Nagroda dla „Doliny Nicości” (także akademickiej)

Dolina Nicości

 

Nagroda im. Józefa Mackiewicza

dla Doliny Nicości (także akademickiej) 

Bronisława Wildsteina

fronda.pl 

„Pisarz i publicysta „Rzeczpospolitej” został nagrodzony za swoją powieść „Dolina nicości”, opisującą historię dziennikarza Adama Wilczyckiego, który zderzył się z rzeczywistością życia publicznego III RP. Wildstein jest ósmym laureatem nagrody im. Mackiewicza…”

Dolina nicości – Bronisław Wildstein. Wydawnictwo M

(fragmenty) 

Marian Krzysztof Lew ur. w 1938 roku w Warszawie, studia z dyplomem mgr filozofii ukończył w 1961… kryptonim opera­cyjny: Azew”.

– To jest ten Lew? – pyta ciągle z niedowierzaniem Czułno, choć wie już, jaka będzie odpowiedź.

– A czy myślałby pan, że w sprawie zwyczajnego śmiertelnika zawracałbym głowę tak wybitnemu redaktorowi? – twarz naprze­ciw krzywi się w mętnym uśmiechu. – Co innego wielki działacz opozycji. Rektor uniwersytetu, prezes konferencji rektorów, jeden z największych autorytetów intelektualnych i moralnych trzeciej RP. Tak, to ten Lew – mężczyzna syczy nieomal, Czułno zauważa na teczce kropelki śliny.

– A dlaczego pan mi to mówi i skąd pan to wie, skąd ma pan te wszystkie dokumenty? – Czułrło próbuje uporządkować fakty.

– Skąd to mam… – mężczyzna wznosi oczy do góry. – Wszyst­ko chce pan wiedzieć. Dlaczego panu pokazuję? Bo myślę, że tego wymaga sprawiedliwość. Bo to przecież wstyd, żeby… Bo tego wymaga lojalność, bo człowieka nie można poniżać, okradać, za-bierać mu jego pieniądze… Zresztą to dla pana nie rna znaczenia… Nie sprawdzał pan tych, od których dostawał pan cynki w sprawie Kłodzka.

– To byli pokrzywdzeni.

– Może ja też jestem pokrzywdzony. Muszę już iść. Spędzi­łem z panem za dużo czasu. – Mężczyzna rozgląda się znowu. -Powiem tylko, że mam jeszcze inne dokumenty. Donosy Azewa z marca 68.1 ze stanu wojennego. Azew proponuje, jak kogo moż­na złamać, jak można złamać Solidarność.

– Jak się skontaktujemy? Proszę mi dać jakieś namiary.

  • Zatelefonuję do pana za trzy, niech będzie za cztery dni. To wystarczy, żeby podjąć decyzję na najwyższym szczeblu „Kurie­ra”. – Mężczyzna oddala się szybkim krokiem. Czułno czas jakiś gapi się za nim, a potem na pozostawione na stoliku papiery. ‚”

 

Siwicki prawie nie spal. Miał kłopoty z jedzeniem, l wtedy powiedział sobie: nie. Nie będą mnie tak traktować. Nie ma już resortu. Nie ma już dyscypliny i posłuszeństwa. A on sam nie jest byle pętakiem. Nigdy nie był. Był ważnym oficerem, niewiele niż­szym rangą niż Nowak. Teraz jest poważnym biznesmenem. No-wak nie stał się właścicielem resortu, choć organizował transfor­mację i ma układy z prezydentem. Choć wszystko wskazuje, że to on jest głównym rozgrywającym,

 

Siwicki przypominał sobie, jak gasili jego aspiracje. „Jesteś za ambitny”, słyszał. Wie, że tak pisali w oceniających go raportach. Wtedy musiał się podporządkować. Kiedy jednak wszystko zaczęto się trząść i walić, chociaż prowa­dzono transformację, zrozumiał, że musi się przygotować i mieć atuty w ręce. Zaczął gromadzić dokumentacje. Teraz zaczął zasta­nawiać się, jaki może zrobić z niej użytek. Właśnie teraz, gdy tak niesprawiedliwie wyłączono go ze operacji paliwowej. Pomogło mu spotkanie z Zadrą.

Edek mówił, że trzyma układy z dawnych czasów. Chodziło o Kościół. To był Instytut Kultury Katolickiej. Zadra był tam konsultantem. Instytut robił ekpertyzy rozmaitym firmom. Głównie państwowym. Zadra pochwalił się, że załatwił paru dobrych klientów. IKK zarabiał na tym sporo (a ponadto, jako firma katolicka, był zwolniony z podatków). A płacił dużo. „Nie wyobrażasz sobie, ile zarobiłem na katolickiej instytucji”, rechotał Zadra. Był ruchliwy. Miał jakąś firmę eksport-import, która handlowała ze Wschodem. ZTC – Zadra Trust Company, jak się chwalił. Popili trochę i Siwicki zaczął się skarżyć. Zadra solidaryzował się z nim. „Nie możesz tak dać się wychujać”, po­wtarzał. „Masz kwity, masz władzę”, kończył wypijając następną kolejkę. Tłumaczył, że najlepiej postraszyć górę. „Są wtedy bar­dziej gotowi do kompromisów”, powtarzał. Może wtedy, a może następnym razem zgadali się o Lwie. Zadra napomknął coś, bo nie mógł wiedzieć za dużo. Chociaż czasami trudno było pojąć układy w resorcie. Siwicki zaskoczył.

 

Osobiście czas jakiś prowadził Lwa. To był jego as atutowy. Kontakt stracił z nim dawno, ale dokumentację zabezpieczył, tak jak kwity na kilku innych, ważnych agentów. Kiedy partiami wy­nosił materiały z resortu, był wręcz sparaliżowany strachem. Oka­zało się, że bez powodu. Teraz postanowił zagrać papierami. Usi­łował skontaktować się z Nowakiem, ale okazało się to niemożli­we. Bezskutecznie zostawiał mu wiadomości, w których szyfrował ostrzeżenie. Wreszcie postanowił spotkać się z Lwem, licząc, że przez niego dotrze do pułkownika. Na początku nie mógł przebić się przez sekretarkę. Wreszcie jego asystentka wyjaśniła, że prezes BartPolu, który jest dawnym znajomym rektora, chce ufundować poważne stypendium.

Jakiś czas rektor chyba nie kojarzył go. Siwicki musiał parę razy powtórzyć swój kryptonim, aby Lew przypomniał sobie:

– Ach… to pan – usłyszał po krótkiej chwili w słuchawce. Rektor nie chciał jednak umówić się w żadnym neutralnym miejscu. – Może pan przyjść do mnie, do rektoratu – oświadczył, jed­noznacznie dając do zrozumienia, że jest to wybór nie podlegający negocjacjom.

Pod wielkimi portretami poprzedników rektora, za ogrom­nym biurkiem, które odgradzało go od gospodarza, Siwicki po­czuł się niepewnie. Lodowata postawa rektora nie ułatwiała mu zadania. Próbował nawiązać do jego znajomości z Nowakiem, ale Lew wydawał się nie rozumieć.

– Wie pan, chodziłoby o to, aby pomógł mi pan skontakto­wać się z Nowakiem – wydukał wreszcie Siwicki.

– To niemożliwe – odpowiedział chłodno gospodarz. Cała ta sytuacja zaczęła budzić w Siwickim złość, która narastała z minuty na minutę.

– Bo wie pan, panie rektorze, teczka nie uległa zniszczeniu. Chciałem pana ostrzec, że są tacy, którzy mogliby wykorzystać ją w zupełnie niewłaściwy sposób… Doszły mnie nawet słuchy…

Lew uniósł prawą rękę w imperatorskim geście:

– To niech pan im przekaże, żeby nie próbowali. Bo nikt po­ważny w tym kraju nie opublikuje takich oszczerstw. A cała spra­wa obróci się przeciwko nim. Może pan jeszcze dodać, że ja szan­taży się nie boję, ale ci, którzy spróbują się ich imać, ci niech się obawiają. Niestety, mój czas się skończył. Do widzenia panu.

Siwicki czuł się upokorzony jak nigdy wcześniej. A więc na­wet ten agenciak z powagą uczelnianego dostojnika kpi z niego w żywe oczy, straszy go! Jego agent… Złość na Nowaka była tylko cieniem uczucia, które obudził w Siwickim rektor Lew. Nowak był zwierzchnikiem, a ten agenciak… Siwicki miotał się. Wyobra­żał sobie jak pokaże wielkiemu rektorowi, że nie wolno go trak­tować jak byle chłystka. Skończy jego karierę i zetrze mu z twarzy jego dostojeństwo. Znowu spotkał się z Zadrą. Skarżył się na roz­zuchwalenie agentów.”

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: