Ryszard Terlecki pod namiotem Solidarnych 2010 – O lustracji

prof. Ryszard Terlecki pod namiotem Solidarnych 2010 cz. 3 – O lustracji 

Od samego początku szczególną rolę w funkcjonowaniu uczelni odgrywała PZPR.

 

Adam Dziuba, Mariusz Mrzyk

Skala i metody inwigilacji Uniwersytetu Śląskiego w latach osiemdziesiątych

(fragmenty) 

w : Myśl na uwięzi.- Kontrola operacyjna środowisk akademickich województwa katowickiego przez Służbę Bezpieczeństwa w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku. Studia i szkice, red. Adam Dziuba i Mirosław Sikora, Wyd. Oddz.I PN w Katowicach, Uniwersytet Śląski . Katowice 2010, 

Uniwersytet Śląski (USl.) powstał na podstawie rozporządzenia Rady Ministrów w czerwcu 1968 r. z połączenia działającej w Katowicach .Filii Uniwersytetu Jagielońskiego z Wyższą Szkolą Pedagogiczną. Pracę na czterech wydziałach uczelni podjęło 247 nauczycieli akademickich (w tym 13 profesorów i 23 docentów), kształcących 5473 studentów na studiach dziennych, wieczorowych i zaocznych. Utworzenie uczelni wynikało przede wszystkim z dążenia lokałnych elit Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR) do wykreowania swoistej alternatywy dla pobliskiego krakowskiego ośrodka naukowego, ale należy też docenić autentyczne dążenie lokalnej społeczności do posiadania własnej instytucji naukowej o poważnej randze.

Uniwersytet w latach siedemdziesiątych znacznie się rozwinął. Pod koniec dekady na dziewięciu wydziałach, zlokalizowanych w Katowicach i Sosnowcu, studiowało przeszło 12 tyś. studentów (w tym około 7500 na studiach stacjonarnych), kadra naukowo-dydaktyczna składała się z 1365 pracowników (wśród nich około 170 docentów i profesorów), zaś personel pomocniczy (administracja, pracownicy inżynieryjno-techniczni i obsługi, służba biblioteczna, oficerowie Studium Wojskowego) liczył 1625 osób.

Od samego początku szczególną rolę w funkcjonowaniu uczelni odgrywała PZPR. Do schyłku lat siedemdziesiątych korzystała nawet z monopolu na organizowanie swych struktur na UŚL; z działań takich były natomiast wykluczone Stronnictwo Demokratyczne i Zjednoczone Stronnictwo Ludowe. Partia chciała mieć także istotny wpływ na przebieg procesów dydaktycznych w myśl przytoczonych przez prof. Witolda Nawrockiego (pracownika USL, desygnowanego do najwyższych władz PZPR) słów Lenina: „pracę pedagogów w socjalistycznej oświacie należy widzieć następująco: specjaliści pracują pod kierownictwem komunistów, a o treściach nauczania nauk społecznych i filozofii decydują komuniści”.

 Odgrywała istotną rolę w doborze kadr i kluczową w nominacjach na stanowiska w uczelnianych władzach. Opiniowała wnioski o awans naukowy. Ze swych przywilejów zrezygnowała dopiero w październiku 1989 r., gdy I sekretarz Komitetu Uczelnianego PZPR, w imieniu uczelnianej organizacji partyjnej wystąpił do rektora z oficjalnym zrzeczeniem się prawa współdecydowania w kwestiach kadrowych.

Uniwersytet, nawet wtedy, gdy dominacja PZPR wydawała się niezagrożona, był terenem intensywnie penetrowanym przez Służbę Bezpieczeństwa. W jej rozumieniu stanowił „ochraniany obiekt”, czyli według esbeckiej definicji „jednostkę organiza­cyjną administracji państwowej, gospodarki, nauki, kultury, środków masowegoprzekazu i instytucji społecznych,spełniającą szczególne znaczenie w programowa­niu i realizacji społeczno-ekonomicznego rozwoju kraju, wytyczonego programem i uchwałami partii i rządu”10.

Zgodnie z pragmatyką organów bezpieczeństwa „ochraniany obiekt” otaczano działaniami operacyjno-profilaktycznymi, którymi na USl. objęto studentów, kadrę naukowo-dydaktyczną, w tym wybitnych naukowców, osoby dopuszczone do prac tajnych oraz takie, które kontaktowały się z obywatelami państw zachodnich; SB realizowała wobec uczelni „całokształt przedsięwzięć mających na celu niedopuszczenie do prowadzenia przez osoby z tego środowiska {tutaj USl.} działalności sprzecznej z programem i uchwałami Partii i Rządu w sferze polityczno-ideologicznej”1.

 Funk­cjonariusze kontrolowali ponadto różne imprezy, konferencje, sesje naukowe, zjazdy z udziałem naukowców i studentów w ramach odrębnych spraw obiektowych. Jako „obiekty” były także traktowane różne inne zjawiska, sytuacje czy tez środowiska związane z życiem akademickim, np. domy studenckie, organizacje studenckie, coroczne praktyki studenckie, grupy studentów-obcokrajowców.

 Już od samego początku istnienia uczelni SB umacniała swoje wpływy w jej środowisku, a opinia służb miewała znaczenie przy ocenie kandydatów do pracy naukowej i dydaktycznej’^. Niektórzy pracownicy nowo tworzonych wydziałów i instytutówbyli wykorzystywani już wcześniej w różnych sprawach operacyjnych, w ich teczkach nierzadko znajdują się bardzo pochlebne oceny dotyczące wykonywanych przez nich czynności. Przykładowo jeden z pierwszych prodziekanów utworzonego w 1973 r. Wydziału Nauk Społecznych był długoletnim tajnym współpracownikiem ukrywającym się pod ps. „Asystent” i „Wiktor”. Osób tego pokroju było oczywiście więcej, a i w późniejszych latach miały spory wpływ na rozpoznanie sytuacji na uczelni,

Wkrótce po powstaniu US1. funkcjonariusze „ochraniającego” go Wydziału III SB w Katowicach otrzymali organizacyjny instrument do koordynacji działań obserwacyjnych i operacyjnych w środowiskach naukowych w postaci zarządzenia nr 015/70 dyrektora Departamentu III MSW. Na jego podstawie założono sprawę obiektową (SO) o krypt. „Uniwersytet”, którą od 14 kwietnia 1971 r. pod numerem rejestracyjnym 19956 prowadził katowicki Wydział III SB. Założono wówczas także sprawy obiektowe na inne śląskie uczelnie; wszystkie dokumenty zniszczono w styczniu 1990 r…..

………………..

Już w latach siedemdziesiątych część pracowników naukowych uczelni była inwigilowana przez SB także z powodu podejrzeń o „nieprawomyślne zachowania”, ale prawdziwy bunt uniwersytetu w latach 1980—1981 na zawsze zniszczył mit „czerwonej uczelni”. Skali represji z okresu stanu wojennego i liczby internowanych wśród pracowników i studentów Uniwersytetu Śląskiego nie sposób porównać z represjami na którejkolwiek innej wyższej uczelni w Polsce”. Dla władz i Służby Bezpieczeństwa niepokojące były również rozmiary oporu opozycyjnych struktur studenckich, konspiracyjnej „Solidarności” lub „Solidarności Walczącej”, jak też prób legalnej walki z systemem.

Szczyt represji nastąpił w łatach 1983—1984. Później SB stopniowo ograniczała swe działania wobec pracowników naukowych UŚL, koncentrując się na antystemowych inicjatywach studentów. Aby wykazać, że opozycyjne nastroje wśród pracowników uniwersytetu zostały przezwyciężone, funkcjonariusze SB uciekali się nawet do fałszowania danych; przestali zauważać, że w Instytucie Fizyki narodziła się i okrzepła prawdziwa enklawa niezależności.

Zanim jednak doszło do ostatecznego upadku systemu naukowcy byli szantażowani, łamani, okłamywani; wykorzystywano przeciwko nim cały arsenał metod wypracowanych w ciągu kilkudziesięciu lat funkcjonowania tajnych służb. Mimo wielu dramatycznych wydarzeń nie udało się ani zniszczyć ducha buntu, ani okiełznać naukowców.


Miniwykład prof. Zdzisława Krasnodębskiego

Miniwykład z cyklu „Rozmowy pod namiotem”,

zorganizowany przez Stowarzyszenie Solidarni 2010 –

prelegentem był prof. Zdzisław Krasnodębski

 m.in. uwagi  o lustracji środowiska akademickiego  



Ucinanie głowy Polsce w czasach PRLu

Głównym tematem „Biuletynu IPN” nr 3 (124) 2011 jest powojenna kontynuacja zagłady polskich elit.

ROZMOWY BIULETYNU

….

R.T. Założeniem komunistycznej władzy była wymiana elit – starych na nowe. Komuniści uważali,  że stara elita z punktu widzenia przeprowadzanej rewolucji jest nieużyteczna. Ale problem polegał na tym, że w wielu sferach życia publicznego nie było kim jej zastąpić. Nie było kim zastąpić elit uniwersyteckichiterackich, artystycznych, urzędniczych, technicznych – bo brakowało ludzi z odpowiednią wiedzą i doświadczeniem. Może najłatwiej było zastąpić wojskowych, bo była kadra wyszkolona w Sowietach w latach 1943–1945. Tak więc przez jakiś czas trzeba było tolerować te stare elity i to właściwie w każdej sferze życia publicznego.

Bardzo szybko powstał konflikt między tymi, którzy nie mieli jeszcze odpowiednich kompetencji, ale aspirowali do tego, żeby stać się nową elitą wyznającą idee komunistycznej rewolucji, a starą elitą, która często po prostu chciała przetrwać, w miarę możliwości unikając konfliktów.

I to bardzo dobrze było widać np. na uczelniach, gdzie pojawili się młodzi, na swój sposób zdolni pracownicy aspirujący do przejęcia uniwersytetów i innych instytucji naukowych. No, ale jeszcze byli ci starzy – z wielkim dorobkiem, z warsztatem naukowym, tam, gdzie on przetrwał. I zaczęła się awantura młodzi chcieli szybko zająć miejsca starych, ale jeszcze nie mieli wiedzy i możliwości, więc władza często musiała ich hamować, bo wiedziała, co będzie, jak znikną starzy profesorowie i uczeni.

A.N. – Państwo potrzebuje ludzi na stanowiskach. Zabrakło ludzi przygotowanych do tego, by je piastować, fachowców. Zostali wymordowani. Elitę urzędniczą zaczęli tworzyć ludzie nieprzygotowani, ale obdarzeni za to ideologicznym zaufaniem, co dzieje się na ogół w państwach marionetkowych. Likwidacja polskiej elity ułatwiła komunistom zadanie. Na przykład kursy im. Teodora Duracza w ciągu roku produkowały prawników nowej Rzeczpospolitej, takich jak Adam Humer.

B.P. – Gdyby naprawdę chodziło o odbudowę samodzielnego państwa, to można było zaczerpnąć z tych „zasobów ludzkich”, które stanowiła grupa Polaków wracających z Zachodu po wojennej tułaczce, czy tych, którzy ujawniali się z okupacyjnego podziemia. Ale to był „element niepewny”, przez nowe władze prześladowany, marginalizowany, pauperyzowany…. ……..

R.T. – Wbrew oczekiwaniom polskich komunistów, Polska nie stała się sowiecką republiką. Instytucje, które działały przed wojną, zostały odtworzone w latach 1945–1947. Trudno było potem np. zamknąć uniwersytety z tej przyczyny, że nie było jeszcze nowej kadry. Przez jakiś czas tolerowano więc starą, która wegetowała na marginesie życia publicznego i powoli odchodziła. Oczywiście, niektórych zamknięto w więzieniach czy w końcu wyrzucono z pracy. Byli profesorowie, którzy w różny sposób narazili się nowej władzy, bo jawnie ją kontestowali bądź uczestniczyli w podziemnych przedsięwzięciach. Ich zwalczano, natomiast pozostałych ograniczano w ich możliwości wpływania na losy uczelni, usuwano z władz uczelnianych, pomniejszano ich pole działania, niektórym odbierano kontakt ze studentami, pozwalając jedynie coś tam dłubać w swojej dziedzinie nauki. Tak było właściwie przez cały okres stalinizmu, ale nawet po 1956 r. wciąż jeszcze trwali ludzie, których z pewnością nowa władza nie akceptowała, chciała się ich pozbyć, ale nie miała kim ich zastąpić. Ostatecznie ta grupa odchodzi w latach sześćdziesiątych – jedni umierają, inni odchodzą na emeryturę. Uczelnie przejmuje „pokolenie rewolucji”, wychowane na nowych ideach, nauczone serwilizmu wobec władzy, bezwzględnie posłuszne.

Z życia publicznego zniknęły też dwie kategorie zawodowe, przed wojną współtworzące klasycznie rozumianą elitę: oficerowie (znacznie wcześniej) i prawnicy (nieco później); wśród tych drugich chlubne wyjątki zdarzały się wśród adwokatów.

B.P. – Może warto powiedzieć o tym, jak zachowała się inteligencja twórcza, myślę tu o pisarzach starszej generacji, takich jak Putrament, Iwaszkiewicz, Andrzejewski. Nie tylko weszli w romans z komunistami, ale stali się narzędziem ich propagandy, opluwającej „starą Polskę” i wszystkie najwznioślejsze jej ideały. I byli za to sowicie wynagradzani… ..

A.N. – Już Lenin doceniał fundamentalne znaczenie elit kulturalnych w budowie komunistycznego państwa.

B.P. – Nowych elit, bo o „starych” inteligentach mówił, że jak najszybciej „trzeba pozbyć się tego gówna”.

A.N. – Jako fundator modelu sowieckiego wiedział, że najbardziej potrzebni są w pierwszej kolejności właśnie „robotnicy słowa” i „inżynierowie dusz” (to już określenie Stalina). Bierut i jego ekipa przejęła ten socjotechnicznie perfekcyjny wzorzec, że najpierw trzeba wymienić głowę, wtedy reszta ciała będzie poruszała się tak, jak będzie wynikało to z interesu komunistycznej władzy…. ……..

R.T. – Niektórzy otwarcie zdradzili i przeszli na stronę zwycięzców. Oni, przynajmniej w pierwszych latach po wojnie, objęci byli pewnym społecznym ostracyzmem. Ale byli też tacy (i to zarówno twórcy, pisarze, poeci, jak i uczeni, aktywni w swoich dziedzinach przed wojną i jeszcze w czasie wojny), którzy powiedzieli – nie chcemy mieć z tym nic wspólnego. I oni zniknęli, w tym nowym rozdaniu nie zostawili po sobie śladu. No i byli tacy, którzy próbowali się przystosować, jakoś trwali. Próbowali coś pisać, wydawać, kombinując tak, żeby nie zdradzić otwarcie, a jednocześnie zyskać uznanie nowej władzy. Wielu z nich potem, po 1956 r., odżyło. Przetrwali ten najgorszy okres i mogli znowu studentom mówić  rzeczy ważne i źle widziane przez reżim, mogli pisać na granicy drukowalności, jakoś tam handrycząc się z cenzurą. Zachowali nazwiska i warsztaty, przetrzymali stalinizm. Natomiast ci niezłomni już nie wrócili, te dziesięć lat wymazało ich z przestrzeni publicznej. Nikt już tym uczonym nie oddał katedr ani nie zaczął drukować zapomnianych poetów czy pisarzy. A więc szanse zostania „rewizjonistą” jak wtedy mówiono – w kulturze i nauce najczęściej mieli ci, którzy umieli w czasach stalinowskich jakoś zaaklimatyzować się, przetrwać, nie znikając całkowicie z oficjalnego życia. Taka niesprawiedliwość losu. Oczywiście, niektórzy zdradzili cynicznie, a nawet byli i tacy, którzy uwierzyli w misję nowych ludzi, przybyłych z Sowietami. A władza bardzo zręcznie umiała kupić tych, którzy w różny sposób byli warci tego, żeby ich kupić. To było bardzo wyraźne już w latach pięćdziesiątych, a jeszcze bardziej rzucało się w oczy w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych. Znalezienie się w tej nowej, licencjonowanej przez reżim elicie – artystycznej, literackiej, naukowej – dawało istotne przywileje w stosunku do reszty społeczeństwa: wysokie wynagrodzenia, możliwość życia na zupełnie innym poziomie, jeżeli chodzi np. o mieszkania czy sposób spędzania wakacji. A potem dawało także coś, co było kąskiem najlepszym, czyli możliwość wyjazdów zagranicznych – przez moment tak było w latach 1956–1957, wtedy trochę ludzi wyjechało, trochę zobaczyli świata, ale ta szczelina dla wybranych powiększyła się w latach sześćdziesiątych. Wtedy możliwość wyjazdu była mocno reglamentowana, więc był to prezent bardzo pożądany. Z różnych powodów. Nie tylko dlatego, że można było poznać coś innego niż wszyscy wokół, ale można było też na tym coś zyskać, nie tylko zresztą w sensie materialnym.

B.P. – Te gratyfikacje materialne dla najwierniejszych były nie do pogardzenia. Niepokornych, czy „sceptycznych”, jeśli nie wyeliminowano wcześniej fizycznie, sprowadzono do poziomu właściwie nędzy bytowej, finansowej, mieszkaniowej. Także tych, których przedwojenny status majątkowy był wysoki. Elity tworzone są niekoniecznie przez ludzi majętnych, ale trudno być kimkolwiek, jeśli nie ma się pracy czy mieszkania. A tak żyło po wojnie bardzo wielu ludzi nieobojętnych społecznie, wykształconych. I nieprzejednanych. …

A.N. – Konsekwencją procesu wytwarzania się nowej elity komunistycznej było to, że całe społeczeństwo stopniowo ulegało skarleniu. Dam przykład, by wyjaśnić, o co mi chodzi. Bezpieka zajmowała się także badaniem nastrojów, z jej materiałów możemy dowiedzieć się, jakie były nastroje i stopień akceptacji komunizmu w poszczególnych latach. Wydawałoby się, że akceptacja komunizmu powinna być największa w latach pięćdziesiątych, najgorszych latach stalinowskiego terroru – to z jednej strony, a z drugiej – entuzjazmu różnych masówek oraz nacisku ideologicznego. Otóż nie. Akceptacja systemu powiększała się z każdym rokiem peerelu.To stopniowe skarlenie społeczeństwa zaczęło się jednak od elit. Komuniści to właśnie wiedzieli, że najpierw trzeba zniszczyć I skarlić elitę, żeby za nią w naturalny sposób poszła reszta społeczeństwa.…. ………

B.P. – Dziś parotysięczny nakład każdej książki, także naukowej, jest wielkim sukcesem.

R.T. – Praktycznie nie dostaje się za nią pieniędzy, wręcz trzeba się starać, by je zdobyć na jej wydanie. Wszystko to wtedy brało na siebie państwo. I jeszcze dobrze płaciło, nagradzało, dawało różne ulgi, przywileje, talony. Wszystko to w mniejszym stopniu dotyczyło urzędników, a jeżeli już, to urzędników pewnej tylko kategorii. Jednocześnie nastąpiło straszliwe spauperyzowanie niektórych zawodów, np. nauczycieli, którzy przed wojną byli bardzo dobrze wynagradzani, a w peerelu znaleźli się na samym dnie. W latach sześćdziesiątych pojawiły się jeszcze i takie paradoksy, że portierzy czy sprzątaczki zarabiali więcej niż adiunkci na uczelniach. Z tym że jak się przekroczyło pewien poziom zawodowej hierarchii, to sytuacja się zmieniała, więc warto było męczyć się te dziesięć lat w biedzie, żeby potem awansować. Gwarancją awansu było spełnienie wymagań, które stawiała partia komunistyczna.  ……

B.P. – Wyjaśnia to opór środowisk naukowych wobec lustracji.

R.T. – Władza bardzo bała się dwóch kategorii zawodowych, dwóch grup społecznych: robotników dużych zakładów – czyli tak zwanych mas – i studentów. Nie bała się oczywiście pracowników naukowych. Reżim nigdy nie bał się protestów, petycji, manifestacji w auli uniwersyteckiej, zebrania, na którym ktoś próbuje coś wyjaśniać czy omawiać. Władza bała się tylko ulicy, czyli sytuacji, kiedy tłum na zasadzie kuli śniegowej przekroczy masę krytyczną, a wojsko albo milicja odmówi strzelania. To byłby koniec tej władzy, jak to się stało na Węgrzech w 1956 r. Czytałem wspomnienia Mariana Orzechowskiego wydane już po 1989 r., gdzie pisał, że po 1956 r. śnili mu się węgierscy awosze (funkcjonariusze bezpieki) wiszący na latarniach w Budapeszcie, takie zdjęcie widział w jakimś tygodniku. Oni się tego bali. Nawet strajków się nie bali, tylko walk ulicznych. Dlatego uczelnie i w ogóle inteligencja były obiektem bardzo intensywnej infiltracji. Od inżyniera pracującego w hucie można było uzyskać znacznie więcej informacji niż od trzech czy czterech „pozyskanych” robotników, którzy oczywiście mogli coś powiedzieć o swoim najbliższym otoczeniu, ale ich możliwości obserwacji w całym zakładzie były ograniczone. Ktoś po studiach z pewnym rozeznaniem politycznym był znacznie cenniejszym informatorem. Dotyczyło to także wyższych uczelni i instytucji kulturalnych. A z drugiej strony było takie dość powszechne przekonanie w latach sześćdziesiątych I siedemdziesiątych, że reżim jest stabilny, nie zniknie, w perspektywie ludzkiego życia nic się nie zmieni, więc opieranie się współpracy nie ma sensu, tym bardziej że bezpieka dawała do zrozumienia, że nic się przed nią nie ukryje. Rozległa i gęsta siatka agentury miała służyć umacnianiu przekonania, że „oni i tak wszystko wiedzą”, a więc to, czy ja będę im mówić o Kowalskim, którego dobrze znam, że on słucha Wolnej Europy, nie ma znaczenia, bo albo to już wiedzą, albo dowiedzą się skądinąd.Bezpieka żądała współpracy od tych, którzy chcieli wyjechać, awansować, dostać lepsze mieszkanie albo mieć poczucie bezpieczeństwa osobistego i swoich najbliższych. Oczywiście, niektórzy dostawali po prostu pieniądze. Dla bezpieki wynagradzanie za donosy było dodatkowym sposobem zeszmacenia informatora, co zawsze było pożyteczne. W latach osiemdziesiątych takie zeszmacenie było celem pozyskiwania znacznej części agentury. Taka ilość informacji nie była już potrzebna bezpiece, która zresztą nie miała możliwości technicznych, żeby je wszystkie opracować i wykorzystać.Chodziło o to, żeby ubłocić ludzi, żeby zawsze można im było coś nieprzyjemnego przypomnieć. To, w pewnym sensie, byli tacy uśpieni konfidenci, a ich informacje w gruncie rzeczy nie miały znaczenia. Sądzę, że w latach osiemdziesiątych ci, którzy rzeczywiście mieli coś do powiedzenia bezpiece, których informacje były operacyjnie pożyteczne, stanowili ok. 20 proc. (ze 100 tys. zarejestrowanych – oczywiście, nie licząc służb wojskowych i sowieckich, o których ciągle zapominamy, bo przecież była tu agentura KGB, o której nic nie wiemy). Jeżeli więc oni wszystko wiedzą, wszędzie są, zatem odmawianie im nie ma żadnego sensu, można tylko starać się zachować w miarę przyzwoicie i biorąc udział w tej grze, nie mówić wszystkiego. …………

B.P. – Jak panowie oceniają stan dzisiejszych elit?

A.N. – Na proces wychowania ogromny wpływ ma szkoła i otoczka pozaszkolna. Nie inaczej jest w III RP. Jej wychowanie młodzieży jest odwrotnością wychowania w II RP – lekceważenie polskości, krytyka polskości. Nie wolno lekceważyć skutków tego wychowania. Wychowano dwadzieścia roczników, które opuściły polskie szkoły. Tak jak II RP wykonała ogromną pracę wychowawczą, dla której ideałem była wizja Polski Piłsudskiego, tak III RP także wykonała ogromną pracę wychowawczą, której wzorcem ideowym jest „Gazeta Wyborcza”. Wzorce ideowe mają ogromne znaczenie dla konstruowania elity. Jedna elita skupiała się na polskości, widziała w niej wielkie, wspaniałe zadanie; symbolem tej elity jest Karol Wojtyła i jego poczucie wielkości powołania, jakie tkwi w polskości. Symbolem drugiej elity, tej wychowanej w III RP w duchu oderwania od polskości i przeciwstawiania się polskości, jest dla mnie Kuba Wojewódzki. B.P. – Nie tylko w oderwaniu i przeciwstawianiu się, ale i w pogardzie.

A.N. – I w tym właśnie III RP nawiązała do peerelu z lat 1944–1948, 1950. To znakomicie pokazała w „Arcanach” Janina Hera – zebrała ona cytaty z instrukcji cenzorskich z tego okresu, które są jakby żywcem wyjęte z dzisiejszych najbardziej „postępowych” gazet i pokazują, jak opluwać polskość, jak niszczyć wszystko, co wartościowe w polskiej tradycji, jak – użyję slangu socjologicznego – zaniżać samoocenę Polaków. To było najważniejsze w tych instrukcjach. A jednak Polskę i polskość jest bardzo trudno zabić. Do tej pory nikomu się to nie udało. Przykładem jest chociażby atrakcyjność słów i postawy Jarosława Marka Rymkiewicza. Można się z nim nie zgadzać, ale przecież widać, z jakim zachwytem ludzie przyjmują ten najprostszy komunikat, w którym on przypomina, że Polska jest wielka i wspaniała, o wiele wspanialsza od tych robaków, które próbują ją toczyć. To poczucie wielkości Polski wydaje mi się najważniejsze, żeby przetrwała elita, żeby tych „dziesięciu sprawiedliwych” zrobiło swoje. Dlatego tak ważny wydaje mi się romantyczny, wysoki ideał polskości. Nie przeciwstawiam temu służby Polsce i pilnowania interesów tej substancji, o której nieco szyderczo pisał Zbigniew Herbert, ale uważam, że ważniejsze jest to, co w tej mierze reprezentuje Piłsudski i tradycja romantyczna. Dla elit i dla przetrwania Polski.

R.T. – Polska szkoła coraz gorzej kształci i już nie wychowuje. Godzi się na to większość i nauczycieli, i rodziców. Polskie uczelnie zajmują się produkcją absolwentów i najczęściej nic więcej ich nie obchodzi. Media propagują model przyjemnego życia – bez zmartwień, ale i bez refleksji. Poza tym wiedzą starają się uprościć swój przekaz do najniższego poziomu odbiorców. Kościół stroni od bezpośredniego kontaktu z wiernymi, którzy muszą zadowolić się oficjalną celebrą. Państwo wzrusza ramionami wobec problemów obywateli i zajmuje się samo sobą. Wojsko – które niegdyś było ważną instytucją wychowawczą – upodobniło się do firm ochroniarskich i zanim podejmie się czegokolwiek bronić, zapyta, ile za to dostanie. To wszystko nie jest już tylko spuścizną komunizmu. Ponad dwadzieścia lat ma III RP – to więcej niż jej poprzedniczka. Zapaść kulturowa, która nam towarzyszy, nie minie w rezultacie wysiłków garstki zapaleńców. Wolność ma swoją wymierną cenę – najczęściej jest nią cena krwi. Życie dla przyjemności któregoś dnia może okazać się życiem w klatce. Chyba że wcześniej jakiś kataklizm uświadomi nam powagę sytuacji. 

Elita z nadania okupanta

 

Elita z nadania okupanta

(czyli próba wytłumaczenia dlaczego elity akademickie tak się boją lustracji)

z: Rafał A. Ziemkiewicz – Tak zwana elita w amoku. Uważam Rze, 13/2011

…. ‚Polska – wskażmy wreszcie praprzyczynę aberracji – jest krajem postkolonialnym. Krajem, w którym hierarchia społeczna nie ukształtowała się sama z siebie, a elita społeczeństwa nie powstała z tych, którzy potrafili się przebić dzięki swoim zdolnościom, przedsiębiorczości czy pracowitości.

Jak w każdym kraju okupowanym, w PRL elita została utworzona przez okupanta – z kolaborantów. Zwykle na zasadzie doboru negatywnego. Najwyżej awansowali ci, którzy nie mieli moralnych hamulców w wysługiwaniu się reżimowi, którzy wszystko zawdzięczali okupantowi. A jednocześnie niedobitkowi potomków elity przedwojennej, elity Polski niepodległej na różne sposoby mszczono, w najlepszym wypadku wyznaczając określony pułap, powyżej którego awansować nie mogli.

Przez półwiecze stopniowo tracącej zęby komunistycznej dyktatury zdołano w ten sposób wyhodować niespotykaną w krajach wolnych elitę głęboko skonfliktowaną ze społeczeństwem, któremu miała przewodzić. Przypisała ona sobie miano i tradycję dawnej polskiej inteligencji, specyficznej grupy społecznej, która w krajach naszego regionu zastępowała w XIX w. zachodnią klasę średnią, ale jej etosu odziedziczyć nie była w stanie. Etos ten był bo-wiem etosem służby społeczeństwu i stanowiącej cel inteligenckich dążeń niepodległości, kojarzonej z zaprowadzeniem społecznej sprawiedliwości. Natomiast wytworzona przez PRL „inteligencja pracująca” ufundowana była na poczuciu wyższości wobec ogółu, wyższości, do jakiej odczuwania zdolni są tylko ludzie pochodzący ze świeżego awansu.

Elity kraju wolnego, normalnego, nie mają powodu ani przeżywać swej wyższości wobec tych, którzy do elity nie należą, ani się ich lękać. W poddanej przez wiele lat komunistycznej socjotechnice Polsce jest zupełnie inaczej. Jerzy Dobrowolski, znakomity, zmarnowany w socjalizmie artysta, potomek przedwojennego oficera, typowy przedstawiciel niszczonej przez komunistów inteligencji prawdziwej, podsumował tę PRL – owską elitę zwięzłym stwierdzeniem: „ludzie zdolni jedynie do naprzemiennego odczuwania strachu i pogardy”.

Taką właśnie warstwę społeczną, obsługującą państwową maszynerię, odziedziczyła wolna Polska po PRL. Polityczne przepychania w komitecie stworzonym dla przejęcia władzy przez Lecha Wałęsę sprawiły, iż jedna z grup ważnych w ruchu opozycyjnym złożyła tej PRL-owskiej elicie szczególną ofertę: ochrzcimy was swoimi nazwiskami bohaterów walki z reżimem, udzielimy przysługującej nam sakry ludzi przyzwoitych, uchronimy przed jakimikolwiek rozliczeniami.

Nikt wam nie każe się spowiadać z tego, co robiliście w PRL i czemu zawdzięczacie swą uprzywilejowaną pozycję w społeczeństwie.

Nikt nie każe się wam korzyć, sypać popiołu na głowy, nie mówiąc już o usuwaniu ze stanowisk.

Ale w zamian uznacie bezwzględnie nasz autorytet, nas będziecie od dziś czcić i słuchać. A my, waszymi rękami, bo przecież władzę sprawuje się poprzez elity, dokonamy modernizacji Polski w duchu oświeceniowych, lewicowych idei, i przekształcimy ją w państwo nowoczesne.’

Ci, którzy w czasach PRL byli przyzwoici i stracili miejsca na uczelniach, często ich już nie odzyskali

 

Rytualny taniec –DOROTA GAWRYLUK, Uważam Rze, nr. 13, 2011 

….’ Gdyby ktoś naprawdę chciał szarpnąć cugle wymiaru sprawiedliwości, zrobiłby to już dawno. Wystarczyłoby zadać proste pytanie – dlaczego jest tak, jak jest? Tyle że stawianie takich pytań jest niebezpieczne dla tych, którzy tańczą ten rytualny taniec. Bo to przecież oni sprzeciwiają się lustracji. Bo trudno, by umoczeni jeszcze w poprzedni system sędziowie skazywali podobnych sobie. Nie sądzili więc, bo sami nie chcieli być sądzeni.

Zresztą problem nie dotyczy tylko sędziów. Podobny wciąż ma świat nauki. Tu też nie nastąpiło ozdrowieńcze oczyszczenie. W efekcie ci, którzy w czasach PRL byli przyzwoici i stracili miejsca na uczelniach, często ich już nie odzyskali. Są one zajęte również przez współpracowników SB.

Henryk Wujec tłumaczył ostatnio, że nie można tolerować takiego rozmycia moralnego, w którym nie wiadomo, kto jest dobry, a kto zły, w którym nie ma nagrody i kary. Tylko dlaczego nie pójdzie o krok dalej i nie zapyta, kto jest za to rozmycie odpowiedzialny. Trudno się zatem dziwić, że zniecierpliwieni czekaniem na systemową sprawiedliwość obywatele zaczęli jej szukać sami. I tak prof. Kazimierz Świrydowicz na własną rękę zbadał stopień inwigilacji Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Okazało się, że na początku lat 80. ubiegłego wieku działała tam setka donosicieli. Miała ich wytropić w III RP specjalnie w tym celu powołana komisja uczelniana, ale nie udało się. Komisja przez cztery lata nie osiągnęła nic, choć IPN dysponuje odpowiednią dokumentacją. Sięgnął więc po nią zniecierpliwiony prof. Świrydowicz i wyda na ten temat książkę. Łatwo możemy przewidzieć, jak zostanie przyjęta i jaki wokół niej odbędzie się taniec.’ 

 

Będzie książka o współpracownikach SB na UAM

P.S.

Dorota Gawryluk widzi  rzeczy takimi jakimi one są. Po 89 r. odwilż nie nastąpila !  Dla przyzwoitych  i wyeliminowanych w PRL z uczelni w III RP nie ma miejsca. ‚Solidarność’ nauki o takich ‚nieudaczników’ się nie troszczy/-ła, zresztą  zgodnie ze strategią okrągłostołową  brała udzial w akcjach na rzecz nieprzywracania na uczelnie  niewygodnych, wyrejestrowanych z systemu  w ramach wielkiej czystki akademickiej w latach 80-tych.

„S” heroicznie natomiast walczy do dziś aby beneficjentom systemu PRL ( też TW, k.o., OZI . tow.,  itp. itd.) żyło się jak najlepiej. Komisje uczelniane nie są w stanie poznać historii  swoich uczelni i mimo tych nieumiejętności mają się dobrze na uczelniach, podobnie jak profesorowie-‚historycy’, którzy nie są w stanie w historii uczelni rozpoznać stanu wojennego,  ani jego skutków. Chyba standardową metodą badań na uczelniach jest szukanie pokrzywdzonych poprzez zwracanie się jedynie do beneficjentów, bo pokrzywdzeni są chyba uważani za

niewiarygodnych.

(m.in.

 POWRACAJĄCA FALA ZAKŁAMYWANIA HISTORII,  

Solidarność UJ a CZARNA KSIĘGA KOMUNIZMU W NAUCE I EDUKACJI

Kilka refleksji akademickiego nonkonformisty na temat „S” UJ w dokumentach i wspomnieniach

List do Polskiej Akademii Umiejętności w sprawie wycofania z obiegu edukacyjnego ‘Dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiego’

3 maja 1946 r. w Krakowie

 

3 maja 1946 r. W Krakowie,

czyli ‚orgia patriotyczna’ wg budowniczych Polski Ludowej.

z: Stanisław Murzański – Sojusz nieczystych sumień . Arcana, 2010

Ciągłość polskiej państwowości, ale tylko ona, uległa zerwaniu wraz z cofnięciem w 1945 r. uznania Rządowi RP na uchodźctwie przez sojuszników z lat wojny i uznaniu przez nich utworzonego przez komunistów Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Nie złamało to jednak ducha w narodzie i nie zabiło nadziei; świadczyło o tym zarówno to, co wydarzyło się 3 maja 1946 roku w Krakowie, gdy wbrew zakazowi władz, po Mszy św. z kościoła Mariackiego wyruszył na miasto tradycyjny pochód, jak i prawdziwe wyniki „referendum ludowego”.

Dla opisania tego, co wydarzyło się 3 maja w Krakowie posłużę się przewrotnie fragmentem gniotą socrealistycznego Tadeusza Konwickiego. A oto jak ów pochód widział bohater utworu, Porejko:

Mogłem z boku, na zimno, przypatrywać się ogólnej rui politycznej, jak chociażby tej z maja 1946 roku. Był to dzień święta narodowego, które patronowało reakcji przez swawolny żart historii. [..,] Gdy znalazłem się na ulicy, ujrzałem olbrzymi potok tłumu spływającego Basztową wzdłuż Plantów. Jedni śpiewali, drudzy wrzeszczeli coś w nieprzytomnym uniesieniu, inni jeszcze płakali bezmyślnym płaczem. Na czele pochodu szły dzieci powiewając biało-czerwony-mi chorągiewkami, dalej kuśtykali inwalidzi, a za nimi waliła zwarta masa ludzi niosąca wysoko na ramionach ogłupiałego żołnierza amerykańskiego, który wymachiwał proporczykiem amerykańskim i polskim. […] Była to prawdziwa orgia patriotyczna, którą kierowało prawo tłuszczy. Lecz impuls był dobrze zorganizowany, o czym świadczył porządek pochodu”. (Tadeusz Konwicki – Z oblężonego miasta. Iskry. Warszawa 1956 s.186)

Kto tę „ruję polityczną” i „orgię patriotyczną” zorganizował – Konwicki nie napisał, ale bezpieka i prasa nie miały wątpliwości, że stały za tym PSL, WiN i w ogóle najczarniejsza krakowska reakcja. Wprawdzie tego rodzaju „zakazane” pochody odbyły się wówczas w kilku innych większych miastach, ale zajścia w Krakowie miały najgwałtowniejszy przebieg (rozpędzenie czołgami), pociągnęły za sobą aresztowanie stu kilkudziesięciu studentów, postawienie części z nich przed sądem, a prasa współodpowiedzialnością obciążywszy wychowawców tej młodzieży, profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, domagała się ich usunięcia z uczelni.

Jest nie bez znaczenia, gdy próbuje się poddać ocenie rolę, jaką w podboju Polski i jej zniewalaniu odegrała część – i to nie bagatelna – intelektualnej elity, podjąwszy współpracę z marksistowską „Kuźnicą”. Jej zespól redakcyjny już na samym początku, w 1945 roku – kiedy tysiące młodych Polaków zaludniło lasy, by się uchronić przed wywózką na Wschód, aresztowaniem, lub by podjąć beznadziejną walkę w imię ideałów, które przyświecały im w latach wojny – zwracał się do ministra oświaty, by „zechciał wejść w analizę przebiegu i motywów tego, co dzieje się na UJ i zapobiec nieopatrznym wpływom niektórych profesorów”.

Wydarzenia z 3 maja i aresztowania w ich następstwie przeprowadzone wśród studentów dowiodły, że na uniwersytecie „źle się dzieje”, ale wysłanie czołówki polskich uczonych na zieloną trawkę jeszcze się odwlekło

Z wystawy  (2011) Oddziału  Instytutu Pamięci Narodowej w Krakowie  – „Ostatni 3 maja”,

Rocznica likwidacji święta Trzeciego Maja

Rzeczpospolita 16-01-2011
18 stycznia 1951 r. sejm przyjął ustawę o dniach wolnych od pracy. Choć była ona wymierzona głównie w Święto Trzeciego Maja, to oprócz niego znosiła także kilka świat kościelnych w tym m.in. wolne 29 czerwca, czyli w Piotra i Pawła….W 1946 r. w dniu święta Trzeciego Maja doszło do protestów skierowanych przeciw nowej władzy. Wyjątkowo dramatyczny przebieg miały wydarzenia w Krakowie. 3 maja 1946 r. milicja i wojsko zaatakowało ludzi, którzy po mszy w Kościele Mariackim wyszli na ulicę, by zamanifestować swoje przywiązanie do tradycji.Była to pierwsza duża akcja sił porządkowych nowego reżimu wymierzona w demonstrantów. Do rozpędzenia protestujących użyto broni palnej. Potem zaczęły się rewizje w akademikach i aresztowania. Zatrzymano kilkaset osób.Następnego dnia, czyli 4 maja strajk objął wszystkie krakowskie uczelnie. Protestowali także licealiści. W innych ośrodkach akademickich podjęto akcje solidarnościowe z Krakowem. Fala protestów ogarnęła dwanaście największych ośrodków. Demonstracje studenckie w Poznaniu zostały spacyfikowane w równie brutalny sposób, jak w Krakowie. Aresztowano setki młodych ludzi. Według prof. Eislera ogółem w całym kraju w wyniku tłumienia protestów studenckich miało zginąć kilka osób. Dokładne dane nie są znane. Uczestnicy demonstracji byli za karę wyrzucani z uczelni.Odpowiedzią władz na protesty był całkowity zakaz obchodów trzeciomajowych. Został on prawnie usankcjonowany dopiero ustawą z 1951 r. o dniach wolnych od pracy
 ♠

Komunistyczna bezpieka wobec kard. Karola Wojtyły

Działalność operacyjna aparatu bezpieczeństwa wobec Karola Wojtyły była niezwykle rozbudowana i różnorodna. Najstarsze jej ślady odnalezione w archiwaliach Instytutu Pamięci Narodowej pochodzą najprawdopodobniej z 1946 r., gdy na liście osób przeznaczonych do rozpracowania znalazło się nazwisko Wojtyły, będącego jeszcze klerykiem arcybiskupiego seminarium w Krakowie (zob. dokument nr 1). Dokument ten nie jest datowany. Jednak podana przy nazwisku Wojtyły informacja mówiąca, że jest klerykiem i mieszka w budynku krakowskiego seminarium duchownego pozwala dość precyzyjnie określić przedział czasowy, w jakim ten dokument mógł powstać. Musiało to być pomiędzy styczniem 1945 r. — ściślej rzecz biorąc po 18 stycznia, czyli po zajęciu Krakowa przez wojska sowieckie, gdy krakowscy klerycy przenieśli się z pałacu arcybiskupiego przy ul. Franciszkańskiej 3 do opuszczonego przez SS gmachu seminarium pod Wawelem — a 1 listopada 1946 r., gdy kleryk Karol Wojtyła otrzymał święcenia kapłańskie z rąk księcia kard. Adama S. Sapiehy.

Jest pewien powód, dla którego mógł znaleźć się na liście studentów niebezpiecznych dla ludowego państwa, i to powód najbardziej prawdopodobny, potwierdzany wspomnieniami osób pamiętających tamte wydarzenia. 3 maja 1946 r. funkcjonariusze UB brutalnie zaatakowali obchodzących narodowe święto studentów krakowskich uczelni. Uformowany po mszy patriotyczny pochód szedł pod sztandarami akademickimi, zaś organizatorami byli członkowie Bratniej Pomocy kierowani przez Jana Deszcza. Wiceprezesem zarządu tej organizacji na UJ — do 28 maja 1946 r. — był Karol Wojtyła. 3 maja 1946 r. w Krakowie aresztowano, według różnych źródeł, od kilkuset do półtora tysiąca osób.

w: Praca zbiorowa pod redakcją ks. Józefa Mareckiego i Filipa Musiała – KU PRAWDZIE I WOLNOŚCI

3 MAJA 1946 ROKU

Czesław Brzoza, 3 Maja 1946 r. w Krakowie. Przebieg wydarzeń i dokumenty, Kraków 1996.