Andrzej Olechowski – polityk i ekonomista, b. kontakt operacyjny „Must” i Tener

baner człowiek nauki

Andrzej Marian Olechowski w Wikipedii

(ur. 9 września 1947 w Krakowie) – polski polityk i ekonomista; wcześniej dziennikarz radiowy i prezenter muzyczny programu III Polskiego Radia.

Ukończył studia ekonomiczne w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (obecnie SGH) w Warszawie, w 1979 uzyskał stopień doktora nauk ekonomicznych. Pełnił funkcje ministra finansów w 1992, oraz ministra spraw zagranicznych w latach 1993–1995. Kandydat na Prezydenta RP w 2000, jeden z założycieli Platformy Obywatelskiej, laureat Nagrody Kisiela 2000, w tym samym roku otrzymał też tytuł Człowiek Roku tygodnika Wprost. W młodości był menedżerem znanego zespołu Trzy Korony

Działalność publiczna

Zasiadał we władzach instytucji publicznych takich jak Międzynarodowe Centrum Rozwoju Demokracji, Instytut Studiów Wschodnich, Klub Wschodni, Stowarzyszenie Euro-Atlantycki, Fundacja Batorego czy Instytut Spraw Publicznych. Wykładał w wielu uczelniach wyższych, m.in. na Uniwersytecie Jagiellońskim, Akademii Teologii Katolickiej oraz Collegium Civitas. W latach 1994–1998 był przewodniczącym Rady Gminy WarszawaWilanów. Autor wielu publikacji w dziedzinie gospodarki i polityki zagranicznej.

Współpraca z wywiadem PRL

Jako jeden z nielicznych polityków centroprawicowych złożył oświadczenie lustracyjne o przyznaniu się do współpracy ze służbami specjalnymi PRL – w okresie pracy w instytucjach międzynarodowych współpracował z wywiadem (Departament I MSW). Był jego kontaktem operacyjnym o pseudonimie „Must”, wcześniej pseudonim Tener, nr ewidencyjny 9606.[2]

————

Andrzej Olechowski

Home page

członek władz: Centrum Promocji Kobiet, Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego oraz
fundacji: S. Batorego, Katedra Polska w Uniwersytecie Jerozolimskim, HEPAR, Instytutu Spraw Publicznych, Dyplomacji Publicznej PISM, Towarzystwa Społeczno-Ekonomicznego

Działalność naukowa i dydaktyczna:

dr ekonomii (SGPiS, 1979), kierownik zakładu w Instytucie Koniunktur i Cen (1978-82), wykładał w Akademii Teologii Katolickiej, Collegium Civitas oraz w Uniwersytecie Jagiellońskim. Autor szeregu publikacji na temat handlu międzynarodowego i polityki zagranicznej.

—————–

Czempiński – życie nieznanego tenora

Rzeczpospolita, Sławomir Cenckiewicz 16-07-2009

Znajomość Olechowskiego z Czempińskim ciągnie się od czasów PRL. Olechowski przyznał kiedyś, że współpracował z wywiadem. Rzeczywiście był on kontaktem operacyjnym Wydziału X Departamentu I MSW o pseudonimie Must (wcześniej, o czym mało wiadomo, pseudonim Tener, nr ewidencyjny 9606). Pracownikiem tego samego pionu SB był Czempiński.

Reklamy

Czeska lista Wildsteina

baner

Czeska lista Wildsteina

Rz

Były czeski dysydent ujawnił w Internecie 100 tysięcy nazwisk z rejestrów bezpieki StB. Po pierwszej godzinie funkcjonowania padł serwer.

Penc znalazł się w ogniu krytyki. – To, co zrobił, nie jest w porządku pod względem prawnym. Sprawę badają nasi prawnicy

– mówi „Rz” Jirzi Reichl, rzecznik USTR. – Poza tym jego strona może wprowadzać w błąd. Nie jest to żadna lista agentów. Są tam osoby, którymi z jakichś powodów StB się interesowała, a więc zarówno współpracownicy, jak i inwigilowani – zaznacza.

Penc krytykował wcześniej instytut, zarzucając jego szefostwu, że monopolizuje informacje na temat przeszłości. USTR, utworzony w lutym 2008 roku, zebrał setki tysięcy dokumentów StB z całego kraju w jednym Archiwum Służb Bezpieczeństwa. Miał udostępniać zgromadzone informacje opinii publicznej.

W marcu Penc wezwał kierownictwo archiwum do publikacji indeksu teczek. Otrzymał negatywną odpowiedź. Rejestry StB znajdowały się już wtedy w jego posiadaniu. Otrzymał je w formie elektronicznej od Jana Langoša, pierwszego szefa Słowackiego Instytutu Pamięci Narodowej. Langoš (obecnie już nieżyjący) był również niezadowolony z prac USTR.

Według Penca instytutowi będzie teraz znacznie trudniej cokolwiek ukryć. Na stronie http://www.svazky.cz każdy może wpisać w okienko personalia interesującej go osoby i po jednym kliknięciu zobaczyć numery wszystkich teczek, w których ta osoba jest wzmiankowana (jeśli jest).

W tym tygodniu USTR otworzył z wielką pompą komputerowe archiwum, z którego chętni mogą korzystać w jego bibliotece po otrzymaniu hasła. Do wglądu jest 4,3 mln dokumentów StB przetworzonych na formę elektroniczną. Krąży opinia, że USTR zdecydował się na ich udostępnienie wskutek akcji Penca. Szef USTR Pavel Žáček stanowczo jednak temu zaprzecza. – Nie reagowalibyśmy konferencją prasową na jego amatorskie wysiłki – podkreślił.

Strona zawierająca listę Penca www.svazky.cz

Rzeczpospolita

CZESI OBEJRZĄ SWOJE AKTA

baner

CZESI OBEJRZĄ SWOJE AKTA

Grzegorz Wierzchołowski, Niezalezna.pl,13-07-2009

Od dwóch dni chętni do zaznajomienia się z dokumentami czechosłowackiej SB mogą przeglądać zawartość archiwów drogą elektroniczną – poinformowała agencja CTK. Już w przyszłym roku Czesi będą mogli zapoznać się przez internet z 4 milionami zeskanowanych stron!

Według słów Pavla Zacka, dyrektora czeskiego odpowiednika IPN, to testowa faza cyfryzacji archiwum czechosłowackiej SB. Już niedługo badacze będą mogli przeglądać zarówno dokumenty związane z działalnością komunistycznego reżimu, jak i akta SS oraz Gestapo z II wojny światowej.

Projekt zostanie ukończony w następnym roku. Użytkownicy – po uzyskaniu własnego hasła dostępowego – poprzez internet będą mieli wgląd do ponad 4 milionów elektronicznych zapisów (na razie w formie cyfrowej dostępnych jest zaledwie kilkadziesiąt tysięcy „rekordów”). 

Początkowo plany czeskiego instytutu były jeszcze ambitniejsze. Naukowcy z Pragi chcieli zdigitalizować zawartość 280 milionów stron archiwalnych dokumentów z lat 1939-1989, lecz zadanie to okazało się niewykonalne. „Przy naszych środkach i personelu zajęłoby nam to dekady” – przyznał Zacek. Badacz zapowiedział jednak, że czeskie władze będą próbowały na ten cel pozyskać środki z funduszy europejskich.

Cyfrowe archiwum to pierwszy taki projekt w Europie Środkowej. Już za kilkanaście miesięcy Czesi będą mogli oglądać przez internet miliony zeskanowanych stron, łącznie z aktami personalnymi i operacyjnymi komunistycznej bezpieki.

Grzegorz Wierzchołowski

(na podstawie serwisu „Axis Globe”)

Julian Polan-Haraschin – okrutny prawnik, „Krwawy Julek”, TW”Karol”

baner człowiek nauki

Julian Polan-Haraschin w Wikipedii

Julian Polan-Haraschin (ur. 1912 – zm. 1984) – zastępca przewodniczącego Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie w latach 19461951 , odpowiedzialny za wydawanie ponad 60 wyroków śmierci na żołnierzy podziemia niepodległościowego, podpułkownik LWP.

Do 1962 był pracownikiem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz kierownikiem katedry prawa Wojskowego Instytutu Prawniczego przy Wojskowej Akademii Politycznej. Skazany na więzienie za łapówki w latach 60-siątych, po wyjściu z więzienia został płatnym donosicielem, zajmując się m.in. rozpracowywaniem kurii krakowskiej w tym Franciszka Macharskiego, Wyższego Seminarium Duchownego i środowiska Radia Wolna Europa

————-

Profesor Haraschin donosi…

Tadeusz M. Płużański

Jako stalinowski sędzia wydał co najmniej 60 wyroków śmierci. W tym czasie donosił na swoich kolegów-sędziów Informacji Wojskowej, której był agentem. Na początku lat 60., aresztowany i skazany za pospolite przestępstwa, też donosił, tym razem na współwięźniów w celi. Od początku lat 50. związany ze środowiskiem „krakowskich intelektualistów”, był dla bezpieki jednym z najcenniejszych źródeł informacji o Kościele. Jako TW „Karol” donosił na Karola Wojtyłę, nawet po wyborze go na papieża. Julian Polan-Haraschin ze spec-służbami PRL współpracował, z przerwami, przez 35 lat, aż do swojej śmierci w 1984 r.

Biografia tego wyjątkowego okrutnika to gotowy materiał na książkę albo film ze szwarccharakterem w roli głównej. Haraschin to jednak postać prawie nieznana. Tymczasem historia człowieka, który wielu ludziom wyrządził wiele zła, a wielu pozbawił życia, jest również kluczem do poznania i zrozumienia wielu najbardziej mrocznych kart PRL.
Do niedawna chyba jedynym źródłem wiedzy o Haraschinie był tekst Krystiana Brodackiego „Krwawy Julek” sprzed siedmiu lat („Tygodnik Solidarność”, 1999, nr 25). Autor nazwał go „jedną z najczarniejszych postaci w całej historii PRL”. Nie wiedział jeszcze o sprawie kluczowej – że Haraschin był agentem, najpierw Informacji Wojskowej, a potem SB. Po zapoznaniu się z jego „osiągnięciami” można nawet stwierdzić, że tajna współpraca z komunistycznymi służbami specjalnymi zdeterminowała życie „Krwawego Julka”.
Mateusz Wyrwich w książce „W celi śmierci” (wyd. „Rytm”, 2002) napisał o procesie AK-owca Stanisława Szury przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Krakowie 3 lutego 1947 r.: „Rozprawie przewodniczył ppłk Haraszyn [błąd w nazwisku – TMP]. Pospolity przestępca, którego jakiś czas później sami komuniści skazali za handel dyplomami wyższej uczelni”. To, że stalinowski sędzia był jednocześnie łapówkarzem, nie dziwi. Czytelnik może natomiast zapytać – co mógł mieć wspólnego z uniwersyteckimi dyplomami? Otóż Haraschin – przedwojenny absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim (1936 r.), w PRL został „naukowcem” – w cudzysłowie, ponieważ jego dorobek jest mizerny, a uniwersytecką karierę robił głównie dzięki znajomościom, przekrętom i kłamstwom. I tak, w 1950 r. obronił doktorat, by pięć lat później osiągnąć szczyt swoich „naukowych” możliwości – zostać kierownikiem zaocznego studium na wydziale prawa UJ – kierował nim do 1962 r. Właśnie wtedy otrzymał tytuł docenta, a SB oskarżyła go o przyjmowanie łapówek za zaliczanie zajęć, a nawet wystawianie dyplomów ukończenia studiów. Pieniądze tak kochał, że brał je od wszystkich: „zwykłych” studentów, ale także od swoich kolegów partyjnych, ubeków i milicjantów, załatwiając im tytuły magistrów prawa. Za ogromne sumy „ratował” też ludzi przed więzieniem albo wysokim wyrokiem. Haków na Haraschina bezpieka miała więcej, m.in. szydzenie z partii i jej przedstawicieli (wroga propaganda) czy wystawny i hulaszczy styl życia.
Stalinowski sędzia, profesor wyższej uczelni, łapówkarz. To jeszcze nie wszystkie twarze Haraschina, człowieka, który zawsze chciał być na świeczniku. Wszystko, co robił, było podporządkowane karierze, sławie i pieniądzom….

——————

Otwarcie wystawy „Zbrodnie w majestacie prawa 1944–1956” – Kraków, 2 lutego 2006 r.

—————

TW „Karol” – ten, który donosił na Wojtyłę

TW „Karol”, czyli w rzeczywistości Julian Haraschin, to jeden z najważniejszych tajnych współpracowników SB, działający do 1984 roku – ujawnia RMF FM. 2006-08-08

„Karol” donosił na Karola Wojtyłę, docierał także do papieża Jana Pawła II – twierdzi RMF FM.

TW „Karol” wykorzystywał do tego rodzinne koligacje – był mężem siostry kardynała Franciszka Macharskiego. Był jednym z najważniejszych źródeł informacji dla bezpieki. Dorobek jego działalności jest potężny – jego praca mieści się w 12 pełnych tomach, na 4 tysiącach stron.

– Na dobrą sprawę jest to jedno z dwóch najważniejszych opracowań, jakie po esbecji zostało – mówi w rozmowie z reporterem RMF ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

Julian Haraschin „pracował” podczas dwóch papieskich pielgrzymek do Polski – w latach 1979 i 1983 roku. W archiwach IPN zachowały się nawet jego zdjęcia z Janem Pawłem II.

– On uwiarygodniał się przed esbekami – to, że sfotografował się z papieżem, wręczając mu kwiaty, było dowodem – tłumaczy ks. Zaleski. Dodaje, że „Karol” dostawał ogromne, jak na ówczesne czasu, sumy – 5, a nieraz 10 tysięcy zł miesięcznie; pensje wynosiły wówczas około 1,5 tysiąca złotych.

TW „Karol” zmarł w 1984 roku. Do końca był czynnym tajnym współpracownikiem SB.


Jaka jest geneza sowieckiej i komunistycznej agentury na ziemiach polskich

Agentura nie jest celem

Z Wojciechem Frazikiem i Filipem Musiałem
rozmawia Jan M. Ruman

baner

Agentura nie jest celem

Z Wojciechem Frazikiem i Filipem Musiałem rozmawia Jan M. Ruman

Biuletyn IPN,7,2009

J.M.R. – Jaka jest geneza sowieckiej i komunistycznej agentury na ziemiach polskich, która po wojnie rozwinęła się w aparat represji państwa komunistycznego?

Czy jej korzeni należy upatrywać w okresie okupacji, czy znacznie wcześniej – w dwudziestoleciu międzywojennym?

W.F. – Oczywiście, trzeba ich upatrywać w dwudziestoleciu międzywojennym, ponieważ u początków bazą dla agentury sowieckiej była partia komunistyczna, która traktowała Polskę jako twór przejściowy, tymczasowy, mający być tylko trupem, po którym przejdzie się do Europy Zachodniej i tam wznieci płomień rewolucji. W związku z tym komuniści pracowali na rzecz centrali w Moskwie. W tym środowisku, a także wśród sympatyków partii komunistycznej werbowano współpracowników wywiadu sowieckiego jeszcze przed wojną. A potem również w tych środowiskach szukano współpracowników w czasie wojny. Szukano ich wśród tych, którzy znaleźli się pod okupacją sowiecką na ziemiach wschodnich, i wśród tych, którzy zostali wywiezieni. Wtedy wielu osobom wydawało się, że jeśli chcą uniknąć śmierci, jedynym wyjściem jest pójście na współpracę.

J.M.R. – Dodajmy, że tysiące tych, którzy zdecydowanie odmówili współpracy, to ofiary Zbrodni Katyńskiej. Dziś przecież mamy świadomość, że z większością – jeśli nie z wszystkimi – internowanych oficerów polskich prowadzono rozmowy werbunkowe. Cena odmowy była więc bardzo wysoka.

F.M. – Chciałbym powrócić jeszcze do dwudziestolecia międzywojennego, dlatego że dzisiaj coraz rzadziej zdajemy sobie sprawę, jaka była geneza państwa komunistycznego w Polsce; coraz rzadziej pamiętamy o tym, że Komunistyczna Partia Robotnicza Polski, czyli późniejsza KPP – były gałęziami Międzynarodówki Komunistycznej. Była to więc nie tyle utajniona agentura Kremla, ile jawna struktura, realizująca zadania Międzynarodówki Komunistycznej. Ci spośród komunistów, którzy przetrwali czystkę stalinowską z końca lat trzydziestych, potem stanowili podstawę desantu, który miał spaść na ziemie polskie pod osłoną armii sowieckiej i budować tutaj wasalny wobec Kremla system.

W.F. – Z jednej strony mamy więc partię komunistyczną, którą w całości można uznać za agenturę sowiecką, ale z drugiej strony jest też agentura sensu stricto NKWD czy sowieckiego wywiadu wojskowego. Ta agentura była już nieco inaczej budowana, przede wszystkim nie tak jawnie i otwarcie.

F.M. – Choć początkowo było tak, że werbowano agentów głównie spośród wyznawców ideologii komunistycznej, ale bardzo szybko Sowieci zmienili wytyczne, bo stało się oczywiste, że ci, którzy związani są z komunizmem, jednocześnie mogą świadczyć usługi na rzecz komunistycznego sąsiada.

J.M.R. – Ten sposób myślenia ma zresztą później swoją kontynuację… Ale zachowajmy porządek chronologiczny. Po wojnie, gdy Polska stała się państwem zależnym od Związku Sowieckiego, NKWD i UB rozbudowywały sieć agenturalną. Jakiebyły cele agentury, gdzie szukano najcenniejszych agentów i jaka była skala tego zjawiska w latach czterdziestych?

F.M. – Cele agentury w latach czterdziestych były zróżnicowane i zawsze zależne od tego, jaki był cel Kremla. Początkowo agentura w znacznej części była budowana przez NKWD. Jej pierwszorzędnym celem było spenetrowanie wywiadowcze struktur Polskiego Państwa Podziemnego i jego sił zbrojnych, a przez to przygotowanie planu uderzenia na legalną II Rzeczpospolitą – pozostającą w tym czasie w podziemiu. Natomiast po zajęciu Polski przez Armię Czerwoną te cele ulegają pewnej rewizji. To, co zostało z Polskiego Państwa Podziemnego po przetoczeniu się przez Polskę walca armii sowieckiej, pozostaje nadal w zainteresowaniu operacyjnym, ale dołączają inne środowiska, które dotychczas były z tego zainteresowania wyłączone, np. Kościół katolicki. W czasie wojny nie był on pierwszoplanowym zagrożeniem z punktu widzenia Kremla, jednak po wojnie zaczynał nim być, jako siła ideowo przeciwstawna doktrynie marksistowskiej i w pełni niezależna od instalowanej w Polsce dyktatury……

J.M.R. – W jaki sposób werbowano wtedy agentów? I jakie były konsekwencje odmowy współpracy w tamtych latach?

F.M. – Komuniści przejęli władzę w drodze podboju, dlatego zachowywali się – także w sferze działań operacyjnych – jak okupant na nieprzychylnym terytorium; stąd w pierwszych latach stosowano metody tzw. twardego werbunku. Z reguły używano szantażu i to bardzo brutalnego. Podstawową metodą było tzw. tajne zdjęcie, czyli utajnione aresztowanie osoby, którą zamierzano zwerbować. Przedstawiano jej następnie alternatywę – albo podjęcie współpracy, albo postawienie zarzutów karnych i wprowadzenie sprawy na drogę sądową. Większość osób werbowanych z kręgów zbrojnego podziemia czy organizacji politycznych zdawała sobie sprawę z konsekwencji odmowy współpracy: najpierw bardzo ciężkie śledztwo (jakie były metody śledcze, na ogół wiedziano)…

J.M.R. – Kogo, jakich ludzi próbowano werbować?

W.F. – Próbowano werbować każdego, kto mógł być przydatny do celów operacyjnych. Istnienie agentury związane było z metodami działania systemu. To był system opresywny, zmierzający do totalitaryzmu. Aparat bezpieczeństwa miał więc za zadanie zapanować nad całością społeczeństwa, nad wszystkimi organizacjami. W takim systemie nie ma innego sposobu zapanowania nad społeczeństwem niż operacyjne opanowanie go – przypominano to funkcjonariuszom UB na każdym kroku. Podstawowym środkiem działania aparatu represji było werbowanie agentury i przy jej pomocy uzyskiwanie informacji o tym, co się dzieje w państwie, a następnie – po otrzymaniu informacji – albo niszczenie ośrodków stanowiących zagrożenie, albo sprawowanie nad nimi kontroli i sterowanie nimi w kierunku pożądanym przez władzę.

F.M. – Lata siedemdziesiąte to jest moment, w którym bezpieka nasila werbunki, których podstawą jest tzw. zainteresowanie materialne, bardzo szeroko pojęte. Dekada gierkowska przedstawiana w propagandzie jako czas dobrobytu przynosi więc zmianę sposobu werbunku. Bezpieka zdała sobie sprawę, że przemoc rodzi opór, agentura werbowana za pomocą szantażu, wcześniej lub później odmawia współpracy. Bezpieka rozumie więc, że „wartościową” sieć agenturalną należy budować na zasadzie barterowej wymiany, to znaczy tak, aby tajni współpracownicy byli także zainteresowani współpracą. Społeczeństwo pobudzone w tym czasie pewnym otwarciem na Zachód, pojawieniem się na rynku artykułów, których wcześniej w ogóle nie było, zaczyna być nieco bardziej podatne na różnego rodzaju próby przekupstwa ze strony bezpieki. Tu nie chodzi tylko o wypłatę pieniędzy, przynętą może być obietnica lepszej pracy, paszportu… W tym czasie bezpieka zaczyna rozgrywać politykę paszportową w celach werbunkowych. Możliwości wyjazdu są coraz powszechniejsze, dlatego mogą być wykorzystywane do werbunku, bo nie dekonspirują od razu zwerbowania danej osoby. Co więcej, „wartościowej” agenturze wynagrodzenie za wykonane zadanie wypłacano czasem po wysłaniu za granicę, żeby poprawa stopy życiowej nie wzbudzała wątpliwości otoczenia – dobrą „legendą” stawało się, że ktoś pieniądze przywiózł z Zachodu. Polityka paszportow była wykorzystywana także w taki sposób, że na przykład przyznano paszport Stefanowi Kisielewskiemu, bo zdawano sobie sprawę, że odmowa możliwości wyjazdu będzie na Zachodzie komentowana jako represjonowanie niezależnych pisarzy. W tym wypadku wydanie paszportu miało tworzyć iluzję liberalizacji stosunków w Polsce.

J.M.R. – Ale skupiliśmy się na paszportach, a jakie były inne formy werbunku w tym czasie?

F.M. – Poza werbunkiem „przekupnym” rozwija się w tym czasie tzw. werbunek stopniowy. Polegał on na rozbudowywaniu psychologicznego nacisku na osobę, która negatywnie odnosiła się do systemu komunistycznego. W ciągu kolejnych kilku czy kilkunastu spotkań stopniowo wciąga się te osoby w dialog operacyjny z bezpieką. W czasie tego dialogu funkcjonariusze SB sączyli wątpliwości, przekonywali do konieczności wspierania państwowości polskiej, pojawiało się coraz więcej frazeologii pseudopatriotycznej……

J.M.R. – Jakie środowiska uznawane były za najgroźniejszych wrogów i w konsekwencji najsilniej inwigilowane?

W.F. – W tej sprawie jest pewna ciągłość. Pamiętajmy, że w tych latach nadal byli inwigilowani ci, którzy zostali uznani za zagrożenie w początkach peerelu.

F.M. – Ze względu na gierkowskie otwarcie na Zachód, szczególnej kontroli poddawano wszystkie te środowiska, które miały kontakt z zagranicą, w tym np. uczelnie czy środowiska intelektualistów. Jednak do połowy lat siedemdziesiątych inwigilowany był przede wszystkim Kościół, natomiast po czerwcu 1976 r. intensywnie zaczynają być inwigilowane rodzące się struktury opozycyjne…..

J.M.R. – W drugiej połowie lat osiemdziesiątych, po spacyfikowaniu nastrojów społecznych, tj. od 1986 r. niemal do obrad okrągłego stołu, obserwujemy najwyższy w całych dziejach peerelu wzrost agentury. W 1988 r. osiąga ona poziom prawie 100 tys. (dokładnie 98 tys. współpracowników). Z czego to wynika, jak wytłumaczyć to, że po solidarnościowym zrywie znowu znajduje się tak wielu ludzi podejmujących współpracę? Czy cena odmowy była tak wysoka w tym czasie, czy metody bezpieki okazały się aż tak skuteczne?

W.F. – Bardzo poważny spadek nastrojów społecznych to jakby powrót do atmosfery z początku lat pięćdziesiątych, kiedy opór masowy wygasa i wydaje się, że nie ma perspektyw na jakiekolwiek pozytywne zmiany. Instrukcje bezpieki idą w tym kierunku, że należy dokonywać werbunków masowych, wtedy się pojawia „kontyngent” współpracowników który każdy funkcjonariusz powinien mieć. Zaczyna się rozliczanie esbeków z ilości, a nie z jakości źródeł, chociaż w samej bezpiece kwestionowano to na szczeblu lokalnym (są na to dowody), ale w sprawozdaniach do centrali ważna jest liczba współpracowników przypadająca na jednego funkcjonariusza. Ponadto w tym momencie agentura ma do odegrania szersze zadania, już nie jest tylko źródłem informacji. To jest też m.in. sposób pacyfikowania potencjalnych czy rzeczywistych opozycjonistów. Chodzi o to, żeby poprzez związanie z bezpieką wyrwać człowieka z kręgu opozycyjności. Werbunek staje się metodą neutralizacji konkretnych ludzi……

F.M. – W 1986 r. nikt nie myślał o podzieleniu się władzą.

J.M.R. – Wybiegłem już nieco w przód, mam na myśli lata 1986–1988. Szczyt agentury  to rok 1988 – jej liczba sięgnęła niemal 100 tys. Wtedy jawnie już prowadzi się debaty na temat koniecznych zmian, kooptacji części opozycji do władzy. Zresztą w tamtych czasach podzielenie się władzą nie oznacza niczego wspaniałego, raczej – w domyśle – podzielenie się odpowiedzialnością za katastrofalną sytuację gospodarczą, z której trudno wyjść bez takiej czy innej współpracy z opozycją…..

F.M. – Zgoda, u schyłku 1988 r. opozycja była szacowana na 55 tys. ludzi, to jest znacznie mniej niż funkcjonująca w tym czasie agentura. O tym też trzeba pamiętać. Agentów było prawie dwa razy tyle, co opozycjonistów.

W.F. – Tak jak nie wszystkie komórki bezpieki rozpracowywały opozycję, tak i agentura miała różne zadania i działała w wielu środowiskach

Historia jako przestępstwo

baner

Historia jako przestępstwo

Rz, Andrzej Nowak 11-07-2009,

Przygody z historią w III RP

A jak jest w Polsce? No cóż, też mamy prawo „historyczne”. To przede wszystkim uchwalona 11 lat temu głosami AWS i Unii Wolności ustawa o IPN.

Cele działalności Instytutu definiuje już wstęp do ustawy o jego powołaniu. Mówi się tam m.in. o potrzebie „zachowania pamięci o ogromie ofiar, strat i szkód poniesionych przez Naród Polski w latach II wojny światowej i po jej zakończeniu”, o utrwaleniu „patriotycznych tradycji zmagań Narodu Polskiego z okupantami, nazizmem i komunizmem”, a także o „powinności zadośćuczynienia przez nasze [czyli współczesne] państwo wszystkim pokrzywdzonym przez państwo [komunistyczne, funkcjonujące w latach 1944 – 1989] łamiące prawa człowieka”.

IPN jest instytucją potężną, ale nie monopolistyczną. Zatrudnia kilkuset historyków i archiwistów, w większości przedstawicieli młodszego pokolenia, uformowanego już po upadku systemu komunistycznego. To ich, a nie wszystkich historyków w Polsce, dotyczą owe obowiązki, jakie wymienia wstęp do ustawy o Instytucie. Inni historycy, którzy pracują na wyższych uczelniach lub w instytutach Akademii Nauk, mogą nie przejmować się w swych badaniach kwestiami „pamięci o ogromie ofiar…” czy też „patriotycznymi tradycjami zmagań…”. O tym natomiast, czy owa „pamięć” i „tradycje” staną się w pracach samego IPN pożywką do zwyczajnej propagandy historycznej, czy też zmieszczą się w tak zakreślonych ramach badania dopuszczające wielość interpretacji,decyduje faktycznie kierownictwo Instytutu.

Ale nie decyduje w próżni. Pewne znaczenie ma presja ze strony partii politycznych. Niektóre, jak rządząca np. w latach 2001 – 2005 partia postkomunistyczna (SLD), wolałyby nie kierować szerszego strumienia badań i wysiłków edukacji publicznej w stronę przypominania „zbrodni komunistycznych”; inne, prawicowe – jak np. rządzące w latach 2006 – 2007 Prawo i Sprawiedliwość – mogą próbować wykorzystywać prace badawcze i edukacyjne IPN jako jedno z narzędzi swego rodzaju „rekonkwisty” świadomości historycznej Polaków po 45 latach wpływów komunistycznej propagandy.

IPN nie jest jednak pod tym względem narzędziem szczególnie mocnym. Najsilniej oddziałują w tym zakresie wielkie media, zarówno telewizja publiczna (do 2005 roku w znacznym stopniu kierowana przez ludzi związanych z partią postkomunistyczną), jak też potężne w Polsce telewizje i gazety prywatne. Zdecydowanie przeważało w nich jednak nastawienie krytyczne do „historii heroicznej” i „martyrologicznej”. Jak to ujął w jednym z setek poświęconych swoistej krucjacie przeciw takiemu ujmowaniu historii narodowej artykułów największy i najbardziej wpływowy polski dziennik „Gazeta Wyborcza” – trzeba zdzierać z Polski „wygodny kostium ofiary”.

Można się z takim krytycznym nastawieniem zgadzać lub nie. Na pewno jest ono w debacie publicznej konieczne. Osobiście jednak byłem przekonany, że miażdżąca przewaga w debacie publicznej takiego nastawienia nie jest zdrowa ani też nie służy swobodzie badań historycznych. Wydawało mi się również, że IPN może – wobec groźby swoistego monopolu „historii krytycznej” – odegrać rolę pewnego rodzaju przeciwwagi w praktyce naszej współczesnej historiografii.

Kiedy do władzy, na 20 miesięcy, jak się okazało, doszła w końcu 2005 roku prawicowa koalicja pod przywództwem braci Kaczyńskich, jednym z jej znaków firmowych miała być aktywna „polityka historyczna”. W istocie polegała ona na próbie przypominania „patriotycznych tradycji zmagań Narodu Polskiego z okupantami, nazizmem i komunizmem” – czyli tego właśnie, co wymienia w swym wstępie ustawa o IPN. Sprawa stała się przedmiotem ostrej debaty publicznej.

Zwolennicy „polityki historycznej” (i ja występowałem w tej roli) owego sporu – sporu nie tyle na racje, ile na siłę nagłaśniających je medialnych „wzmacniaczy” – raczej nie wygrali. Poszerzona została jednak, jak mi się zdawało, przestrzeń pluralizmu poglądów na polską historię najnowszą. Przynajmniej przestrzeń publicznej debaty w tym zakresie. Wolność badań poszczególnych historyków wydawała się niezagrożona. Kto chciał, mógł zajmować się zbrodniami ludności polskiej na Żydach w okresie II wojny światowej lub bezpośrednio po niej, prześladowaniami mniejszości ukraińskiej w Polsce w ramach akcji „Wisła” czy też losem Niemców wypędzanych z ziem zachodnich Polski w 1945 roku. Były to, i są, tematy badawcze podejmowane tak w ramach prac IPN, jak też oczywiście poza Instytutem. Kto chciał, mógł się zajmować losem polskich ofiar – tych z Katynia i tych z Oświęcimia, i tych ze stalinowskich więzień, i tych ze stanu wojennego. Kto chciał, mógł oczywiście abstrahować całkowicie od historii politycznej i jej „gorących sporów”, zajmując się przemianami społecznymi, cywilizacyjnymi, historią kulturalną czy „genderową”.

Sankcje karne grożą tylko w jednym przypadku, który określa artykuł 55 ustawy o IPN. Definiuje on mianowicie, czego nie wolno w historii negować: „zbrodni nazistowskich i komunistycznych” oraz zbrodni ludobójstwa (w rozumieniu konwencji międzynarodowej z 1948 roku) – popełnionych „na osobach narodowości polskiej lub obywatelach polskich innych narodowości w okresie od dnia 1 września 1939 r. do dnia 31 grudnia 1989 r.”.

Jedyną osobą, o ile mi wiadomo, której wytoczono sprawę karną na podstawie tego artykułu, był jak dotąd dr Dariusz Ratajczak z Uniwersytetu Opolskiego, który po wydaniu swojej książki podważającej historyczne ustalenia na temat Holokaustu został w 1999 roku zwolniony z pracy na uczelni. Sprawa, wytoczona mu z urzędu, została umorzona wyrokiem Sądu Okręgowego w Opolu w 2002 roku.

Wydawało mi się, że możliwość karania historyków za ich opinie i interpretacje, nawet najgłupsze, pozostaje w Polsce faktycznie ograniczona. A jednak, jak mogłem się osobiście przekonać, podejmowane są i u nas próby poszerzenia owych możliwości, próby ustalania przez przedstawicieli politycznej władzy dopuszczalnego obrazu przeszłości.Pewnym, nie jedynym, ale dość głośnym świadectwem owych prób w ostatnich kilku miesiącach stała się tzw. sprawa Zyzaka (czy też Nowaka, jak kto woli). Pozwalam ją sobie przypomnieć, ponieważ ujawnia ona pewien mechanizm „karania” za „niesłuszne” prace historyczne. Mechanizm ten nie wiąże się z kodeksem karnym (nie ma w polskim kodeksie jeszcze osobnego prawa o obowiązkowym kulcie Lecha Wałęsy) ani też z formalnie działającymi instytucjami „polityki historycznej”.

To bardzo tradycyjny, można powiedzieć „staroświecki” mechanizm bezpośredniego nacisku politycznego. Trudno mi o nim więcej pisać, ponieważ jestem stroną w tej sprawie. Mogę tylko wskazać na najbardziej oczywiste konsekwencje. O Lechu Wałęsie, najbardziej znanym na świecie z żyjących polityków polskich, nie ukazała się w Polsce do tej pory ani jedna naukowa monografia. 24-letni Paweł Zyzak odważył się na pierwszą próbę. Po doświadczeniach ostatnich miesięcy można przypuszczać, że raczej nie znajdzie naśladowców, którzy podjęliby inne tematy, w których wspólnie politycy i media próbują potwierdzić trafność przytoczonego na wstępie powiedzenia Napoleona.

Historia polityczna bywa wciąż „gorąca” i może poparzyć. Także w Polsce. Dzisiejsi senatorowie Rzeczypospolitej zapomnieli niestety te mądre słowa, które wypowiedzieli 350 lat temu ich poprzednicy: „Który drukarz wydrukuje dobre i sprawiedliwe rzeczy, to my to chwalimy, a jeśli głupcy wydrukują coś lichego, niegodnego i kłamliwego, to my z tego się śmiejemy. Jeśli zaś nikt książek drukować nie będzie, to potomkowie nasi nic o nas wiedzieć nie będą”.

Nie mam prawa rozsądzać tutaj, czy książka o Lechu Wałęsie zasługuje na śmiech, czy też nie (do tej pory nie ukazała się żadna naukowa recenzja tej książki). Cieszę się jednak, że mogła zostać wydrukowana i naruszyć ową „historyczną zgodę”, którą w niektórych kwestiach próbuje się zastąpić dochodzenie do historycznej prawdy.

Polityka, związana z formowaniem wspólnoty opartej na pewnej tożsamości – albo też na podważaniu jednych tożsamości wspólnotowych i zastępowaniu ich innymi (wspólnotowymi lub indywidualnymi), sięga często po „argumenty historyczne”. Nie tylko w Rosji i nie tylko w Polsce. Niebezpieczna staje się jednak dopiero wtedy, gdy próbuje narzucić konsensus, którego już nikt nie może podważyć. Jest wtedy niebezpieczna niezależnie od tego, czy posługuje się paragrafami kodeksu karnego, czy wtedy, gdy powołuje instytucje, które mają orzekać ostatecznie o tym, co jest prawdą historyczną, a co nie jest.

Niebezpieczna może być nawet wtedy, gdy próbuje wymusić konsensus wokół wyznaczonego tabu bezpośrednim naciskiem czy to polityków, czy to mediów. Przekonałem się o tym sam – a nic nie uczy tak skutecznie jak własne doświadczenie.

Andrzej Nowak jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego i redaktorem naczelnym czasopisma „Arcana”, był promotorem pracy magisterskiej Pawła Zyzaka o Lechu Wałęsie.

Mity niekoniecznie mają wiele wspólnego z historyczną prawdą

baner

TW ps. „Krzysztof”

we władzach opolskiej „Solidarności” –

ujawniony! Prawdziwe oblicze OSPN

Blog Zbigniewa Bereszyńskiego

Z początkiem maja 2009 r. Zarząd Regionu NSZZ „Solidarność” Śląska Opolskiego otrzymał od Zbigniewa Bereszyńskiego tekst opracowania informującego, że jeden z członków Prezydium ZR, Krzysztof Skrzypczak, został w 1988 r. zwerbowany przez SB jako TW ps. „Krzysztof”. Sprawa ta stała się tematem dyskusji na posiedzeniach ZR i jego Prezydium, ale skończyło się na samych dyskusjach. Odrzucono propozycję, by sprawa TW ps. „Krzysztof” została ujawniona w oficjalnym biuletynie opolskiej „Solidarności”. Krzysztof Skrzypczak nadal zasiada w Prezydium ZR i nic nie wskazuje na to, by sytuacja ta miała ulec zmianie w najbliższym czasie.

Tymczasem Zbigniew Bereszyński stał się obiektem ohydnej nagonki z powodu tego, co ujawnił. Zaczęło się od pokątnych pomówień o działanie z niskich pobudek, a następnie doszło do frontalnego ataku w internecie. W roli napastników wystąpili, jak zwykle, działacze Opolskiego Stowarzyszenia Pamięci Narodowej i ich koledzy, „specjaliści” od brudnej roboty w internecie: Jerzy Łysiak (prezes OSPN), Jacek Bezeg, Andrzej Szubert, Zbigniew Szatyński („tao szatanski”) i in. Towarzystwo to wpadło w prawdziwy szał, gdy sprawa TW ps. „Krzysztof” została w sposób pośredni ujawniona na ogólnopolskim forum Porozumienia Organizacji Niepodległościowych, a także na opolskim forum „Gazety Wyborczej”. Na głowę Bereszyńskiego posypały się najgorsze wyzwiska i obelgi. Miejsce rzeczowej dyskusji na temat ujawnionych faktów zajęły wyssane z brudnego palca insynuacje. Nagonka na Cenckiewicza i Zyzaka z powodu publikacji o „Bolku” okazała się niewinnymi igraszkami w porównaniu z obelżywą nagonką OSPN na Bereszyńskiego z powodu ujawnienia „Krzysztofa”:

http://porozumienie.mojeforum.net/temat-vt266.html?postdays=0&postorder=asc&start=0

http://porozumienie.mojeforum.net/temat-vt267.html?postdays=0&postorder=asc&start=0

http://forum.gazeta.pl/forum/w,65,97114823,97114823,TW_ps_Krzysztof_we_wladzach_Solidarnosci_.html

W ten sposób po raz kolejny objawiło się prawdziwe oblicze „wojujących antykomunistów” spod znaku OSPN. Ludzie ci lubią pokazywać się publicznie z takimi gwiazdami jak Cenckiewicz czy Zyzak, pozując na wielkich zwolenników lustracji, ale nie od dziś złośliwie sabotują prowadzone przez Bereszyńskiego badania lustracyjne w odniesieniu do środowisk opolskich. Stałym ich orężem w tym zakresie są oszczerstwa i pomówienia, rozsiewane w formie plotek i wpisów w internecie. Ostatnio zaczęto oficjalnie wykorzystywać w tym celu również portal internetowy PON (jest to możliwe m. in. dzięki temu, że jeden z członków OSPN, Jacek Bezeg, został tam moderatorem forum „Dyskusje ogólne”).

Parę miesięcy wcześniej, po publikacjach na temat agentów SB w opolskich środowiskach dziennikarskich (TW ps. „Witold” i in.) odebrano Bereszyńskiemu prawo zabierania głosu na forum PON. Po ujawnieniu „Krzysztofa” to samo forum PON stało się terenem chamskiej nagonki na osobę, która – w związku z odebraniem jej prawa głosu – nie ma żadnej możliwości repliki. W całym cywilizowanym świecie normą jest, że osoba atakowana może się bronić. Ale działacze OSPN, tak jak kiedyś bolszewicy, mają w głębokiej pogardzie cywilizowane zasady sporów i dyskusji. Ważne jest dla nich tylko zagłuszanie osoby ujawniającej kłopotliwe fakty. Zachowują się jak kiedyś moskiewska „Prawda”, która potrafiła w najbardziej obelżywy sposób atakować politycznych wrogów, ale jakiekolwiek polemiki czy sprostowania były wykluczone. „Prawicowa” odmiana bolszewizmu!

Przez blisko dwa miesiące od formalnego ujawnienia „Krzysztofa” na forum ZR NSZZ „Solidarność” panowie z OSPN zachowywali oficjalnie milczenie w tej sprawie, choć w tym samym czasie wypowiadali się na piśmie w innych, znacznie bardziej błahych sprawach. Ale gdy temat ten pojawił się na forum PON, błyskawicznie znaleźli czas i chęci, by w obelżywy sposób zaatakować tego, kto ujawnił „Krzysztofa”. Fakt ten mówi sam za siebie.

To, co robią ludzie z kręgu OSPN w odniesieniu do środowisk opolskich, to prawdziwa dywersja antylustracyjna pod płaszczykiem „prawicowej” poprawności politycznej. Usta pełne górnolotnych frazesów na temat prawdy historycznej, wolności słowa, lustracji, dekomunizacji itp., a praktyka taka jak w przypadku sprawy TW ps. „Krzysztof”.

Skąd taka dziwna niekonsekwencja w postawie i działaniach panów spod znaku OSPN? Jeden powód tego jest oczywisty. Nie od dziś wiadomo, że panowie ci „wiszą u klamki” obecnego szefostwa ZR NSZZ „Solidarność”, w skład którego wchodzi także Krzysztof Skrzypczak – TW ps. „Krzysztof”. Utrzymanie przyjaznych relacji w tym kręgu to dla nich jedna ze spraw priorytetowych, nawet za cenę publicznego ześwinienia się jak w przypadku sprawy TW ps. „Krzysztof”.

Ale mogą być też inne powody, dla których towarzystwo to usilnie stara się torpedować i dyskredytować badania historyczne Bereszyńskiego.

Pewne osoby otoczyły się pięknymi i heroicznymi mitami na swój temat i próbują odcinać od tego polityczne kupony, a mity jak to mity, niekoniecznie mają wiele wspólnego z historyczną prawdą.

Im głębsze i bardziej długotrwałe badania historyczne, tym większe ryzyko, że mity nie wytrzymają konfrontacji z poświadczonymi źródłowo faktami.

Dlatego u pewnych osób coraz wyraźniej narasta poczucie zagrożenia, objawiające się od czasu do czasu w sposób wybuchowy w histerycznych reakcjach na kolejne publikacje. Ktoś musi bardzo bać się prawdy.