O stanie polskiej historiografii

Bogdan Musiał o  stanie  polskiej historiografii

( Casus prof. Włodzimierza Borodzieja a stan polskiej historiografii -dr Bogdan Musiał, Arcana, grudzień 2002 )

W czasach PRL wielu „historyków” zatrudnionych w instytucjach partyjnych, nauczycieli akademickich, publicystów i dziennikarzy pracowało pod dyktando partii fałszując obraz naszej przeszłości. Szczególnym zainteresowaniem komunistycznej historiografii cieszyła się historia najnowsza. Tu nie liczyła się prawda historyczna, lecz interes partii (władzy) oraz własna kariera.

Ofiarami tej działalności są całe pokolenia Polaków, których świadomość historyczna została wypaczona i zafałszowana. Paradoksalnie, że dzisiaj niektórzy z tych „kształtujących” wcześniej świadomość historyczną „po linii” partii – z przekonania lub oportunizmu – pozwalają sobie dziś na krytykę społeczeństwa polskiego zarzucając mu wypaczoną świadomość historyczną. Wydają się nie dostrzegać, iż jest to przecież zasługą ich wcześniejszych dokonań naukowych.

Największym dobrodziejstwem zmian politycznych po 1989 roku jest fakt, iż nie mają oni dziś monopolu na kształtowanie opisu naszej historii. Znikły bowiem dwa najpoważniejsze fundamenty ich naukowych karier: cenzura i wsparcie Wydziału Ideologicznego KC PZPR.

Po upadku komunizmu wiele osób było przekonanych, że zaczął się okres rzetelnych badań naukowych i odkłamywania najnowszych dziejów Polski. Faktycznie, po 1989 powstało wiele publikacji dotyczących tzw. „białych plam”, na przykład ważne monografie o okupacji sowieckiej Kresów 1939-1941, o oporze zbrojnym i społecznym w pierwszych latach PRL itd. Ale na ogół nie dokonywano prób rzetelnej krytyki najważniejszych publikacji historyków partyjnych traktując je jedynie jako skansen minionej epoki.

Autorzy tego typu prac byli w pierwszych latach III Rzeczpospolitej mało zauważalni; wydawało się, że ich czasy bezpowrotnie minęły. Część z nich zmieniła szybko dziedzinę badań z historii ruchu robotniczego, przyjaźni i współpracy polsko-radzieckiej itp. na tematy bardziej koniunkturalne, a przede wszystkim politycznie poprawne. Równocześnie konsekwentnie przemilczają swoje wcześniejsze publikacje lub wspominają o nich w sposób bardzo oględny, jak np. o „licznych publikacjach dotyczących ruchów społecznych w wieku XIX i XX”. Bez podawania konkretnych tytułów. Tylko nieliczni zmienili się naprawdę podejmując rzetelne badania.

Byli partyjni „historycy” po szeregu zwycięstw wyborczych postkomunistów zaczęli odzyskiwać jednak wcześniejszą pewność siebie. Ich działalność w czasach PRL przestała być czymś wstydliwym czy zasługującym na rozliczenie. Co prawda język ich najnowszych publikacji zmienił się, ale metody i tezy pozostały podobne a fałszerstwa stały się bardziej wysublimowane…..

„Samooczyszczenia” wśród polskich historyków po roku 1989 nie było i prawdopodobnie już nie będzie. Nie należy jednak sądzić, że czas rozwiąże problem dyspozycyjnych i nierzetelnych historyków – spuścizny czasów PRL. Przede wszystkim dlatego, iż ich działalność demoralizuje innych. Wydaje się więc, że nierzetelnych, niewiarygodnych historyków z okresu PRL należy opisać, wytykać i oceniać moralnie, a nie przemilczać ich istnienia.

Milczenie oznacza tolerowanie. Tymczasem obserwując całkowitą bezkarność partyjnych historyków, niektórzy młodzi naukowcy wyciągają z tego wnioski i zaczynają się podobnie zachowywać. Widzą, że kierowanie się etosem naukowym i kryterium prawdy historycznej nie gwarantuje kariery zawodowej.  Wręcz przeciwnie: może tylko spowodować konflikt z wpływowymi „starymi mistrzami”, którzy – blokując publikacje, pozbawiając dostępu do projektów naukowych lub nawet usuwając z pracy – mogą zniszczyć karierę każdego niewygodnego młodego naukowca.

Znacznie łatwiej przebiją się ci, którzy podobnie jak „dawni mistrzowie” pracę naukową traktują jak atrakcyjne miejsce pracy, interesują ich „granty”, zagraniczne wyjazdy. Zamiast odkłamywać historię, zabiegają o przychylne recenzje, wyróżnienia i nagrody w dominujących – politycznie poprawnych – mediach. Klimat dla „naukowców” o mentalności partyjnych, dyspozycyjnych „historyków” jest dzisiaj znowu, niestety, stosunkowo korzystny.

Dyspozycyjność, spełnienie oczekiwań mniej lub bardziej wpływowych partii czy środowisk, nie jest więc problemem jednej tylko, specyficznej generacji, czy też wyłącznie systemu komunistycznego. Skądinąd należy podkreślić, że nawet w nim duża część historyków (zapewne większość) zachowała niezależność i nie sprzeniewierzyła się etosowi naukowca.
Tym większa ich zasługa, że miało to miejsce w okolicznościach dużo trudniejszych niż na Zachodzie. Jak widać, jest to więc problem ogólny, etyczno-zawodowy, dotyczący nie tylko krajów komunistycznych, choć w systemach posttotalitarnych jest jaskrawo widoczny i poczynił najwięcej spustoszeń.

Brak rzeczowej krytyki prac autorów odpowiedzialnych za fałszerstwa i deformacje historyczne epoki komunistycznej, ma oprócz aspektu moralnego jeszcze inne konsekwencje…….brak „rozliczenia się” z historiografią PRL po 1989 roku doprowadził do tego, że niektórzy sądzą, iż można prace takie dalej rozpowszechniać jako wynik poważnych badań naukowych. Czynią to nawet za granicą i to wiele lat po upadku komunizmu w Polsce. Zjawisko to dobrze obrazuje sprawa książki Włodzimierza Borodzieja, znanego historyka, do niedawna prorektora Uniwersytetu Warszawskiego…….

….”kontrola jakości” w dziedzinie historiografii współczesnej, w Polsce nie funkcjonuje. Jej najważniejszym elementem jest otwarta i rzeczowa krytyka – to ona wymusza przestrzeganie podstawowych zasad warsztatu pracy naukowej. Tymczasem w Polsce panuje w tej dziedzinie atmosfera zupełnej niemal bezkarności. Praca prof. Borodzieja nie jest przecież jedynym przykładem. Innym, dużo bardziej spektakularnym efektem braku „kontroli jakości” jest ostatnia publikacja Jana Tomasza Grossa pt. „Sąsiedzi”. Autor oficjalnie ogłosił w niej nawet potrzebę „afirmacyjnego” traktowania niektórych źródeł, czyli rezygnację z ich naukowej krytyki. Wspomina też o „objawieniu”, które pozwoliło mu zrozumieć przebieg masakry w Jedwabnem bez przeprowadzenia należytych badań. Lista znanych „przeoczeń”, błędów, ahistorycznych spekulacji i bezpodstawnych oskarżeń pod adresem konkretnych osób jest w jego objętościowo skromnej publikacji tak długa, że trudno uwierzyć, aby były one tylko i wyłącznie efektem powierzchowności „badań” i braku elementarnej wiedzy o realiach panujących w okupowanej i powojennej Polsce, a nie skutkiem celowego działania.

Może nas tylko cieszyć fakt, że polscy naukowcy publikują za granicą prace na tematy dotyczące historii Polski. Jeśli my nie będziemy pisać o własnej historii – to zrobią to za nas inni, ze wszystkimi tego faktu konsekwencjami; wymownym przykładem jest właśnie ostatnie „dzieło” Jana Tomasza Grossa….

(podkreślenia red.   Tekst sprzed 10 lat ale nadal aktualny)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: