyżewski pisał w nim m.in. : „Na pytanie dot. wywiezienia dokumentów, zabranych przeze mnie celem dostarczenia ich opinii społecznej, jako „dowodu rzeczowego” do osądzenia zbrodni cenzury – odpowiedziałem, że „plan wywiezienia dokumentów dojrzewał”. W swej relacji GW podaje jednak: . Panie redaktorze! Nie ukrywam, że jest mi przykro, gdy ktoś uparcie nazywa mnie , chociaż robiłem wszystko, co w mej mocy, aby nie tylko nim nie być, ale również by wymierzyć cenzurze jak najskuteczniejszy cios. Nie jest mi również obojętne, gdy ktoś nazywa mnie z ł o d z i e j e m. Instrukcje cenzury były więc instrumentem, przy pomocy którego nielegalna ta władza utrzymywała zniewolony naród w niewiedzy i posłuszeństwie. Rekapitulując: złoczyńcy pastwiącemu się nad ofiarą odbiera się lub wytrąca broń z ręki, ale nie… o k r a d a się go z niej. Tyle, co do zafałszowania istoty problemu. Poza tym i przede wszystkim: nie nazwałem mojego planu „PLANEM KRADZIEŻY”. Słowo to zostało mi włożone w usta przez pańską dziennikarkę. Trudno byłoby uwierzyć, że Pan, który walczył przecież z dyktaturą, protestując zapewne w marcu 1968 roku i wołając wraz z innymi: – „Prasa kłamie!”, mógłby teraz świadomie dopuszczać do cenzurowania informacji w pańskiej własnej gazecie”.

    Ta ciągnąca się od 1977 roku walka „lewicy laickiej” ze Strzyżewskim miała na celu przedstawienie go jako przedstawiciela aparatu represji i pozbawienie go przez to dobrego imienia. Strzyżewski słusznie rekapituluje: „Chodziło o to, by w niedostrzegalny dla czytelnika sposób ukryć zarazem sprzeczność tkwiącą w owej insynuacji. No bo zastanówmy się tylko! Któż poszedłby – będąc oczywiście przy zdrowych zmysłach (robiąc to zatem ze świadomego wyboru) – do lukratywnej pracy w strukturach władzy państwowej po to tylko, by natychmiast ją porzucić, do tego jeszcze ujawniając odkryte tam grzechy i świństwa pracodawcy. A wymagało to podjęcia niebagatelnego ryzyka. Jeśli więc ten ktoś na taką pracę by się zdecydował, z pewnością starałby się osiągnięte tą drogą przywileje zachować tak długo, jak tylko to możliwe. Ale tą właśnie manipulacją „GW” starała się zamazać kontrast pomiędzy moją decyzją a decyzjami życiowymi ludzi zaprzyjaźnionych z jej własnym środowiskiem, a nawet decyzjami jego własnych przedstawicieli. Także oni przecież stanęli kiedyś przed wyborem podobnym do mojego i postąpili zupełnie odwrotnie! Wybrali nie zapowiedź bólu, upokorzeń i wyrzeczeń (jakkolwiek patetycznie mogłoby to zabrzmieć), lecz pławienie się w rozkoszach płynących z przywilejów, zarezerwowanych dla elit rządzących totalitarnym krajem. Wybrali gromadzenie bogactw pochodzących z gnębienia współobywateli. Czynili tak następnie przez długie dziesięciolecia, zanim – już nasyciwszy się – we właściwej chwili „zmienili poglądy”. Za sztandarowy przykład może tu posłużyć prezydencka kariera Kwaśniewskiego, unaoczniająca, jak to pełniona do samego końca wierna służba komunizmowi zostaje przez historię wynagradzana najwyższymi zaszczytami”.

    Gorzko, ale niezwykle prawdziwie brzmią inne refleksje Tomasza Strzyżewskiego: „Po kilku latach zrozumiałem, że nic już na emigracji nie wskóram i nastawiłem się na to, że po upadku komunizmu oraz po odzyskaniu niepodległości, prawda (pełna) o CENZURZE ujrzy wreszcie światło dzienne. Jakże znów się pomyliłem! Od chwili odzyskania państwowej niezawisłości minęło już z górą 16 lat. Przez tych 16 lat opinię publiczną w Polsce nie tylko że z rzadka podkarmiano kłamstwami o mechanizmach peerelowskiej cenzury, ale wciąż jeszcze utrzymuje się ją w totalnej niewiedzy o cenzurze n o w e j – w jej pozainstytucjonalnej tym razem formie. Jak na dłoni widać, że owa niechęć do badania zjawiska całościowo i od podstaw jest pochodną lęku przed ujawnieniem własnego w nim uczestnictwa. Ów przejaw asekuranctwa ma szansę po upływie trzynastu już lat od formalnego zniesienia cenzury przybrać postać narodowego kompleksu. Terror fizyczny przeminął, zniewolenie myśli wraz z zakazem publicznej wypowiedzi są tylko wspomnieniem, a jednak wszyscy milczą!” .

    Przyczyny tego milczenia tkwią korzeniami w zjawisku o wiele szerszym. W społeczeństwie, większość jednostek nie interesuje się takimi problemami, jak wolność słowa, demokracja, praworządność czy suwerenność. Większość po prostu wierzy w to, że rację ma silniejszy.

    I na koniec bardzo aktualna opinia Strzyżewskiego: „Współtworzące dzisiejsze media elity czują się z naturalnych powodów zmuszone do lojalności wobec ludzi i środowisk, tworzących wcześniej system środków masowego przekazu w Polsce komunistycznej, a których obecne media są spadkobiercami. Odziedziczone bowiem po peerelowskich mediach kadry są dziś, dzięki uzgodnionej przy okrągłym stole „transformacji ustrojowej”, splecione w jedną całość z kadrami nowymi, tymi już bez peerelowskiej skazy na życiorysie. Owa przymusowa koegzystencja implikuje od samego początku takie zachowania, którymi „czyste” kadry chronią w rezultacie starszych, obarczonych „hańbą domową” kolegów, przed ujawnieniem oraz hańby tej wyeksponowaniem oraz napiętnowaniem”

    W 2008 roku Tomasz Strzyżewski w proteście przeciwko działaniom Zarządu Stowarzyszenia Wolnego Słowa, „podpompowywującym – jak oceniał – fałszywą legendę Lecha Wałęsy” zdecydował się na wystąpienie z szeregów SWS-u.

    W następnym roku miało ukazać ma się nakładem Narodowego Centrum Kultury nowe, poprawione i uzupełnione wydanie „Czarnej Księgi Cenzury PRL”. Pomimo praktycznie zakończonych prac nad książką wydawca zakwestionował treść przedmowy napisanej przez Strzyżewskiego, który uznał takie postępowanie za formę cenzury i nie zgodził się na ingerencje w tekście. W rezultacie przedsięwzięcie pod patronatem ministra kultury i dziedzictwa narodowego nie doszło do skutku i druk książki został oficjalnie odwołany.

    Wybrana literatura:

    Tomasz Strzyżewski, Czarna Księga Cenzury PRL

    Tomasz Strzyżewski, Matrix czy Prawda Selektywna? Antycenzorskie retrospekcje

    Zabijanie słowa, Biuletyn IPN nr 2 z 2004 roku

    Film Wielka ucieczka cenzora, reżyseria: Grzegorz Braun

    Film Errata do biografii. Tomasz Strzyżewski, reżyseria Grzegorz Braun
    Godziemba’s blog Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać
    Czyli nowego wydania „Czarnej
    tj, czw., 22/07/2010 – 08:43
    Czyli nowego wydania „Czarnej Księgi Cenzury PRL” nie zobaczymy? Szkoda.
    Czy wydawanie książek wyłącznie na papierze nie jest w epoce internetu anachronizmem? Długie teksty czyta się z ekranu niewygodnie, ale przewaga elektronicznych wydań przy poszukiwaniu cytatów czy potrzebnych informacji jest bezdyskusyjna. Na miejscu autora po prostu puściłbym swoje dzieło w sieć, jeśli poprawki faktycznie byłyby istotne, to wydawca może by się znalazł, a jeśli nie – to czy upublicznienie prawdy nie jest najważniejsze?

  3. Z Tomaszem Strzyżewskim, niezależnym publicystą i działaczem emigracyjnym, który jako pracownik Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (GUKPPiW) ręcznie przepisał „Księgę Zapisów i Zaleceń GUKPPiW”, a następnie wywiózł ją do Szwecji i opublikował, rozmawia Bogusław Rąpała
    http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100724&typ=my&id=my81.txt

    Wywiezienie przez Pana Księgi Zapisów i Zaleceń GUKPPiW było wydarzeniem bezprecedensowym, demaskującym cenzurę stosowaną przez system komunistyczny.
    – Zrobiłem to głównie z pobudek emocjonalnych, ale niezwykle trudno jest mi o nich mówić. Był to normalny odruch człowieka, który staje się świadkiem krzywdzenia innych ludzi poprzez ich oszukiwanie i wykorzystywanie. W tym przypadku odbywało się to wobec moich rodaków na skalę masową. Później nałożyły się na to inne emocje, kiedy trafiłem na zapis instruujący, w jaki sposób należy ingerować w teksty poruszające tematykę zbrodni katyńskiej. Akurat tak się składa, że mój dziadek kpt. Wincenty Strzyżewski jest jedną z ofiar rozstrzelanych z obozu w Starobielsku. Kiedy zobaczyłem ten zapis, zacząłem dopatrywać się w nim paraleli z fizycznym zabijaniem tych oficerów. 70 lat temu, licząc od dziś, świadomość narodową niszczono przez fizyczną likwidację „nośnika” tej świadomości, którym zawsze była inteligencja. Natomiast cenzura komunistyczna niszczyła tę świadomość nie w sposób fizyczny, lecz poprzez manipulowanie ludzkimi umysłami. Wewnątrz czułem, że muszę coś z tą wiedzą zrobić. Decyzja dojrzewała. Gdy skończył się mój okres próbny i otrzymałem umowę na czas nieokreślony, wówczas wszystko, co później robiłem w urzędzie, podporządkowałem jednemu celowi. Na dyżurach nocnych przepisywałem księgę zapisów i zaleceń, która tylko dzięki temu jest teraz znana, ponieważ wszystkie oryginały po upadku komunizmu, zostały zniszczone.

    Jak ocenia Pan skuteczność swego posunięcia?
    – Wiedza, jaką chciałem przekazać na temat działania cenzury w PRL, dotarła tylko do nielicznych środowisk elit intelektualnych, w tym również do działaczy opozycyjnych. Zwykli obywatele nie mieli dostępu do tych informacji. Być może po części wynikało to z braku zainteresowania tym tematem, ale możliwe, że wielu z nich w ogóle nie zdawało sobie sprawy z istnienia urzędu, stanowiącego zinstytucjonalizowaną formą cenzury. Nawet w nazwie tej instytucji nie było słów „cenzor” ani „cenzura”. Choćby w ten sposób wiedza o istnieniu takiego urzędu była ukrywana przed społeczeństwem. Natomiast o jego działaniu doskonale wiedzieli ci dziennikarze i artyści, którzy z nim współpracowali.

    To zapewniało spokojne funkcjonowanie tej instytucji.
    – Jak najbardziej. Głównie dlatego, że środowiska dziennikarskie, kadry zatrudnione w PRL-owskich mediach, same dla siebie były wówczas głównymi cenzorami. Poza tym w każdym ze środków społecznego przekazu pracowali redaktorzy, którzy z kolei sprawowali cenzurę redakcyjną. Mam zwyczaj porównywać zjawisko cenzury funkcjonującej w czasach PRL do góry lodowej. Czubek wystający ponad powierzchnię morza, stanowiący odpowiednik powierzchni życia publicznego, to była cenzura instytucjonalna w postaci GUKPPiW. Ale wszystko poniżej tej powierzchni funkcjonowało jako naturalny odruch, który wynikał z uświadomionej zależności pracownika od pracodawcy. Pracodawcą w mediach za czasów PRL było państwo komunistyczne. I siłą rzeczy każdy dziennikarz, jeżeli chciał mieć pewność, że będzie mógł pracować w mediach komunistycznych lub w koncesjonowanych przez to państwo mediach wasalskich, musiał dbać o ochronę interesu swojego pracodawcy. Nie mógł mu się niczym narazić. Musiał pisać to, co nawet bez konkretnej znajomości zasad zapisów cenzorskich i tak było dla niego oczywiste. W związku z tym ten typ zależności sprawiał, że dziennikarze w Polsce, przede wszystkim oni, odpowiadali za tworzenie fałszywego obrazu rzeczywistości, który w mediach PRL-owskich był przekazywany społeczeństwu jako odbiorcy.

    W środowisku dziennikarskim panowała przerażająca hipokryzja. Dziś jest podobnie…
    – To było wypieranie z własnego sumienia, z własnej świadomości faktu, że samemu coś się cenzuruje, jest się autocenzorem. Ci dziennikarze robili to na wyczucie, a urząd jedynie wyłapywał ich błędy w sztuce. Te wszystkie zapisy były potrzebne dla przypominania, dla ułatwiania pracy redaktorom. Dlatego otrzymywały je również redakcje, które na miejscu kontrolowały teksty pisane przez swoich dziennikarzy. Natomiast sama ingerencja cenzorska dokonywana była na dostarczanych przez redakcje i wydawnictwa tekstach. Cała procedura korekty przebiegała w sposób uniemożliwiający przedostanie się na zewnątrz urzędu dowodu – w sensie prawno-rzeczowym – cenzurowania mediów przez ten urząd. Redakcje zresztą chętnie uczestniczyły w tej maskaradzie, akceptując zakaz uwidaczniania ingerencji cenzorskiej w oddawanych do druku tekstach.

    Od tamtego czasu stał się Pan uważnym obserwatorem metod stosowanych w środkach masowego przekazu.
    – Rzeczywiście, w tamtym czasie zyskałem bardzo dużą wiedzę na temat sposobu funkcjonowania mediów i systematycznie ją pogłębiałem. Uświadomiłem sobie, że dziennikarze chcący publikować swoje teksty w mediach komunistycznych godzili się na kolaborację z reżimem. Do zostania dziennikarzem w systemie komunistycznym nikt nikogo nie zmuszał. Nawet jeśli ktoś na początku nie był świadomy tego mechanizmu, to po odkryciu go mógł zrezygnować z pracy. Jednak wielu robiło karierę w mediach okresu PRL, a dzisiaj, po upadku komuny, chce uchodzić za autorytety moralne i wzór dziennikarstwa. Obecnie w mediach mamy całą masę takich ludzi. Niektórzy z nich byli nawet tajnymi współpracownikami bezpieki. To oni przez całe dwudziestolecie kształtowali preferencje i sympatie polityczne narybku dziennikarskiego.

    Nieustannie się podkreśla, że jednym z głównych osiągnięć naszej młodej demokracji jest wolność słowa. Co Pan rozumie poprzez to pojęcie i czy możemy mówić o wolności słowa w obecnej polskiej rzeczywistości medialnej?
    – Dla mnie wolność słowa jest prawem do wypowiadania się w przestrzeni publicznej. Prawem każdego człowieka. Nie w relacjach ludzkich na poziomie indywidualnym, ale za pośrednictwem mediów. Ale to jest oczywiście niemożliwe. I w tym sensie wolność słowa jest dla mnie utopią. Dlatego też pojęcie to powszechnie kojarzone jest z wolnością słowa dla mediów, a więc dla nielicznych. To oczywiste, że dziennikarze mają dużo większą wolność słowa niż zwykli ludzie. Inaczej mówiąc, ta wolność zarezerwowana jest dla członków kadr obsługujących media. A i tutaj nie przysługuje ona każdemu w równym stopniu. Na pewno redaktor Adam Michnik ma większą wolność słowa niż pracujący u niego Paweł Wroński. Istnieje jednak w realnych demokracjach pluralizm mediów, który ma miejsce również w Polsce. Oznacza on w pewnym sensie pluralizm kryteriów selekcji obowiązujących w każdym z nich. Kryterium selekcji, czyli cenzury, można paradoksalnie powiedzieć.

    Mamy dziś w Polsce monopol władzy jednej partii. Sukces ten Platforma Obywatelska w dużej mierze zawdzięcza popierającym ją mediom.
    – Media popierające rząd są w oczywistej większości. Kadry w tych mediach w znacznym stopniu przetrwały od 1989 roku. One nadal siłą rzeczy popierają środowiska postkomunistyczne, gdyż kiedyś im służyły. Kierują się poczuciem wspólnoty interesów. Często w grę wchodzą również interesy ekonomiczne. A poprawność polityczna jest oczywiście pewną częścią cenzury, pewnym jej uzupełnieniem, ale tylko uzupełnieniem. Nawet te nieliczne media, które nie są podporządkowane środowiskom postkomunistycznym, stosują selekcję informacji i nie ma w tym nic złego. Narzucają to bowiem mechanizmy funkcjonującego w dzisiejszym świecie systemu medialnego.

    Jakie mechanizmy ma Pan na myśli?
    – Pierwszym z uwarunkowań jest ograniczona pojemność przekazu medialnego, np. liczba stron w gazecie, ilość czasu antenowego itd. Z tego też powodu dziennikarze, starający się przeciwstawić selektywnemu obrazowi rzeczywistości kreowanemu przez media postkomunistyczne, muszą siłą rzeczy wypełniać tylko luki pozostawione przez media, w opozycji do których się znajdują. Zmuszeni są zatem używać tego samego oręża co przeciwnik, bo inaczej nie mieliby szans w walce z nim. Przekazanie wszystkich informacji bez ich selekcji nie jest możliwe. Szkopuł polega na skoncentrowaniu się na tym, co przemilczał przeciwnik, czyli w dzisiejszej sytuacji media postkomunistyczne. Jeśliby nałożyć te dwa niepełne obrazy rzeczywistości (ja określam je trochę ironicznie jako „matriksy”), to wtedy uzyskamy pełniejszy i prawdziwszy obraz rzeczywistości.

    W czym można upatrywać szansy dla niezależnych mediów?
    – Największa szansa dla nielicznych mediów, które obecnie reprezentują krytyczny sposób patrzenia na poczynania władzy, pojawia się dopiero w warunkach pewnej symetrii wpływów, jaka panuje w obrębie czwartej władzy chociażby w Stanach Zjednoczonych lub w Wielkiej Brytanii. Występuje tam względna równowaga pomiędzy mediami, na które równe wpływy mają główne, rywalizujące ze sobą nurty polityczne.

    Platforma Obywatelska praktycznie podporządkowała już sobie media publiczne.
    – Doszedłem do wniosku, że prawdziwą władzą jest w gruncie rzeczy władza nieformalna, sprawowana przez media. Tyle tylko, że nie posiada ona oczywiście ani takich instrumentów, ani takiej mocy, żeby jej oddziaływanie na masowego odbiorcę było natychmiastowe. Jej wpływ może być tylko długofalowy. Jeśli zaś chodzi o obecne przepychanki o media publiczne, to partia rządząca chce umocnić w nich swoje wpływy. Media te próbują być wprawdzie obiektywne, ale dla PO bezstronność mediów publicznych świadczy o ich stronniczości na rzecz PiS.

    Przytłaczająca większość społeczeństwa nic nie wie o sposobie funkcjonowania mediów, jednocześnie bezkrytycznie im ufa.
    – Ufają im, gdyż nie istnieje żadne inne źródło informacji świecie. 99 procent informacji otrzymujemy z mediów lub od innych ludzi, którzy czerpią je również z tego źródła. Nasza percepcja zmysłowa dostarcza nam tylko tyle, ile znajdujemy w zasięgu naszych zmysłów. Samodzielne analizowanie otrzymanych z mediów informacji i wyciąganie wniosków, zestawianie ich ze sobą i poddawanie krytycznej ocenie to zdolność, którą dysponuje niestety niewielka część populacji ludzkiej. Tego dowodzą badania naukowe. Znaczna część opinii publicznej jest bezbronna wobec tej manipulacji.

    Czy można powiedzieć, że manipulacja to doskonalsza forma cenzury?
    – Cenzura nie polega na zastępowaniu prawdy kłamstwem. Ona zmieniła swoją postać. Cenzura prawdę tę szatkuje i z prawd cząstkowych buduje prawdę selektywną, która jest fałszywym obrazem rzeczywistości. Prawda selektywna również wprowadza odbiorcę w błąd. Jest trudna do zwalczania, ponieważ nie można podważyć żadnego z jej elementów, wskazując na to, że jest on kłamstwem. Składa się ona bowiem z prawd cząstkowych, tyle że w odpowiedni sposób wyselekcjonowanych i połączonych w całość.

    Czy w najbliższym czasie istnieje jakaś szansa na większą równowagę na rynku medialnym w Polsce?
    – Sytuacja jest bardziej skomplikowana. Wciąż utrzymuje się dominacja środowisk postkomunistycznych, czego oczywiście – z historycznych powodów – nie ma w mediach krajów zachodnich, gdzie komunizm nigdy nie panował. I mimo że następuje zmiana generacyjna, to jednak narybek dziennikarski przeplata się z tymi, którzy wciąż jeszcze pracują i przekazują młodszym kolegom swoje sympatie, sposób ocen, interpretacji itd. Testem na dojrzałość i na autentyczność demokracji w danym państwie są właśnie media działające w jego obrębie. W Polsce ciężko mówić o prawdziwej demokracji, ponieważ ta asymetria wpływów różnych ugrupowań na media jest zbyt daleko posunięta. Czy to się kiedyś zmieni? Jestem optymistą, ale uważam, że może to bardzo długo potrwać. Istnieje jednak pewna szansa, jeżeli główna partia opozycyjna – Prawo i Sprawiedliwość, wygra przyszłoroczne wybory. Będzie to trudne za względu na obecną politykę prowadzoną przez większość mediów. Ale nawet w nich dochodzi czasem do dezorientacji i zaprzestania manipulacji, kiedy wydarzy się coś zupełnie nieprzewidywalnego.

    Tak jak to było po katastrofie smoleńskiej, kiedy główne media na jakiś czas zaniemówiły.
    – To tragiczne wydarzenie obnażyło mechanizmy i metody ich działania. Również politycy powinni wskazywać na sposób funkcjonowania mediów postkomunistycznych. Jest to jednak niesłychanie trudne, ponieważ żeby byli słyszani przez społeczeństwo, muszą zabierać głos również w tych mediach, a one za wszelką cenę będą starały się nie dopuścić do prób demaskowania manipulacji.

    Dziękuję za rozmowę.

    Tomasz Strzyżewski będzie gościem sobotniego wydania „Rozmów niedokończonych” na antenie Radia Maryja o godz. 18.15 i 21.40 i w TV Trwam o godz. 18.15. Temat audycji: „Peerelowska i współczesna cenzura w Polsce”

  4. Rozmowy niedokończone: Peerelowska i współczesna cenzura w Polsce
    http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=22351
    omasz Strzyżewski – człowiek, który pokazał światu niszczycielski charakter cenzury PRL, wywożąc potajemnie w roku 1977 jej tajne zapisy za granicę i publikując je;Piotr Szubarczyk – Biuro Edukacji Publicznej IPN Gdańsk, w latach 70. działacz opozycji. (2010-07-24)
    Rozmowy niedokończone

    słuchaj
    zapisz

    Z Tomaszem Strzyżewskim, niezależnym publicystą i działaczem emigracyjnym, który jako pracownik Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (GUKPPiW) ręcznie przepisał „Księgę Zapisów i Zaleceń GUKPPiW”, a następnie wywiózł ją do Szwecji i opublikował, rozmawia Bogusław Rąpała

    Wywiezienie przez Pana Księgi Zapisów i Zaleceń GUKPPiW było wydarzeniem bezprecedensowym, demaskującym cenzurę stosowaną przez system komunistyczny.
    – Zrobiłem to głównie z pobudek emocjonalnych, ale niezwykle trudno jest mi o nich mówić. Był to normalny odruch człowieka, który staje się świadkiem krzywdzenia innych ludzi poprzez ich oszukiwanie i wykorzystywanie. W tym przypadku odbywało się to wobec moich rodaków na skalę masową. Później nałożyły się na to inne emocje, kiedy trafiłem na zapis instruujący, w jaki sposób należy ingerować w teksty poruszające tematykę zbrodni katyńskiej. Akurat tak się składa, że mój dziadek kpt. Wincenty Strzyżewski jest jedną z ofiar rozstrzelanych z obozu w Starobielsku. Kiedy zobaczyłem ten zapis, zacząłem dopatrywać się w nim paraleli z fizycznym zabijaniem tych oficerów. 70 lat temu, licząc od dziś, świadomość narodową niszczono przez fizyczną likwidację „nośnika” tej świadomości, którym zawsze była inteligencja. Natomiast cenzura komunistyczna niszczyła tę świadomość nie w sposób fizyczny, lecz poprzez manipulowanie ludzkimi umysłami. Wewnątrz czułem, że muszę coś z tą wiedzą zrobić. Decyzja dojrzewała. Gdy skończył się mój okres próbny i otrzymałem umowę na czas nieokreślony, wówczas wszystko, co później robiłem w urzędzie, podporządkowałem jednemu celowi. Na dyżurach nocnych przepisywałem księgę zapisów i zaleceń, która tylko dzięki temu jest teraz znana, ponieważ wszystkie oryginały po upadku komunizmu, zostały zniszczone.

    Jak ocenia Pan skuteczność swego posunięcia?
    – Wiedza, jaką chciałem przekazać na temat działania cenzury w PRL, dotarła tylko do nielicznych środowisk elit intelektualnych, w tym również do działaczy opozycyjnych. Zwykli obywatele nie mieli dostępu do tych informacji. Być może po części wynikało to z braku zainteresowania tym tematem, ale możliwe, że wielu z nich w ogóle nie zdawało sobie sprawy z istnienia urzędu, stanowiącego zinstytucjonalizowaną formą cenzury. Nawet w nazwie tej instytucji nie było słów „cenzor” ani „cenzura”. Choćby w ten sposób wiedza o istnieniu takiego urzędu była ukrywana przed społeczeństwem. Natomiast o jego działaniu doskonale wiedzieli ci dziennikarze i artyści, którzy z nim współpracowali.

    To zapewniało spokojne funkcjonowanie tej instytucji.
    – Jak najbardziej. Głównie dlatego, że środowiska dziennikarskie, kadry zatrudnione w PRL-owskich mediach, same dla siebie były wówczas głównymi cenzorami. Poza tym w każdym ze środków społecznego przekazu pracowali redaktorzy, którzy z kolei sprawowali cenzurę redakcyjną. Mam zwyczaj porównywać zjawisko cenzury funkcjonującej w czasach PRL do góry lodowej. Czubek wystający ponad powierzchnię morza, stanowiący odpowiednik powierzchni życia publicznego, to była cenzura instytucjonalna w postaci GUKPPiW. Ale wszystko poniżej tej powierzchni funkcjonowało jako naturalny odruch, który wynikał z uświadomionej zależności pracownika od pracodawcy. Pracodawcą w mediach za czasów PRL było państwo komunistyczne. I siłą rzeczy każdy dziennikarz, jeżeli chciał mieć pewność, że będzie mógł pracować w mediach komunistycznych lub w koncesjonowanych przez to państwo mediach wasalskich, musiał dbać o ochronę interesu swojego pracodawcy. Nie mógł mu się niczym narazić. Musiał pisać to, co nawet bez konkretnej znajomości zasad zapisów cenzorskich i tak było dla niego oczywiste. W związku z tym ten typ zależności sprawiał, że dziennikarze w Polsce, przede wszystkim oni, odpowiadali za tworzenie fałszywego obrazu rzeczywistości, który w mediach PRL-owskich był przekazywany społeczeństwu jako odbiorcy.

    W środowisku dziennikarskim panowała przerażająca hipokryzja. Dziś jest podobnie…
    – To było wypieranie z własnego sumienia, z własnej świadomości faktu, że samemu coś się cenzuruje, jest się autocenzorem. Ci dziennikarze robili to na wyczucie, a urząd jedynie wyłapywał ich błędy w sztuce. Te wszystkie zapisy były potrzebne dla przypominania, dla ułatwiania pracy redaktorom. Dlatego otrzymywały je również redakcje, które na miejscu kontrolowały teksty pisane przez swoich dziennikarzy. Natomiast sama ingerencja cenzorska dokonywana była na dostarczanych przez redakcje i wydawnictwa tekstach. Cała procedura korekty przebiegała w sposób uniemożliwiający przedostanie się na zewnątrz urzędu dowodu – w sensie prawno-rzeczowym – cenzurowania mediów przez ten urząd. Redakcje zresztą chętnie uczestniczyły w tej maskaradzie, akceptując zakaz uwidaczniania ingerencji cenzorskiej w oddawanych do druku tekstach.

    Od tamtego czasu stał się Pan uważnym obserwatorem metod stosowanych w środkach masowego przekazu.
    – Rzeczywiście, w tamtym czasie zyskałem bardzo dużą wiedzę na temat sposobu funkcjonowania mediów i systematycznie ją pogłębiałem. Uświadomiłem sobie, że dziennikarze chcący publikować swoje teksty w mediach komunistycznych godzili się na kolaborację z reżimem. Do zostania dziennikarzem w systemie komunistycznym nikt nikogo nie zmuszał. Nawet jeśli ktoś na początku nie był świadomy tego mechanizmu, to po odkryciu go mógł zrezygnować z pracy. Jednak wielu robiło karierę w mediach okresu PRL, a dzisiaj, po upadku komuny, chce uchodzić za autorytety moralne i wzór dziennikarstwa. Obecnie w mediach mamy całą masę takich ludzi. Niektórzy z nich byli nawet tajnymi współpracownikami bezpieki. To oni przez całe dwudziestolecie kształtowali preferencje i sympatie polityczne narybku dziennikarskiego.

    Nieustannie się podkreśla, że jednym z głównych osiągnięć naszej młodej demokracji jest wolność słowa. Co Pan rozumie poprzez to pojęcie i czy możemy mówić o wolności słowa w obecnej polskiej rzeczywistości medialnej?
    – Dla mnie wolność słowa jest prawem do wypowiadania się w przestrzeni publicznej. Prawem każdego człowieka. Nie w relacjach ludzkich na poziomie indywidualnym, ale za pośrednictwem mediów. Ale to jest oczywiście niemożliwe. I w tym sensie wolność słowa jest dla mnie utopią. Dlatego też pojęcie to powszechnie kojarzone jest z wolnością słowa dla mediów, a więc dla nielicznych. To oczywiste, że dziennikarze mają dużo większą wolność słowa niż zwykli ludzie. Inaczej mówiąc, ta wolność zarezerwowana jest dla członków kadr obsługujących media. A i tutaj nie przysługuje ona każdemu w równym stopniu. Na pewno redaktor Adam Michnik ma większą wolność słowa niż pracujący u niego Paweł Wroński. Istnieje jednak w realnych demokracjach pluralizm mediów, który ma miejsce również w Polsce. Oznacza on w pewnym sensie pluralizm kryteriów selekcji obowiązujących w każdym z nich. Kryterium selekcji, czyli cenzury, można paradoksalnie powiedzieć.

    Mamy dziś w Polsce monopol władzy jednej partii. Sukces ten Platforma Obywatelska w dużej mierze zawdzięcza popierającym ją mediom.
    – Media popierające rząd są w oczywistej większości. Kadry w tych mediach w znacznym stopniu przetrwały od 1989 roku. One nadal siłą rzeczy popierają środowiska postkomunistyczne, gdyż kiedyś im służyły. Kierują się poczuciem wspólnoty interesów. Często w grę wchodzą również interesy ekonomiczne. A poprawność polityczna jest oczywiście pewną częścią cenzury, pewnym jej uzupełnieniem, ale tylko uzupełnieniem. Nawet te nieliczne media, które nie są podporządkowane środowiskom postkomunistycznym, stosują selekcję informacji i nie ma w tym nic złego. Narzucają to bowiem mechanizmy funkcjonującego w dzisiejszym świecie systemu medialnego.

    Jakie mechanizmy ma Pan na myśli?
    – Pierwszym z uwarunkowań jest ograniczona pojemność przekazu medialnego, np. liczba stron w gazecie, ilość czasu antenowego itd. Z tego też powodu dziennikarze, starający się przeciwstawić selektywnemu obrazowi rzeczywistości kreowanemu przez media postkomunistyczne, muszą siłą rzeczy wypełniać tylko luki pozostawione przez media, w opozycji do których się znajdują. Zmuszeni są zatem używać tego samego oręża co przeciwnik, bo inaczej nie mieliby szans w walce z nim. Przekazanie wszystkich informacji bez ich selekcji nie jest możliwe. Szkopuł polega na skoncentrowaniu się na tym, co przemilczał przeciwnik, czyli w dzisiejszej sytuacji media postkomunistyczne. Jeśliby nałożyć te dwa niepełne obrazy rzeczywistości (ja określam je trochę ironicznie jako „matriksy”), to wtedy uzyskamy pełniejszy i prawdziwszy obraz rzeczywistości.

    W czym można upatrywać szansy dla niezależnych mediów?
    – Największa szansa dla nielicznych mediów, które obecnie reprezentują krytyczny sposób patrzenia na poczynania władzy, pojawia się dopiero w warunkach pewnej symetrii wpływów, jaka panuje w obrębie czwartej władzy chociażby w Stanach Zjednoczonych lub w Wielkiej Brytanii. Występuje tam względna równowaga pomiędzy mediami, na które równe wpływy mają główne, rywalizujące ze sobą nurty polityczne.

    Platforma Obywatelska praktycznie podporządkowała już sobie media publiczne.
    – Doszedłem do wniosku, że prawdziwą władzą jest w gruncie rzeczy władza nieformalna, sprawowana przez media. Tyle tylko, że nie posiada ona oczywiście ani takich instrumentów, ani takiej mocy, żeby jej oddziaływanie na masowego odbiorcę było natychmiastowe. Jej wpływ może być tylko długofalowy. Jeśli zaś chodzi o obecne przepychanki o media publiczne, to partia rządząca chce umocnić w nich swoje wpływy. Media te próbują być wprawdzie obiektywne, ale dla PO bezstronność mediów publicznych świadczy o ich stronniczości na rzecz PiS.

    Przytłaczająca większość społeczeństwa nic nie wie o sposobie funkcjonowania mediów, jednocześnie bezkrytycznie im ufa.
    – Ufają im, gdyż nie istnieje żadne inne źródło informacji świecie. 99 procent informacji otrzymujemy z mediów lub od innych ludzi, którzy czerpią je również z tego źródła. Nasza percepcja zmysłowa dostarcza nam tylko tyle, ile znajdujemy w zasięgu naszych zmysłów. Samodzielne analizowanie otrzymanych z mediów informacji i wyciąganie wniosków, zestawianie ich ze sobą i poddawanie krytycznej ocenie to zdolność, którą dysponuje niestety niewielka część populacji ludzkiej. Tego dowodzą badania naukowe. Znaczna część opinii publicznej jest bezbronna wobec tej manipulacji.

    Czy można powiedzieć, że manipulacja to doskonalsza forma cenzury?
    – Cenzura nie polega na zastępowaniu prawdy kłamstwem. Ona zmieniła swoją postać. Cenzura prawdę tę szatkuje i z prawd cząstkowych buduje prawdę selektywną, która jest fałszywym obrazem rzeczywistości. Prawda selektywna również wprowadza odbiorcę w błąd. Jest trudna do zwalczania, ponieważ nie można podważyć żadnego z jej elementów, wskazując na to, że jest on kłamstwem. Składa się ona bowiem z prawd cząstkowych, tyle że w odpowiedni sposób wyselekcjonowanych i połączonych w całość.

    Czy w najbliższym czasie istnieje jakaś szansa na większą równowagę na rynku medialnym w Polsce?
    – Sytuacja jest bardziej skomplikowana. Wciąż utrzymuje się dominacja środowisk postkomunistycznych, czego oczywiście – z historycznych powodów – nie ma w mediach krajów zachodnich, gdzie komunizm nigdy nie panował. I mimo że następuje zmiana generacyjna, to jednak narybek dziennikarski przeplata się z tymi, którzy wciąż jeszcze pracują i przekazują młodszym kolegom swoje sympatie, sposób ocen, interpretacji itd. Testem na dojrzałość i na autentyczność demokracji w danym państwie są właśnie media działające w jego obrębie. W Polsce ciężko mówić o prawdziwej demokracji, ponieważ ta asymetria wpływów różnych ugrupowań na media jest zbyt daleko posunięta. Czy to się kiedyś zmieni? Jestem optymistą, ale uważam, że może to bardzo długo potrwać. Istnieje jednak pewna szansa, jeżeli główna partia opozycyjna – Prawo i Sprawiedliwość, wygra przyszłoroczne wybory. Będzie to trudne za względu na obecną politykę prowadzoną przez większość mediów. Ale nawet w nich dochodzi czasem do dezorientacji i zaprzestania manipulacji, kiedy wydarzy się coś zupełnie nieprzewidywalnego.

    Tak jak to było po katastrofie smoleńskiej, kiedy główne media na jakiś czas zaniemówiły.
    – To tragiczne wydarzenie obnażyło mechanizmy i metody ich działania. Również politycy powinni wskazywać na sposób funkcjonowania mediów postkomunistycznych. Jest to jednak niesłychanie trudne, ponieważ żeby byli słyszani przez społeczeństwo, muszą zabierać głos również w tych mediach, a one za wszelką cenę będą starały się nie dopuścić do prób demaskowania manipulacji.

    Dziękuję za rozmowę.

    Tomasz Strzyżewski będzie gościem sobotniego wydania „Rozmów niedokończonych” na antenie Radia Maryja o godz. 18.15 i 21.40 i w TV Trwam o godz. 18.15. Temat audycji: „Peerelowska i współczesna cenzura w Polsce”.

    Nie wolno dopuszczać jakichkolwiek prób obarczania Związku Radzieckiego odpowiedzialnością za śmierć polskich oficerów w lasach katyńskich.

    Należy eliminować określenie „jeńcy wojenni” w odniesieniu do żołnierzy i oficerów polskich internowanych przez Armię Czerwoną we wrześniu 1939 r. Właściwym określeniem jest termin .

    W opracowaniach naukowych, pamiętnikarskich, biograficznych można zwalniać sformułowania w rodzaju „rozstrzelany przez hitlerowców w Katyniu”…

    Nekrologi, klepsydry, ogłoszenia o nabożeństwach zgłoszonych w intencji ofiar Katynia oraz informacje o innych formach uczczenia ich pamięci mogą być zwalniane wyłącznie za zgodą kierownictwa Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk.

    Nie należy dopuszczać do żadnych informacji o zabiciu noworodka przez matkę – studentkę Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach.

    Należy bezwzględnie eliminować wszelkie dane zbiorcze dotyczące ilości wypadków drogowych, pożarów, utonięć, jak również tonować zbyt alarmistyczne publikacje na ten temat.

    Nie należy dopuszczać do publikacji w masowych środkach przekazu danych liczbowych obrazujących stan i wzrost alkoholizmu w skali całego kraju.

    Nie należy dopuszczać żadnych informacji o sprzedaży przez Polskę mięsa do ZSRR.

    Nie należy publikować żadnej informacji o katastrofie w kopalni Katowice, w której poniosło śmierć 4 górników.

    Nie należy dopuszczać żadnych informacji na temat afery łapówkarskiej w Sandomierzu.

    Nie należy zezwalać na publikowanie informacji o przyznawaniu przez Premiera rent specjalnych dla różnych osób.

    Nie należy zwalniać żadnych materiałów na temat pielgrzymki z Polski do Rzymu, w ramach obchodzonego w Kościele rzymsko-katolickim tzw. Roku Jubileuszowego

    Cyprian Kamil Norwid

    SIŁA ICH
    Fraszka

    Ogromne wojska, bitne generały,
    Policje – tajne, widne i dwu-płciowe –
    Przeciwko komuż tak się pojednały?
    – Przeciwko kilku myślom… co nienowe!

    DO GÓRY

  5. Peerelowska i współczesna cenzura w Polsce (2010-07-24)
    Rodzaj audycji: [Rozmowy niedokończone]
    Autor: Tomasz Strzyżewski – człowiek, który pokazał światu niszczycielski charakter cenzury PRL, wywożąc potajemnie w roku 1977 jej tajne zapisy za granicę i publikując je;Piotr Szubarczyk – Biuro Edukacji Publicznej IPN Gdańsk, w latach 70. działacz opozycji.
    Adres: http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=22351
    Peerelowska i współczesna cenzura w Polsce (cz.II) (2010-07-24)
    Rodzaj audycji: [Rozmowy niedokończone]
    Autor: Tomasz Strzyżewski – człowiek, który pokazał światu niszczycielski charakter cenzury PRL, wywożąc potajemnie w roku 1977 jej tajne zapisy za granicę i publikując je;Piotr Szubarczyk – Biuro Edukacji Publicznej IPN Gdańsk, w latach 70. działacz opozycji.
    Adres: http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=22354
    Peerelowska i współczesna cenzura w Polsce (cz.III) (2010-07-24)
    Rodzaj audycji: [Rozmowy niedokończone]
    Autor: Tomasz Strzyżewski – człowiek, który pokazał światu niszczycielski charakter cenzury PRL, wywożąc potajemnie w roku 1977 jej tajne zapisy za granicę i publikując je;Piotr Szubarczyk – Biuro Edukacji Publicznej IPN Gdańsk, w latach 70. działacz opozycji.
    Adres: http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=22355

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: