MARZEC 1968 R. – WSPOMNIENIA STUDENTA POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ – cz.4

MARZEC 1968 R. –

WSPOMNIENIA STUDENTA POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ – cz.4

Władysław Grodecki

S T R A J K

Czwartek 21 marca 1968r.

Bardzo powoli zaludniała się aula w Gmachu Głównym PW. Wydawało się, że studentom zabrakło odwagi by przeciwstawić się szantażowi władz i niezwykłej aktywności funkcjonariuszy PZPR na uczelni. Na wielu wydziałach, nawet w Gmachu Głównym odbywały się niektóre zajęcia. Na szczęście w południe wypełnił się cały parter i studentów ciągle ich przybywało. Nie bez znaczenia w „krzepieniu ducha” były informacje z zewnątrz. Przypominały one „meldunki z frontu” , oto Ryszard Krasnodębski, wybitny matematyk profesor Politechniki Wrocławskiej na znak solidarności ze studentami podjął strajk głodowy. Z tegoż Wrocławia dotarła inna wiadomość; studentów popierają robotnicy PFW-agu. A w Warszawie strajk solidarnościowy zapowiedzieli studenci AWF-u, UW i SGGW.

O godz. 16.00 strajk zaczął się na dobre. O tej porze objąłem funkcję kierownika ośmio osobowej służby porządkowej na parterze Gmachu Głównego Politechniki Warszawskiej. Otrzymałem fragment bardzo skomplikowanej koronki, jako „legitymację służbową”, którą przypiąłem do wewnętrznej strony kołnierza. Celem służby było pilnowanie porządku, a więc dbanie by nie doszło do jakiejś prowokacji, niszczenia sprzętu, kradzieży, by nie wchodziły na teren uczelni osoby obce, a nadto kierowanie akcją pomocy od ludności Warszawy i różnych instytucji itd. Meldunki o ofiarności mieszkańców stolicy, zwłaszcza darów żywności sprawiły, że nie musieliśmy się martwić, że czeka nas „ramadan” ( muzułmański post ). W dowód wdzięczności raz po raz od potężnych okrzyków „WARSZAWA Z NAMI” trzęsły się mury okazałego gmachu. Chodziło o to by Oni, darczyńcy to słyszeli.

Długo i niestety bezskutecznie czekano na pozwolenie Rektora zorganizowania akcji propagandowej. O godz. 17.00 uczyniono to bez tego przyzwolenia. Potrzebne były pieniądze i w ciągu kilku chwil zebrano 4512 zł. Natychmiast ruszyła potężna machina propagandowa w której zaangażowało się kilkadziesiąt osób. Wykonywano ogromne transparenty, drukowano tysiące ulotek. Ale to wszystko było za mało, więc kto miał kawałek papieru i długopis pisał dla tych co na zewnątrz. Natomiast z balkonu co chwilę podawano różne komunikaty:

– ze studentami PW solidaryzują się uczelnie Wrocławia i Łodzi gdzie podjęto strajk okupacyjny o godz. 8.00

– ukończono olbrzymią planszę „WARSZAWA Z NAMI”.

– godz. 18.00 Polskie Radio podało apel ZMS-u o solidarność z Partią i rządem.

– o godz. 20.00 strajk okupacyjny podjęli studenci UW i AWF-u

A tymczasem na ścianie frontowej Gmachu Głównego Politechniki powieszono kolejne transparenty: STRAJK OKUPACYJNY, WARSZAWO PROSIMY CIĘ O POMOC, NIE MA CHLEBA BEZ DEMOKRACJI, DEMOKRACJA WARUNKIEM POKOJU I SPOKOJU, ROBOTNICY WASZA SPRAWA NASZĄ.

Później wewnątrz auli powieszono jeszcze hasło: „TRZEBA TROCHĘ POSTRAJKOWAĆ, PRZESTANĄ NAS IGNOROWAĆ” O godz. 22.00 był apel wieczorny, po którym podano kilka komunikatów. A później na siedząco czy leżąco w auli, na korytarzach, w salach wykładowych w półśnie mijały godziny. Oczywiście my, członkowie służby porządkowej musieliśmy czuwać. Na szczęście noc minęła dość spokojnie, a rano na fasadzie GG zawisła REZOLUCJA PW, zaś 60 osób przeniosło przez ulicę Nowowiejską gigantyczny transparent POPRZYJCIE STRAJK, który zawisł na Gmachu Elektroniki.

Piątek 22 marca 1968 r.

Dzień rozpoczął się od bardzo nerwowych, chrypliwych okrzyków, których przyczyną było aresztowanie kilku kolegów, którzy wyszli na zajęcia w studium wojskowym. Rano trzeba było jakoś załatwić potrzeby fizjologiczne. Sam nie wiem jak te parę tysięcy osób uporało się z tym problemem i stanęło do apelu. Ten zaczął się od odśpiewania hymnu. Poranek, nowe siły, krzepiące wieści, że przed GG gromadzą się coraz większe tłumy Warszawiaków, którzy ze wzruszeniem czytali ( niektórzy przepisywali) Rezolucję.

To wszystko wprawiło nas w dobry nastrój. Powiało optymizmem. Musimy uczynić wszystko by nigdzie nie było zajęć! Specjalna kilkudziesięcioosobowa grupa udała się na teren Politechniki Południe by walczyć z ”łamistrajkami”.

Strajk na Politechnice odbił się szerokim echem w stolicy. To było ważne wydarzenie, Warszawiacy tylko o tym mówili i dawali dowody swego uznania, podziwu, sympatii dla studentów. Wspierali nas! Oto niektóre przykłady:

– Kierowca furgonetki zamiast dostarczyć pieczywo do sklepu przywozi je strajkującym.

– Taksówkarze nie pobierali opłat od studentów.

– Ociemniała kobieta przekazała trzy paczki papierosów, „jeśli za słuszną sprawę”.

– Ambasada Szwajcarii przekazała ciężarówkę żywności.

– Motorniczy tramwajów zatrzymują dłużej tramwaje na przystanku koło GG by pasażerowie mogli pozbierać ulotki.

– Prezenty przekazały Ambasady USA, Wlk. Brytanii i Kanady. Chęć pomocy deklarowała Ambasada Czechosłowacji.

– W różnych zakładach i instytucjach studenci byli wcześniej zwalniani z pracy by mogli iść na strajk. Tam też przepisywano lub drukowano ulotki.

– Z zakładów pracy wpłynęło 30 tys. zł. , a robotnicy przekazali ogromną ilość żywności: chleba, kiełbasy, mleka, wędlin, piwa, owoców, słodyczy, a nawet ziemniaków i piwa. Wielokrotnie wychodziłem na zewnątrz GG i przecierałem oczy ze zdumienia; sześciu studentów nie mogło sobie poradzić z odbieraniem prezentów od ludzi zgromadzonych za żelaznym parkanem. Wszyscy prosili o ulotki.

Powoli to ostatnie życzenie można było realizować. Na uruchomionych kopiarkach uczelnianych w ciągu nocy wydrukowano ok. 15 tys. ulotek. Tyle samo przepisano ręcznie! Kolosalne wrażenie na zebranych przed GG robiły imponujących wymiarów plakaty i nieco mniejsze w oknach. Przybywało ludzi na Pl. Jedności Robotniczej, pojawili się zachodni dziennikarze, przeprowadzono kilka wywiadów.

Ktoś przyniósł kartkę z ulicy. STUDENCI ZACZNIJCIE APEL JAK ZWYKLE HYMNEM, A MY DOŁĄCZYMY. Apel rozpoczął się o 14.00 zgodnie z planem. Jak się później okazało, najmilszy. Było dość spokojnie, było co jeść i pić. Wyszedłem na zewnątrz, studenci nie nadążali z odbieraniem darów. Później wszedłem do jednej z sal wykładowych i nie mogłem uwierzyć, była wypełniona do sufitu kiełbasą. A w auli rozdawano całe kosze luksusowych papierosów i lepsze, owoce cytrusowe. Ogromna ilość listów, prezentów i innych dowodów poparcia i podziwu. Na każdej niemal paczce, na każdym skrawku papieru były słowa zapewnienia, że są z nami. Pisali inteligenci i ludzie prości, kobiety i mężczyźni, dorośli i młodzież. Wspierali nas duchowo i materialnie ( liczne prezenty ) robotnicy z Żerania, Miasto-projektu, z Okęcia, z Zakładu Róży Luksemburg. Najmilsze jednak były kwiaty od najmłodszych, od dzieci! Długo można by wymieniać darczyńców, osób i instytucji, które nas wspierały. Nic więc dziwnego, że raz po raz wznosiliśmy okrzyki, BRAWO UNIWERSYTET, BRAWO SGGW, BRAWO WROCŁAW, BRAWO AWF, ROBOTNICY Z NAMI, WARSZAWA Z NAMI Byli i tacy, który zadbali o „strawę duchową” , czas umilały nam występy artystów, w tym duet fortepianowy Marek ( Tomaszewski) i Wacek ( Kilsielewski).

Wieść o tym co dzieje się w GG, że jest bezpiecznie, że jest dużo jedzenia i picia, że jest miła atmosfera, sprawiła, że po południu przybyli nawet ci studenci, których do tej pory paraliżował strach przed konsekwencjami. Oceniano, że ok. 18.00 było nas ok. 12 000!

Niestety już wkrótce miało się to zmienić! Pracująca na podsłuchu krótkofalówka w Gmachu Elektroniki wykryła, że z pokoju 152 (POP PZPR ) przekazywane są informacje do Domu Partii o rozwoju sytuacji na Politechnice, zaś przybywający do auli z zewnątrz zauważyli, że w rejonie Politechniki pojawiły się oddziały WSW i przybyło milicjantów.

Gdy po zapowiedzi koncertu studentów Wyższej Szkoły Muzycznej w auli zaczęły się gromadzić coraz większe rzesze studentów na balkonie pojawił się prorektor Jan Różycki w towarzystwie prorektora Henryka Śmigielskiego i członków Senatu PW. Prof. Śmigielski odczytał wezwanie Rektora Prof. Dionizego Smoleńskiego: (…) żądam kategorycznie:

1)Opuszczenia pomieszczeń Politechniki do godz. 21.00 dnia dzisiejszego.

2)Przystąpienia do normalnych zajęć jutro tj. w dniu 23.III.68r. do godz. 8.00

I dalej: „Jeżeli do dnia 23.III.1968 r. nie zostanie przywrócony porządek i studenci nie przystąpią do normalnych zajęć, działalność Uczelni za zgodą Ministra Oświaty i Szkolnictwa Wyższego zostanie zawieszona i w odpowiednim terminie zostaną ogłoszone nowe wpisy na wszystkich latach i wydziałach.”

W szeregi studenckie wkradł się strach, zwątpienie i niedowierzanie. Część studentów od razu przychyliła się do apelu rektora, ale pozostali nie dali się zastraszyć. Nie zmieniły tego nawet różnice zdań Członków Komitetu Strajkowego i wystąpienie jednego z nich, który stwierdził, że aktualny kierownik nie jest studentem naszej uczelni, że w ogóle nie jest studentem! Raz po raz wznoszono okrzyki: ZOSTAJEMY, ZOSTAJEMY… Z biegiem czasu zaczęło ubywać odwagi i determinacji. Niektórzy zaczęli wychodzić! W tym czasie z balkonu do zebranych na zewnątrz ludzi przemawiał jeden ze studentów zapewniając, że choć wielu opuszcza uczelnię, jednak część zostanie do końca. Wspólnie ci wewnątrz i ci na zewnątrz zaśpiewali „międzynarodówkę”! Dochodziła godz. 21.00 gdy na balkonie pojawił się były Rektor PW Jerzy Bukowski. Prosił, nalegał, tłumaczył, perswadował, proponował by zgłosiła się kilkuosobowa grupa, która by wyprowadziła studentów na zewnątrz. Część osób wyszła. Znowu przemawiali profesorzy Śmigielski i Różycki, bez efektu. W końcu udało się rozbić zebranych na wydziały i w odrębnych salach wykładowych przedyskutować problem wyjść, czy pozostać? Część osób znowu wyszła…

Atmosfera stała się bardzo napięta gdy Rektor przypomniał, że minęła 22.00 i właściwie nie jesteśmy już studentami, że w każdej chwili do środka może wkroczyć milicja? Wyszła kolejna grupa studentów…

Na mównicy znowu pojawił się kierownik strajku apelując, by nie dać się zastraszyć. Już nie wszyscy chcą go słuchać, mimo to słychać było na zewnątrz skandowanie: ZOSTAJEMY, ZOSTAJEMY…

Czas wolno upływał, przemawiali, prorektor, Rektor Dionizy Smoleński i ponownie prof. Jerzy Bukowski. Był bardzo zatroskany o los uczelni, o los każdego studenta. Prosił by nie podejmować ogromnego ryzyka jakim w przypadku pozostania jest pobicie, więzienie, a może i relegowanie z uczelni. Przyznał jednak, że jedynym, honorowym wyjściem jest przetrwanie do godz. 8.00 i zadeklarował pomoc. To samo chwilę później uczynił sam Rektor Dionizy Smoleński.

Studenci rozeszli się do sal wykładowych, nie na długo. Ok. 1.30 „odwiedza” ich prorektor Jan Różycki. Był bardzo zdenerwowany, takiego Mojego Profesora nigdy nie widziałem. Dla mnie był zawsze przykładem, uprzejmości, spokoju i kultury, ale tym razem było inaczej. Nie mówił, krzyczał: „Proszę koniecznie opuścić uczelnię. Otrzymaliśmy odgórną decyzję na, którą nie mamy żadnego wpływu. Proszę wyjść, proszę wyjść! Po kwadransie wszyscy zebrali się na krużgankach i parterze. Zestresowani, zaspani, wściekli. Tak władza „wybija nam z głowy socjalizm”, komentowali niektórzy. Z balkonu znowu przemawiał prof. Jerzy Bukowski. Czy ktoś był w stanie tego słuchać?

Tymczasem z zewnątrz dochodziły coraz bardziej niepokojące wiadomości; deszcz rozpędził tłumy Warszawiaków, a resztę milicja zepchnęła w boczne ulice! Po komunikacie radia i telewizji lokalnej o rozwiązaniu uczelni i niebezpieczeństwie „wzięcia szturmem Gmachu Głównego”, niektórzy słabną inni idą do toalety. Wiele osób jest bliskich szoku nerwowego, wychodzą! Dziewczęta płaczą ze strachu, mdleją. Z balkonu auli ciągle ktoś przemawia, ale tego nie można już słuchać, to przekracza granice wytrzymałości psychicznej. Nagle wrzask, idą! Głowy skierowały się w stronę bramy głównej. Pękła szyba; wszystkich targnął złowieszczy zgrzyt, wdzierają się do środka gestapowcy z Golędzinowa, ale nie…

Niektórzy kapitulują i uciekają tylnym wyjściem lub chowają się po salach. Sam przeżywam okropny strach, ale jeszcze piszę na skrawkach gazet; staram się oddać nastrój tych dramatycznych chwil!

Ktoś znowu pojawił się na balkonie i usiłuje coś powiedzieć. Jego łamiący się głos już nie może nikogo przekonać. Czuć beznadziejność i strach. Ci, którzy jeszcze nie otępieli całkowicie wzruszają ramionami. Inni nie są w stanie nawet się skupić. Przetrwać, za wszelką cenę przetrwać do godz. 8oo to jedyna rzecz, którą najbardziej pragną!. Niektórzy jednak pod wpływem presji lub szantażu członków PZPR – wychodzą bądź siłą zostali wypchnięci z Gmachu Głównego.
Godzina 2oo prosi prorektor Jan Różycki , wyjdźcie, proszę wyjdźcie dla swojego dobra, proszę…

Każda minuta dłuży się niesłychanie! Po pół godzinie kolejny trzask i wszyscy zerwali się do barykadowania drzwi schodów. Przewracano szafy, przesuwano gabloty. Przygotowano gaśnice , syreny alarmowe. Na parapetach krużganków znalazły się minerały wyrwane z gablot, kosze na śmiecie, butelki, w pobliżu krzesła, drzwi wyciągnięte z zawiasów… wszystko to miało spadać na dół na głowy „ uzbrojonych po zęby” słynnych oprawców z Godzinowa!

Minęła godzina 3oo znowu na balkonie pojawił się rektor Dionizy Smoleński. Część osób znowu wyszła, ale dla pozostałych nic nie znaczą podstawione przez MZK autobusy, które rozwoziły studentów do domów i akademików. Nie pomagają też rozrzucane ulotki o rozwiązaniu uczelni i nowych zapisach. Rektor i członkowie senatu, nalegali, prosili, błagali…

Wszystko nadaremnie, jeden z przemawiających chwilę później zaproponował obronę GG. Z grona ok.. 12 tys. studentów, którzy byli wieczorem pozostało już nie więcej niż 900 osób, ale tych najbardziej zdeterminowanych , szalonych, gotowych na wszystko. Każda propozycja kapitulacji ze strony członków senatu była skazana na niepowodzenie!

Może kwadrans po 300 pojawił się Generalny Prokurator PRL-u i „prawa ręka” Gomułki, Zenon Kliszko. Znowu wystąpienia, perswazje , zastraszanie szturmem GG, aresztem, relegowaniem z Politechniki i „wilczym biletem” uniemożliwiającym wstęp na jakąkolwiek uczelnię w kraju! Żadnych konkretnych argumentów, tylko siła , tylko przemoc…

Jeszcze niektórzy organizatorzy błagali, zostańmy, bronimy honoru Politechniki, honoru polskiego studenta…

Zmęczenie, głód i zwyczajny ludzki strach wzięły górę, zgodzono się na wyjście , ale pod warunkiem, że wraz ze studentami do Riwiery pójdzie Prokurator Generalny PRL i cały senat.

Kilka minut przed 4.00 otworzono główne wejście i powoli ruszył niemy tłum do „marszu milczenia”, do „pochodu cieni”. Metr po metrze przemierzaliśmy Plac Politechniki w kierunku Riwiery, głowy spuszczone, smutne, w oczach łzy. W oknach mieszkańców ul. Polnej zasuwano ze strachu firanki, jak w Kielcach gdy w sierpniu 1914 r. wkraczała Kadrówka, tylko pijani oprawcy z Golędzinowa ( Korpus Ochrony KC ) patrzyli na nas ze złością, a może z niedowierzaniem, a może z podziwem?

MARZEC 1968 R. – WSPOMNIENIA STUDENTA POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ cz. 3

MARZEC 1968 R. – WSPOMNIENIA STUDENTA POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ cz. 2

MARZEC 1968 R. – WSPOMNIENIA STUDENTA POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ cz.1

MARZEC 1968 R. – WSPOMNIENIA STUDENTA POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ cz. 3

MARZEC 1968 R. –

WSPOMNIENIA STUDENTA POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ – cz. 3

Władysław Grodecki

Powoli opadały emocje spowodowane wydarzeniami na Uniwersytecie i Politechnice Warszawskiej w dniu 8 i 9 marca 1968 r. Napastliwe artykuły prasowe starające się zohydzić postawę manifestującej młodzieży, partyjne hasła: „studenci do nauki”, przypisywanie ich działaniom motywacji antypaństwowych i antyradzieckich, nazywanie ich „wichrzycielami”, chuliganami i „syjonistami” było bardzo irytujące środowisko akademickie. Tym bardziej, że znaczna część studentów i ich wychowawców zupełnie nie wiedziała o co tu chodzi?

Np. na spotkaniu Wydziału G i K jeden z wykładowców z rozbrajającą szczerością zapytał: „Powiedzcie mi co to jest syjonizm, bo nie wiem?” Jak to możliwe by profesor pochodzący z nominacji władz komunistycznych, a przynajmniej z przyzwolenia POP PZPR na uczelni był tak nieuświadomiony? Przecież stanowili oni część nomenklatury sprawującej władze, utrwalającej wpływy sowieckie w Polsce! Łatwo było powołać posłusznego ćwoka na ważny urząd w administracji państwowej, trudniej na stanowisko rektora czy dziekana poważnej uczelni.

Ten człowiek nie mógł być „przywieziony w teczce z KC”, ten człowiek musiał mieć jakiś dorobek naukowy, cieszyć się uznaniem, dysponować jakąś wiedzą. Dotyczyło to szczególnie uczelni technicznych. Na Politechnice Warszawskiej było wielu wybitnych naukowców, ludzi przedwojennych, ludzi pewnej kultury, pewnej klasy. Przykładem tego byli moi profesorzy czy rektor prof. Dionizy Smoleński i jego poprzednik prof. Jerzy Bukowski. Kiedyś ten ostatni powiedział: „Inżynier powinien być nie tylko dobrym fachowcem, ale także humanistą, powinien uprawiać sport, znać języki obce, znać i rozumieć świat, umieć zachować się w towarzystwie…” Ci profesorzy byli z nami w najtrudniejszych chwilach, a my staraliśmy się zrozumieć ich rozdarcie między pragnieniem zachowania przyzwoitości, a realiami ustrojowymi. W podobnej sytuacji było ZSP, które starało się lawirować między w partią, a studentami, dlatego w 1973 r. zastąpiono ją bardziej posłusznym- Socjalistycznym Zrzeszeniem Studentów Polskich.

Kolejne dni, 12 i 13 marca były znacznie spokojniejsze. We wtorek 12 marca na wiecu w Gmachu Głównym wyłoniono prowizoryczny komitet dziesięcioosobowy, który udał się do Rektora. Wspólnie ustalono datę następnego wiecu- środa godz. 12.00. Rektor zastrzegł sobie radiofonizację sali, wyłączny udział studentów Politechniki i spokojne opuszczenie gmachu po skończonym wiecu!

Kolejny dzień, południe, środa 13 marca. Do gmachu wpuszczano studentów po okazaniu indeksu i legitymacji studenckiej. Porządku strzegła 120 osobowa służba porządkowa. Wiec legalny z udziałem Senatu PW i Polskiej Kroniki Filmowej. Wiec otworzył Przewodniczący RU ZSP Nowak, a później głos zabrał Rektor, który bardzo krytycznie wyraził się o użyciu milicji przeciw studentom. Żądał sprostowania kłamliwych informacji prasowych o wydarzeniach studenckich, zwolnienia aresztowanych, zwiększenie swobód obywatelskich i zaprzestania pouczania studentów – „STUDENCI DO NAUKI”! Rektor uznając Komitet Studencki zapewnił, że pracownicy naukowi zawsze opowiedzą się po stronie studentów, gdy zaistnieje ku temu logiczna konieczność! Nic dziwnego, że wystąpienie Rektora zostało przyjęte przychylnie!

Komitet Studencki opracował 11 punktową deklarację do, której dodano jeszcze 2 punkty, przegłosowano ją i złożono na ręce Rektora. Uchwalono również rezolucję solidarności do wszystkich uczelni w kraju. Ponadto zwrócono się do Senatu Uczelni z prośbą o wyrażenie swej opinii na temat naszej rezolucji. Rektor zapewnił, że Senat zbierze się w ciągu dwóch dni, uzgodni swe stanowisko i rezolucję przekaże Władzom Centralnym!

Po tej deklaracji Rektor i Senat opuścili aule, a studenci wypowiedzieli swe uwagi dotyczące rezolucji. Przed rozwiązaniem wiecu o godz. 16.15 ustalono termin następnego spotkania – sobota 16 marca 1968 r. o godz. 12.00 i odśpiewano hymn „Jeszcze Polska nie zginęła…”

WIZYTA W KRAKOWIE

Chwilowe zawieszenie akcji protestacyjnej było okazją do wyjazdu do Krakowa, mojego Krakowa! W wielu miastach uniwersyteckich w Polsce studenci podjęli akcję solidarnościową ze studentami Warszawy, ale ze względu na milczenie mediów ogólnopolskich, na blokadę informacji o wydarzeniach 8 i 9 marca na Uniwersytecie i Politechnice Warszawskiej wiedza w różnych ośrodkach była różna. Zresztą nawet w prasie warszawskiej starano się przemilczeć ten problem, np. w „Życiu Warszawy” informację o tym co działo się 8 marca ma Uniwersytecie i Politechnice umieszczono na 8 stronie. W tej sytuacji trzeba było jechać do Gdańska, Łodzi, Wrocławia, Katowic czy Krakowa i zawieść jakąś bibułę. Zgłosiłem się, zabrałem trochę materiałów i 15 marca rano pociągiem pospiesznym ruszyłem pod Wawel.

Nie ukrywam, że trochę się bałem kontroli milicji na dworcu w Warszawie, w pociągu czy później w Krakowie, tym bardziej, że dzień wcześniej na wiecu w Katowicach Edward Gierek groził:

Dzisiaj MO naszego województwa zatrzymała samochód z Warszawy wiozący na Śląsk grupę warszawskich studentów, którzy jechali zamącić spokojną śląską wodę. Chcę z tego miejsca stwierdzić, że śląska woda nie była i nigdy nie będzie wodą na ich młyn. I jeżeli poniektórzy będą nadal próbowali zawracać nurt naszego życia z obranej przez naród drogi, to śląska woda pogruchocze im kości.”

Nie zapomniano Cyrankiewiczowi „obcinania rąk” w 1956 r. w Poznaniu, a zapomniano Gierkowi gruchotanie kości!

Kraków po tym co widziałem w Warszawie wydał mi się spokojny i senny, więc nawet jako emisariusz z Warszawy nie czułem zagrożenia. Co prawda imponująco było oplakatowane osiedle studenckie, ale w centrum życie toczyło się dość normalnie. Opowiadano mi o manifestacji 11 marca w Rynku Głównym, pacyfikacji Collegium Novum i Collegium Witkowskiego z 13 marca oraz pobiciu profesora Karola Estreichera?

DAJCIE IM SZANSĘ, OSTATNIĄ, OSTATNIĄ, OSTATNIĄ…

Wróciłem do Warszawy 17 marca wieczorem i od razu poprosiłem Andrzeja, kolegę z pokoju by mi zdał relację co wydarzyło się na uczelni w czasie mojej nieobecności? W sobotę 16 marca odbył się zapowiedziany wcześniej wiec w Gmachu Głównym. Przedstawiciel Komitetu Studenckiego zaprezentował stanowisko senatu: „z ubolewaniem stwierdzamy, że nieliczne grupy prowodyrów w dniach 8,9 i 11 marca …” Odwołano się do „logiki myślenia”!

Przekazano również informację, że ukarano dowódcę oddziału szturmującego Gmach Elektroniki w dniu 9 marca, a przedstawiciel Komitetu Studenckiego zapewnił, że w towarzystwie Rektora i I Sekretarza Komitetu Zakładowego PZPR przekazał I Sekretarzowi PZPR i Premierowi tekst Rezolucji Politechniki z 13 marca. Odpowiedź I Sekretarza , jak zapewnił Rektor PW nastąpi w ciągu najbliższych dni.

W tej sytuacji ustalono termin kolejnego wiecu- wtorek 19 marca o godz. 12.00, a nieco sfrustrowany tłum zaczął skandować: „DAJCIE IM SZANSĘ, OSTATNIĄ, OSTATNIĄ, OSTATNIĄ…”

I N T E R P E L A C J A

Jeszcze przed moim wyjazdem do Krakowa, 11 marca 1968 r. było wystąpienie Sekretarza KW w Warszawie, masówki potępiające wystąpienia studentów w zakładach pracy i wydarzenie bez precedensu w historii parlamentaryzmu krajów okupowanych przez Sowietów.

Była to interpelacja poselską skierowana do Prezesa Rady Ministrów Józefa Cyrankiewicza posłów Klubu Poselskiego „Znak” : Konstantego Łubieńskiego, Tadeusza Mazowieckiego, Stanisława Stommy, Janusza Zabłockiego i Jerzego Zawiejskiego. Klub ten w czasach stalinowskich był związany z Tygodnikiem Powszechnym i grupą pracowników naukowych KUL. Deklarował poparcie dla Gomułki, ale domagał się zwiększenia udziału katolików w życiu społecznym. Pozwolę sobie przytoczyć fragmenty tego dokumentu:

Z głębokim przejęciem wypadkami w dniach 8, 9 III 1968 r. na UW i PW , w trosce o spokój w naszym kraju w skomplikowanej sytuacji międzynarodowej, oraz w trosce o właściwe wychowanie i kształcenie młodzieży na podstawie art. z konstytucji PRL art. 70 i 71 Regulaminu Sejmu PRL zapytujemy?

1) Co zamierza rząd uczynić aby powściągnąć brutalną akcję MO i ORMO wobec młodzieży akademickiej i ustalić odpowiedzialność za brutalne potraktowanie tej młodzieży?

2) Co zamierza rząd uczynić aby merytorycznie odpowiedzieć młodzieży na stawiane przez nią pytania, które nurtują także szeroką opinię publiczną, a dotycząca demokratycznych swobód obywatelskich i polityki kulturalnej rządu?

Interpelacja Klubu Poselskiego „Znak” odbiła się szerokim echem w środowisku studenckim i zmusiła rząd do przerwania milczenia!

PODPIS STUDENTÓW UNIWERSYTETU POD REZOLUCJĄ POLITECHNIKI

W przeddzień wyznaczonego terminu udzielenia odpowiedzi Rządu na naszą rezolucję ( w poniedziałek 18 marca 1968 r. ) na Politechnice było bardzo spokojnie, choć wyczuwało się atmosferę ogromnego napięcia. Tymczasem na Uniwersytecie jak zwykle w samo południe miał miejsce kolejny wiec.

Zaproszony został przedstawiciel KC PZPR i władze uczelni. Kto mógł wejść? Przed bramą uczelni sprawdzano dokumenty wszystkich wchodzących na dziedziniec UW. Wpuszczano tylko studentów Uniwersytetu , ale gdy pokazałem legitymację PW wysoki, barczysty „bramkarz” uśmiechnął się i dał znak bym wchodził. Nieco dalej, przed Audytorium Maximum kilku działaczy ZMS otoczyło mnie zachęcając bym zawrócił. Około 11.30 sala była pełna- około 3 tys. studentów. Przez dłuższy czas czekaliśmy na pojawienie się przedstawiciela KC PZPR i władz uczelni, bezskutecznie. Wszyscy czuli się bardzo zawiedzeni, bardzo rozczarowani, tym bardziej, że Rektor prof. Stanisław Turski nawet nie zgodził się na zalegalizowanie wiecu. Atmosfera bezradności, nawet wściekłości sięgnęła zenitu gdy jeden z mówców oznajmił, że wszyscy zatrzymani przez ORMO studenci otrzymali karty powołania do odbycia zasadniczej służby wojskowej. W tej sytuacji były i krzepiące informacje, to wieści o strajkach solidarnościowych ze studentami Warszawy w innych ośrodkach akademickich, a najważniejszą była wiadomość, że:

Rezolucja studentów Politechniki Warszawskiej została dostarczona I Sekretarzowi PZPR Władysławowi Gomułce, Premierowi Józefowi Cyrankiewiczowi i do Kancelarii Sejmu PRL przez Rektora i innych przedstawicieli tej uczelni.

Ponieważ treść tej rezolucji odpowiadała wszystkim podstawowym żądaniom jakie stawiała władzom młodzież Uniwersytetu, przyjęto ją jako wspólną dla obu uczelni. Negatywna odpowiedź władz na tekst tej rezolucji uznano za odmowę żądań studentów UW!

Mimo kilku prób zerwania wiecu przez działaczy ZMS udało się go doprowadzić do końca, a nawet zastanawiano się nad opracowaniem wspólnej rezolucji wszystkich uczelni w kraju. W atmosferze oczekiwania na to co przyniosą najbliższe dni, a nawet godziny opuściliśmy Audytorium Maximum. Tymczasem jeszcze tego dnia ( poniedziałek 18 marca 1968 r. ) w dzienniku wieczornym o godz. 20.00 wspomniano o rezolucji studentów Politechniki, ale nie odpowiedziano na większość pytań, a skwitowano ją krótkim, obraźliwym komentarzem. Trzy godziny później Polskie Radio podało wiadomość, że wiece potępiające „wybryki” studentów odbyły się w 5 województwach.

Tej nocy nie spaliśmy w Rivierze słuchając wieści z kraju i zza granicy; wiece poparcia odbywały się niemal na każdej polskiej uczelni i wielu uniwersytetach zagranicznych. Na wtorek (19 marca 1968 r. ) zapowiedziano wiec w Łodzi, w Krakowie studenci bojkotują zajęcia. Deklaracje poparcia od literatów płynęły z całego świata i z różnych miast Polski. A w Warszawie na scenie Teatru Narodowego wystawiono „Ciężkie Czasy” Michała Bałuckiego w reżyserii Kazimierza Dejmka. Spektakl przyjęto niezwykle entuzjastycznie! Gdy wybiła północ ( godz.0.00 19. 03. 1968 r. ) Polskie Radio po raz pierwszy wspomniało o zamieszkach studenckich poza Warszawą. Godzinę później potwierdzono tę informację, a o godz. 2.00 dowiedzieliśmy się, że : Rada Naczelna ZSP potępiła ostatnie wydarzenia na ulicach Warszawy i innych miast Polski.

Tego dnia rano w Życiu Warszawy na 5 stronie przeczytałem: „Wydarzenia zapoczątkowane nielegalnym wiecem na UW w dniu 8 bm. odbiły się szerokim echem zarówno w środowisku studenckim jak i w społeczeństwie. Nosiły one od początku prowokacyjny charakter i miały na celu przeciwstawienie studentów polityce partii i rządu; leżały w interesie ludzi wywodzących się z kręgu skompromitowanych swoją przeszłością polityczną i powiązanych z międzynarodowym ruchem syjonistycznym”.

WYSTĄPIENIE WŁADYSŁAWA GOMUŁKI

– ODPOWIEDŹ NA REZOLUCJĘ POLITECHNIKI

Ani ja ani inny przeciętny student niewiele jeszcze z tego rozumieliśmy, ale wyczuwaliśmy, że cała młodzież studencka została wykorzystana do jakieś brudnej prowokacji. Byliśmy też pewni co powie Gomułka w swym wieczornym wystąpieniu! Dołączyłem więc do kilkudziesięcioosobowej grupy studentów zebranych na 13 piętrze i z niecierpliwością czekaliśmy na rozpoczęcie transmisji . Nim to się stało opowiedziałem jak studenci krakowscy przyjęli wiadomości z Warszawy i co działo się w ostatnich dniach pod Wawelem. Punktualnie o godz. 18.00 na monitorze pojawił się Sekretarz KW Józef Kępa, a jego wystąpienie przerywanego raz po raz okrzykami na cześć Gomułki. Śpiewano : „Sto lat, sto lat…”.

Szef partii mocno podenerwowany ostro potępił Nadzwyczajne Posiedzenie Warszawskiego Oddziału Związku Literatów Polskich z 29 lutego, a zwłaszcza jego głównych inspiratorów: Jasienicę, Kisielewskiego i Słonimskiego. Zabolały go bardzo słowa Kisielewskiego „dyktatura ciemniaków”, gdyż bardzo często je powtarzał, natomiast prawie zupełnie nie poruszył problemu ostatnich wydarzeń w stolicy i nie ustosunkował się do rezolucji, którą mu dostarczono. Przemówienie I Sekretarza kwitowane było przez zebranych salwami śmiechu i może było śmieszne, ale przecież dotyczyło bardzo poważnych problemów i dla nas, studentów oznaczało jedno, trzeba przygotowywać się do strajku! Definitywna decyzja w tej sprawie miała zapaść w trakcie wiecu 20 marca o godzinie 12.00.

O tej porze wejście główne do Gmachu było jednak zamknięte. Trzeba było wchodzić od strony ul. Noakowskiego i Alei Niepodległości. Służba porządkowa ( POP PZPR ) dwukrotnie, dokładnie sprawdzała legitymacje studenckie ( raz przy wejściu na teren PW, a drugi raz przy wejściu do Gmachu Głównego ). Opóźniło to o przeszło godzinę rozpoczęcie wiecu. Doszły do tego inne nieprzewidziane wydarzenia: 1) Rektor nie zalegalizował wiecu 2) Rozwiązał Komitet Studencki 3) przestały działać organizacje młodzieżowe, wybrano natomiast Komitety Studenckie, które sprawować mają kierowniczą rolę na uczelniach warszawskich.

Atmosferę strachu i niepewności potęgowało zachowanie niektórych studentów i profesorów, którzy chcieli storpedować wszelkie poczynania organizatorów. W tej sytuacji przemawiali przedstawiciele innych uczelni i niektórzy członkowie rozwiązanego już Komitetu Studenckiego. Jednemu z mówców udało się zreferować sytuację w Krakowie i naświetlić gospodarczy aspekt zmian, na które czeka społeczeństwo. Inny przeczytał rezolucję PAFAWAGU do studentów Wrocławia. Najważniejsze, że mimo zastraszania członków Komitetu i studentów, wysiłków rozładowania atmosfery buntu przeciw oburzającemu zachowaniu prasy ze strony członków partii udało się uchwalić 48 godzinny strajk.

Już niektórzy kierowali się w stronę wyjścia, gdy niespodziewanie na balkonie pojawiła się prof. Zofia Kietlińska- prorektor PW, która powiedziała m. in. : „Są dwie świętości dla studentów, to Miłość Ojczyzny i Socjalizm…” Resztę przemówienia można pominąć milczeniem, zresztą p. profesor została wygwizdana. Wydaje się, że władze uczelni zdawały sobie sprawę z powagi sytuacji i bardzo prawdopodobne wydawały się w tamtym momencie informacje, że Rektor Politechniki Dionizy Smoleński rozmawiał z Ministrem Oświaty i Szkolnictwa Wyższego prof. Henrykiem Jabłońskim by w prasie ukazała się rezolucja Politechniki, bo studenci zagrozili strajkiem okupacyjnym. Zapowiedział też swe wystąpienie i ponownie uznał Komitet Studencki, jednak rozgniewany tłum zaczął skandować” „ZA PÓŹNO, ZA PÓŹNO, ZA PÓŹNO…”

Aby nic nieprzewidzianego się jeszcze nie wydarzyło jeden z mówców jeszcze raz przypomniał; 21 i 22 marca strajkujemy i na zakończenie zaintonował „Jeszcze Polska nie zginęła… „

MARZEC 1968 R. – WSPOMNIENIA STUDENTA POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ cz. 2

PW tablica 1968

MARZEC 1968 R. – WSPOMNIENIA STUDENTA POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ cz. 2

Władysław Grodecki

8 MARCA NA POLITECHNICE c.d.

Pod Politechniką zgromadziło się już ok. 2000 osób. Pojawiło się też 5- 6 wozów milicyjnych marki „Lublin”. Tymczasem w Gmachu Głównym trwały jeszcze zajęcia i można było wchodzić do wnętrza., Jednak po chwili, gdy studenci zaczęli wychodzić drzwi zamknięto. W tej sytuacji gęstniejący z minuty na minutę pochód skierował się w kierunku Al. Niepodległości i dalej w stronę ul, Krzywickiego, Filtrowej do Pl. Narutowicza gdzie znajduje się duże osiedle studenckie. Mieszkałem tu na pierwszym roku w jednym pokoju ze znanym pisarzem Edwardem Redlińskim ( „Konopielka”, „Liście z rabarbaru” itd. ), niedawnym studentem Politechniki. Przed akademikiem było nas już ok. 3 000. Tłum podchwycił okrzyk jednego z uczestników: „AKADEMICKA Z NAMI, WOLNOŚĆ SŁOWA, DEMOKRACJA, POBILI STUDENTÓW…” Z okien akademika jak echo odpowiedział im potężny okrzyk: „ZAMKNIĘTO DRZWI”, więc wspólnymi siłami wyważono je –„HURRA!” i w ciągu kilkunastu minut wyludnił się DS. przy Pl. Narutowicza i inne akademiki. Nic dziwnego, że już wkrótce było nas około 8 000.

Zapadał zmierzch, nie było planu co robić dalej i wydawało się, że tłum się „wykrzyczy”, wystąpi kilku mówców i ludzie zaczną się rozchodzić, niestety podjechało osiem wozów milicyjnych i zaatakowano demonstrantów. Część studentów uciekała w boczne ulice, ale około 20.00 rozpoczęła się regularna „łapanka”, której towarzyszyły okrzyki : „Gestapo, gestapo, gestapo…” Godzinę później Plac Narutowicza się wyludnił, a małe grupki studentów przemieściły się pod Politechnikę i Uniwersytet, gdzie doszło do kolejnych zamieszek i kolejnych „łapanek.”

SOBOTA 9 MARCA 1968 R.

Noc z piątku na sobotę i sobotni poranek był tylko „ciszą przed burzą”, bowiem już w samo południe 9 marca w Gmachu Głównym Politechniki zgromadziło się 4-5 tys. studentów wzburzonych wydarzeniami z poprzedniego popołudnia. O wiele większe oburzenie wywołały pierwsze notatki prasowe, podające kłamliwe informacje na temat przebiegu studenckiego protestu. Rwano gazety, skandowano: „ DEMOKRACJA, PRASA KŁAMIE, UKARAĆ WINNYCH…” W trakcie wiecu na mównicę wszedł prorektor prof. Jan Różycki, mój profesor, kartograf, człowiek wielkiej kultury, bardzo zatroskany o losy młodzieży. Prosił, nalegał by się rozejść, prasa wszystko wyjaśni, obiecywał! Został wygwizdany, zszedł z mównicy. Jak się później okazało, nie wyjaśnili, mylił się!

Młodzież domagała się wystąpienia przedstawiciela POP PZPR, ale ten się nie pojawił. Wywołano więc sekretarza uczelnianego ZMS, a gdy ten stwierdził, że „teraz jest pora na naukę, a nie wiecowanie” także został wygwizdany. Wszyscy następni zostali tak przyjęci- „psychologia tłumu” – trzeba mówić to co tłum chce słuchać!

W czasie wiecu jego uczestnicy siedzieli na posadzce. Dla bezpieczeństwa zamknięto wejście do GG przed, którym zgromadziło się kilka tysięcy demonstrantów. Ludzie przynosili gazety i manifestacyjnie je palili wznosząc okrzyki: „PRASA KŁAMIE”. Po dwóch godzinach wiec się zakończył, nie podjęto żadnej rezolucji. Ok. godz. 14.00 otwarto wejście główne i z ogromnym transparentem: „PRASA KŁAMIE” oraz sztandarem biało-czerwony ok. 6 tys. osób udało się w kierunku redakcji „Sztandaru Młodych”, gdyż w tej gazecie ukazało się najwięcej kłamstw i obelg skierowanych w stronę studentów. Chwilę później maszerującą ul. Polną w kierunku DS „Riviera” spotkała niezbyt miła niespodzianka. Stało tam ok. 20 wozów milicyjnych, a obok nich setki funkcjonariuszy MO, którzy od czoła zaatakowali demonstrantów.

OBRONA GMACHU ELEKTRONIKI

Milicjantom udało się podzielić pochód na dwie części. Jedna zepchnięta została w kierunku Pl. Zbawiciela, a druga w rejon Gmachu Elektroniki. Przybycie, nowych posiłków MO ( ok. 15 wozów ) oraz zamknięcie Pól Mokotowskich i ul. Nowowiejskiej uniemożliwiło połączenie się obu grup. Część osób schroniła się w Rivierze, części zaś udało się wrócić pod Politechnikę, ale Gmach Główny i sąsiednie ulice były zablokowane przez milicję.

W tej sytuacji około 2 tys. osób schroniło się w Gmachu Elektroniki, który nie był chwilowo atakowany, gdyż obradowała tam Rada Wydziału i Zarząd Wydziału ZMS. Tych, którzy schronili się na zapleczu tego budynku bito niesłychanie okrutnie, wsadzano do wozów milicyjnych i wywożono. Mimo to od czasu do czasu większe grupy z okrzykiem GESTAPO wyskakiwały na zewnątrz, ale naciskani przez milicję zawracali. Budynek Elektroniki nie dawał jednak poczucia bezpieczeństwa przed zdziczałą masą milicjantów i w pewnej chwili, korzystając z zamieszania około 1000 studentów go opuściło.

Chwilę później rozpoczął się szturm, milicjanci pałkami rozbijali szyby i przez drzwi oraz okna wdarli się do środka dochodząc do drugiego piętra. Część osób od razu wypchnięto na zewnątrz i aresztowano studencką służbę porządkową. Najgorszym wrogiem w takich sytuacjach jest strach. Paraliżuje on wszelkie poczynania ofiar. Świadomość, że jesteśmy u siebie, że znamy każdy zaułek, że „gestapowcy” też nie czują się pewnie, dodawał sił. Początkowo studenci zachowywali się całkiem biernie, ale od pewnego czasu się to zmieniło. Zadanie ułatwiał fakt, że „uzbrojeni w technikę” studenci ( Elektroniki ) przechwytywali wszelkie meldunki i rozkazy jakie płynęły od dowództwa szturmujących budynek. Studenci zaczęli się organizować. Do obrony użyto gaśnic, krzeseł, kijów, cegieł i kamieni znajdujących się na zewnątrz budynku. Udało się nawet schwytać, rozbroić i pobić jednego milicjanta. To było dla nich ostrzeżenie, „że tu nie wszystko im wolno”! Potwierdzeniem tego był rozkaz wycofania się!

W odpowiedzi na to przed Gmachem Elektroniki miało miejsce spotkanie Dziekana Wydziału i dowódcy oddziału milicji, kapitana MO. Doszło do ugody: studenci zwolnią i oddadzą akcesoria rozbrojonego milicjanta, a milicja zagwarantuje im spokojne opuszczenie budynku. Tak też się stało, po pół godzinie znaczna część demonstrantów- około 1000 osób spokojnie opuściło gmach udając się w kierunku ul. Polnej i Riviery, ale już po przejściu kilkuset metrów zostali zaatakowani przez inne oddziały milicji i rozproszyli się w ogródkach działkowych Pól Mokotowskich. Pozostali w niewielkich grupach kierowali się w stronę ulicy Nowowiejskiej. Tuż przed północą Plac Politechniki się wyludnił! Niedziela 10 marca była dniem względnego spokoju, Wszystkie warszawskie kościoły, a szczególnie św. Krzyża i Zbawiciela znajdujące się w sąsiedztwie Uniwersytetu i Politechniki wypełnił niezliczony tłum studentów!

PONIEDZIAŁEK 11 MARCA 1968 R.

NA POLITECHNICE

Wydarzenia w sobotnie popołudnie, bicie i aresztowanie wielu studentów, próby pacyfikacji siłą buntu studenckiego w Gmachu Elektroniki, a szczególnie kłamliwe informacje prasowe o wydarzeniach na Uniwersytecie i Politechnice Warszawskiej nie wpłynęły na uspokojenie nastrojów w środowisku studenckim. Swój protest wyrażała młodzież na kolejnych wiecach! W poniedziałek 11 marca niemal instynktownie w samo południe znaczna część studentów udała się pod Politechnikę. Przyniesiono ogromną ilość gazet i je palono. Przy okazji skandowano: „KONSTYTUCJA, PRASA KŁAMIE, UWOLNIĆ ARESZTOWANYCH, TAJNIAKA DO POWSZECHNIAKA, ZAMIENIĆ PAŁKI NA CAŁKI, MŁODZIEŻ BANANOWA Z GOLĘDZINOWA, ZDJĄĆ ZE SCENY DZIADY Z GOLĘDZINOWA…”

Ku mojemu zdumieniu nie doszło do prowokacji, ale i studenci nie mieli ochoty na dalsze starcia z milicją, więc wiec zakończył się ok. 13.30. Już zaczęliśmy się rozchodzić do swych zajęć, gdy dotarła bulwersująca wiadomość: „Pod Uniwersytetem pobito studentów, użyto gazów łzawiących!”

I W CENTRUM WARSZAWY

W tej sytuacji nikt się nie zastanawiał co robić, mniejszymi i większymi grupami, czasem z rodzicami i bliskimi kierowali się w stronę Uniwersytetu, wznosząc okrzyki: „PRASA KŁAMIE, UWOLNIĆ STUDENTÓW…”. Swój pochód, (rozpędzony po godzinie przez milicję) pod Redakcję Sztandaru Młodych zorganizowała młodzież licealna, ale studenci nie dołączyli do niego. Studenci Uniwersytetu zbierali się pod kościołem św. Krzyża, a Politechniki na Pl. Zwycięstwa. Tu dołączyli demonstranci z Uniwersytetu i ludność cywilna, razem było nas ok. 15 tys.

Ponieważ Starówka , ul. Traugutta i otoczenie Teatru Wielkiego było zablokowane przez milicję, w okolicach pomnika Adama Mickiewicza uformował się pochód zmierzający w stronę Domu Partii . Ludzi było tak dużo, że nie wszyscy zmieścili się w ulicy Nowy Świat, więc drugi, „równoległy” pochód w kierunku Pl. Trzech Krzyży przesuwał się ulicą Kredytową. Nie niesiono transparentów, ale raz po raz wznoszono okrzyki : „PRECZ Z MOCZAREM” i inne…

Gdy zbliżaliśmy się do skrzyżowania ul. Nowy Świat i Al. Jerozolimskich na czoło pochodu z różnych zaułków wyszli dobrze zorganizowani i „zaprawieni w bojach” chuligani w liczbie około 500. Przybyli „chłopcy” z Targówka, Grochowa, Pragi 2, Bródna. Byli dobrze uzbrojeni ( pałki gumowe, węże z nabitymi gwoźdźmi, petardy, pręty metalowe, cegły, kije, kamienie ). Tu stali się naturalnym sojusznikiem i obrońcą rzesz studenckich. Zajmowali oni miejsca w tym rejonie, gdzie było najwięcej milicjantów. Głównie w rejonie Dom Partii, który był otoczony potrójnym kordonem milicji.

W kilku miejscach doszło do zażartej walki między chuliganami, a milicją. W rejonie kościoła św. Krzyża, w którym schroniło się wielu studentów i cywili, zostały użyte armatki wodne. Milicja do kościoła nie weszła, ale studenci zabarykadowali wejście, niektórzy wnieśli dużo kamieni ( inni je wynosili ).

Najcięższe walki miały miejsce między CDT, a ul. Marszałkowską. Milicjanci rzucali świece dymne, a chuligani je odrzucali. Dochodziło do walki wręcz. Milicjanci nie mogąc sobie poradzić z chuliganami odwołali trzeci kordon. Za sympatie ze studentami z niesłychanym okrucieństwem bili wszystkich kto znalazł się w pobliżu, nawet dzieci, starców i kobiety.

Komunikacja publiczna w centrum miasta została całkowicie sparaliżowana. Około godz. 19.00 w rejonie skrzyżowania Al. Jerozolimskich i ul. Marszałkowskiej oraz Alei Jerozolimskich i Nowego Świata pojawiły się ogromne tłumy studentów i cywili, może ze 200 tys. ? Niewyobrażalna w owym czasie liczba ludzi w jednym miejscu, kolejny, wielki, masowy protest społeczny przeciw niereformowalnemu systemowi.

Byłem na skrzyżowaniu ul. Nowy Świat i Al. Jerozolimskich dzień później- 12 marca. Tydzień wcześniej pracowałem przy ul. Mysiej w ramach Studenckiej Spółdzielni Pracy bodajże na zlecenie Polskiej Agencji Prasowej i zauważyłem wówczas ceglany murek. Gdzie on jest zapytałem starszego pana, który tu mieszkał? Murek został wczoraj rozebrany przez chuliganów do walki z milicją. W takim samym celu został użyty węgiel należący do Przedsiębiorstwa Energobudowa, zamiast tego wszędzie były kawałki cegieł, kije, kamienie i krew!

MARZEC 1968 R. – WSPOMNIENIA STUDENTA

POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ

cz.1

MARZEC 1968 R. – WSPOMNIENIA STUDENTA POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ

MARZEC 1968 R. –

WSPOMNIENIA STUDENTA POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ

Władysław Grodecki

Mój kolega, profesor jednej ze śląskich uczelni twierdzi, że w historii nowożytnej były trzy wielkie rewolucje; francuska 1789 r. , bolszewicka 1917 r. i tzw. rewolucja trzeciej generacji 1968 r. Tę ostatnią udało mi się przeżyć. Właśnie w pamiętnym roku tzw. „Rozruchów marcowych” ukończyłem studia na Politechnice Warszawskiej będąc nie tylko obserwatorem, ale i czynnym uczestnikiem tych wydarzeń!

Nim zostałem studentem tej zasłużonej uczelni przez pięć lat uczęszczałem do Technikum Geodezyjnego w Jarosławiu, słusznie ze względu na wysoki poziom nauki nazywanej „politechniką jarosławską”. Potwierdzeniem tej opinii był fakt, że w 1963 r. ja i czterech moich kolegów z jednej klasy zdawało egzamin wstępny na Politechnikę Warszawską i wszyscy zostali przyjęci, a później grupa, w której znaleźli się dawni uczniowie technikum jarosławskiego w rankingu wyników nauczania znalazła się na drugim miejscu w gronie sześciu innych, a przecież wymagania stawiane tak uczniom jak i studentom były bardzo wysokie. Z ogromnym sentymentem wspominam swoich nauczycieli z Technikum i z Politechniki, w większości dawnych profesorów Politechniki Lwowskiej, znakomitych fachowców, prawych ludzi, ludzi wielkiej kultury, wielkich patriotów.

Ktoś powie, miałeś chłopie szczęście? Być może prawda? I obecnie są bardzo dobrzy wychowawcy, zdolni, sumienni studenci, ale przecież generalnie nastąpiła niesłychana degradacja poziomu nauczania i wychowania. Wiele współczesnych tzw. „uniwersytetów” nie mogłoby się równać pod tym względem z niektórymi powojennymi szkołami średnimi. Niegdyś studia były tylko dla zdolnej i pracowitej młodzieży, dziś kończą je osoby, które często mają kłopoty z ukończeniem szkoły zasadniczej! Kiedyś było wiele obowiązkowych zajęć, wykładów, ćwiczeń i nie do pomyślenia w czasach mojej edukacji były studia na dwóch, czy trzech fakultetach równocześnie, a dziś…

Studia, choć niełatwe przebiegały bez większych problemów. Nie trzeba było się martwić o pracę po ukończeniu uczelni, bo pracy było dużo. Ba absolwenci byli zmuszani do pracy przynajmniej przez trzy lata na mocy ustawy o planowym zatrudnieniu. W czasie studiów stypendia, zasiłki socjalne, zakwaterowanie w akademikach dla zamiejscowych i możliwości dorobienia w spółdzielni studenckiej sprawiały, że studentom wiodło się całkiem dobrze. Wolny czas studenci spędzali w teatrze lub w kinie, uprawiali sport lub odwiedzali kluby studenckie, Hybrydy czy Stodołę. W okresie jesiennym i wiosennym organizowano rajdy i złazy turystyczne, różne imprezy kulturalne i sportowe.

Jak większość studentów „odpuściłem” sobie pierwszy rok poświęcając go na naukę, by zbyt wcześnie nie skończyła się „przygoda ze studiami”, ale od drugiego roku… Szczęśliwie część studentów mojego wydziału ( Geodezja i Kartografia ) została zakwaterowana w najnowocześniejszym wówczas akademiku w Polsce „RIVIERA”, w samym centrum Warszawy, kilkaset metrów od Gmachu Głównego Politechniki Warszawskiej gdzie miałem niemal wszystkie zajęcia.

W „Rivierze” znalazło swą siedzibę „Radio Riviera” i redakcja tygodnika studenckiego „Politechnik”. W radio prowadziłem dział sportowy, współpracowałem z „Politechnikiem” i wspólnie z Zygmuntem Gutowskim organizowaliśmy spotkania z wybitnymi sportowcami, plebiscyty na najlepszych sportowców AZS i Uczelni Technicznych oraz tzw. „Czwartki lekkoatletyczne” na stadionie „Syreny”. Na czwartym i piątym roku zaangażowałem się w organizację rajdów i złazów studenckich, oraz w działalności Koła Naukowego Geodetów ( Kier. Sekcji Kartograficznej )

Po raz pierwszy granice Polski przekroczyłem w 1966 r. udając się na wczasy studenckie do Mamai w Rumunii. Wówczas nawet nie marzyły mi się dalekie podróże, które stały się treścią mojego życia.

Na Politechnice działało kilka organizacji studenckich, ale tak naprawdę liczyło się tylko Zrzeszenie Studentów Polskich, które zajmowało się głównie sprawami socjalnymi, sportem i nauką. Brak perspektyw wyjazdu za granicę i dość stabilna sytuacja ekonomiczna, była przyczyną braku zainteresowania nauką j. obcych i… polityką! Wpajano nam, że socjalizm to świętość, to przyszłość naszej Ojczyzny. Myśmy w to wierzyli. Wkrótce miało się to zmienić, zbliżał się Marzec 1968 r. wielkie przebudzenie studentów.

PAMIĘTNY 1968 ROK

Przyjazd z niewielkiego miasta z południa Polski do ponad milionowej stolicy było wielkim przeżyciem. Choć nie zaleczono jeszcze ran jakie przyniosła ostatnia wojna wszystko wydawało się tu ogromne; szerokie ulice, ogromne budowle ministerstw, urzędów centralnych, ambasad różnych państw, dziesiątki kin, teatrów itd. Spotykanie każdego dnia ludzi znanych z pierwszych stron gazet, z radia i telewizji, słuchanie wykładów najtęższych umysłów powojennej Polski itd. to wszystko przyprawiało mnie o zawrót głowy! Duże miasto, duży ośrodek kulturalny, to większe możliwości, więcej pokus i zagrożeń.

Już na wiosnę 1964 r. uczestniczyłem w jakimś wiecu na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego. Nie wszystko było tak piękne jak mi się wydawało.

Aż przyszedł marzec 1968 rok. Po zdaniu ostatnich egzaminów na uczelni przygotowywałem się do pisania pracy magisterskiej. Zmiana planów życiowych ( zamiast wyjazdu do pracy w Szczecinie w perspektywie było małżeństwo w Krakowie ) sprawiła, że choć nie miałem zajęć na uczelni, czasu mi nie zbywało bo musiałem zarobić trochę pieniędzy na „przeprowadzkę” pod Wawel! Utrudnieniem w sfinalizowaniu studiów był też brak czasu u mojego promotora zajętego organizacją Działu Reprodukcji Kartograficznej. Wkrótce pojawiły się nowe, nieprzewidziane komplikacje.

Wydarzenia, które nastąpiły po 8 marca 1968 r. na wiele tygodni zakłóciły normalny tryb studiów.

Już od początku stycznia 1968 r. z Uniwersytetu docierały niepokojące informacje o fermencie w środowisku studenckim tej uczelni. Wówczas jeszcze nikt nie zdawał sobie sprawy jaki będzie tego finał? Dopiero od połowy marca zacząłem prowadzić diariusz wydarzeń na Politechnice. Część obrazów starałem się odtworzyć z zawodnej czasem pamięci i z relacji innych. Przepraszam za ew. nieścisłości!

Bezpośrednią przyczyną wybuchu niepokojów w środowisku studenckim Warszawy była demonstracja pod Pomnikiem Adama Mickiewicza 30 stycznia 1968 r. Był to spontaniczny protest młodzieży warszawskiej przeciwko zdjęciu ze sceny Teatru Narodowego „Dziadów” reż. Kazimierza Dejmka. Entuzjastyczne przyjęcie sztuki zaniepokoiło władze i było przyczyną ograniczeń do jednego spektaklu tygodniowo, sprzedaży 100 biletów dla młodzieży szkolnej, wreszcie zdjęcie ze sceny 30 stycznia 1968 r.

To ostatnie, jedenaste z kolei z udziałem wielu studentów było wielką manifestacją patriotyczną. Skandowano: „Żądamy dalszych przedstawień”, „Kultura bez cenzury” itp. Długo nie milkły oklaski, a gdy wreszcie wszyscy opuścili teatr uformował się kilkusetosobowy pochód. Demonstrację pod Pomnikiem Adama Mickiewicza rozpędziła milicja, były liczne aresztowania, a Adama Michnika i Henryka Szlajfera relegowano z uczelni.

Wkrótce rozpoczęto zbiórkę pieniędzy na pokrycie grzywien i podpisy pod petycją do rządu PRL o zniesienie cenzury.

Środowiska intelektualne w Polsce były zbulwersowane niepokojami studenckimi. 29 lutego 1968 r. odbyło się nadzwyczajne posiedzenie Związku Literatów Polskich. Przyjęto rezolucję Andrzeja Kijowskiego potępiającą politykę kulturalną, żądano zniesienia cenzury. Tydzień później w Dzień Kobiet o godz. 12.00 miało odbyć się otwarcie stołówki studenckiej. Na tę porę zaplanowano wiec w obronie relegowanych z uczelni studentów. Mimo aresztowania przywódców studenckich Modzelewskiego, Kuronia, Blumsztajna, i Lityńskiego liczne rzesze młodzieży pojawiły się na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego!

8 MARCA 1968

UNIWERSYTET WARSZAWSKI

O godz. 12.00 na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego zebrało się kilka tysięcy studentów z różnych uczelni. Odczytano rezolucję domagającą się powrotu „Dziadów” na scenę. Najpierw czytała ją J. Lasota, później W. Górecki i M. Sarna. Wspomniano też o relegowaniu z uczelni Michnika i Szlajfera.

Wtem na dziedziniec wjechało siedem autobusów „San” wypełnionych ormowcami. Zachowywali się prowokująco, otoczyli studentów, a później zmieszali się z tłumem wychwytując najbardziej aktywnych uczestników wiecu. Studenci mobilizowali się i odbijali kolegów, domagając się również reakcji władz uczelni.

Choć wkrótce ukazał się prorektor UW prof. Zygmunt Rybicki ( rektor prof. Stanisław Turski był w tym czasie w Moskwie? ), ale jego zachowanie nie wpłynęło do uspokojenia atmosfery. Wzywał studentów do rozejścia się, nie chciał rozmawiać z delegacją demonstrantów. Wtem ormowcy od, których czuć było alkohol, starali się otoczyć tłum zmierzając w jego stronę zwartym szeregiem.

Zapanowała konsternacja, ktoś krzyknął: „Nie dajmy się sprowokować”, inny student zwrócił się do prorektora prof. Rybickiego: „No widzisz co robią?” Zapewne przerażony prorektor po chwili wyciągnął rękę w kierunku zdziczałej masy „funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa” : „Towarzysze , dziękuję wam…” Towarzysze zatrzymali się, a po chwili rozeszli, zaczęli mieszać z tłumem demonstrantów i urządzać łapanki. Ich ofiarami były przeważnie młode, słabsze fizycznie dziewczyny. Kobietom wyrywano torebki, bito je i kopano. W miarę upływu czasu coraz więcej studentów wciągano do autobusów. Koledzy i przyjaciele, starali się im pomóc, odbić z rąk tzw. aktywu robotniczego, raz po raz wznosząc okrzyki: „Ciemniaki precz z uniwersytetu”, „Bandyci, Gestapowcy, Faszyści, Płatni najemnicy…” Niektórzy rzucali im drobne monety.

Mimo niechęci do rozmów prof. Rybicki był zmuszony przyjąć przedstawicieli młodzieży. Niestety nic z nich nie wynikło, poza jego apelem by studenci opuścili Uniwersytet ( bo wiec jest nielegalny!). Widząc rozgoryczenie i gniew studentów, a z drugiej strony prowokacyjne zachowanie ormowców i prorektora, zszedł do młodzieży profesor Politechniki i Uniwersytetu – historyk Stanisław Herbst. Zapewniał: „My profesorzy będziemy z wami rozmawiać w poniedziałek, we wtorek, we środę, w czwartek, w piątek, w sobotę, każdego dnia, ze wszystkimi, w Audytorium Maximum ( może pomieścić ok. 3 tys. osób ).

Emocje powoli opadały, tym bardziej, że „Sany” niespodziewanie opuściły dziedziniec uniwersytetu, a część studentów wyszło już na ulice Krakowskie Przedmieście. I oto niespodziewanie przed uniwersytetem pojawiło się kilka autobusów z uzbrojonymi funkcjonariuszami Batalionu Operacyjnego z Golędzinowa. Zamknięto niektóre wyjścia, a golędziniacy ruszyli z niesłychanym impetem w kierunku zdezorientowanej i przestraszonej młodzieży. Studenci byli bici, pałkami i kopani z niesłychaną zajadłością, najbardziej tych co upadli na bruk. Później podstawową grupę studentów udało się wypchnąć na Krakowskie Przedmieście. Do zmasakrowanych studentów zaczęli dołączać ludzie wracający z pracy i turyści, a niepokoje zaczęły się rozlewać po całym mieście.

8 MARCA NA POLITECHNICE

Wiadomość o wydarzeniach na Uniwersytecie niemal natychmiast dotarła do studentów Politechniki. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Już o godz. 16.00 z pod Riviery i Mikrusa ruszyła w kierunku Politechniki kilkusetosobowa grupa studentów. W tym czasie około 500 studentów Uniwersytetu dotarło do Placu Konstytucji i zmierzało w kierunku Pl. Jedności Robotniczej ( dziś Pl. Politechniki ).

Uchwała senatu PK

Rezolucja studentów PW 1

Rezolucja studentów PW 2

MARZEC 1968 R. – WSPOMNIENIA STUDENTA

POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ cz. 2