Akcja na powielacz, czyli mała historia z czasu stanu wojennego.

                                                                                                     

Akcja na powielacz, czyli mała historia z czasu stanu wojennego.

Jakub Bodzionny

1. Podgotowka

      Po wyjściu z aresztu w połowie marca 1983 r. znalazłem się w szczególnie niekomfortowej sytuacji. Z jednej strony nakręcała mnie nadzwyczaj wysoka motywacja do dalszego knucia, z drugiej zaś unieruchamiał wymóg zaniechania kontaktów z kolegami, którzy, po rozgromieniu przez SB Krakowskiej Komisji Wykonawczej NZS Adama Kality, chwilowo się przyczaili.

      Z wielką więc ostrożnością nawiązałem wpierw kontakt ze Staszkiem Iskrą ps. „Jasio”(za pośrednictwem siostry Eli, studiującej na tym samym wydziale prawa UJ), a nieco później z Piotrkiem Zielińskim ps. „Marcin”(socjologia UJ). Czasu wolnego miałem bądź ile, a nadzór esbecki, po nieudanej konfrontacji z wciąż siedzącym głównym denuncjatorem J. K. (biedaczek nie rozpoznał mnie dzięki bródce i nowym okularom) – jakby zniknął. Wykoncypowałem sobie wtedy, że skoro sankcję prok. Burzymowskiego mec. Grzybowski uchylił („na wariackie papiery” autorstwa guru krakowskiej psychiatrii, wielkiego dr. Cechnickiego), to trza działać, bo w razie następnej wpadki i tak muszą mnie zaraz wypuścić.     

Przypomniał mi się X., wspólny z Zielińskim znajomy z sylwestra w Nowym Sączu, studiujący etnografię na UJ. Udzielał się on społecznie w Polskim Klubie Ekologicznym, mającym swoją siedzibę w krakowskim oddziale proreżimowej organizacji „PAX” przy ul. Garbarskiej 9. Napomknął mi kiedyś niebacznie o potężnym powielaczu elektrycznym produkcji bratniego CSRS, użytkowanym przez ekologów w biurze na I piętrze przy Garbarskiej. Sprawę zgłosiłem więc pod rozwagę Piotrowi Zielińskiemu, który w krótkim czasie dostarczył sporządzony przez X. szkic wnętrza budynku i wymiary powielacza, oraz klucz do drzwi biura PTE – osobiście przez Piotra dorobiony w punkcie usługowym po wielu nieudanych próbach odciśnięcia w plastelinie.

      Opracowany we trójkę z Piotrkiem i Staszkiem plan był prosty – wyniesienie powielacza w pudle przed nosem portiera, a następnie zamelinowanie go na jakiś czas w bezpiecznym miejscu. Moi niedawni znajomi z aresztów na Monte i Zgody nazwaliby to „włamskiem na pasówkę”.

Pole tekstowe: Ryc 1            Kol. Bodziony prowadzi  rozpoznanie przed akcją.      

Przystąpiłem więc do montażu wielgachnej skrzyni ze solidnie wzmocnionej listwami pilśni. Wyglądała na zbitą gwoździami „na amen”, lecz boczna ścianka miała ukrytą zasuwkę, pozwalającą na natychmiastowe jej otwarcie. Pozór solidnego zbicia skrzyni miał uniemożliwić ewentualne sprawdzenie przez portiera jej zawartości.

        Pierwszy termin akcji ustaliliśmy na wtorek 24 maja o 8:30 rano. W razie zaistnienia jakiejś przeszkody wszystko miało być powtórzone do skutku w kolejne wtorki, jako że z informacji dostarczonych przez X. dzień ten i godzina były optymalne ze względu na rozkład pracy portierni, a zwłaszcza nieobecność szefa ekologów. W razie próby zatrzymania, pudło z powielaczem mieliśmy porzucić i czym prędzej oddalić się bez jakichkolwiek przepychanek.

      W przeddzień akcji skrzynię odebrał z mojego ówczesnego mieszkania przy al. Pokoju główny wykonawca – Jerzy Piasecki, student prawa a zarazem radykalny KPN-owiec. Jako jedyny z nas był właścicielem mocno skądinąd wysłużonego pojazdu marki Fiat 125p w kolorze zielono-żółtym. Skrzynię wcisnął do bagażnika, by w nocy nie zainteresował się nią jakiś włamywacz samochodowy. Auto miewało kłopot z zapłonem, więc zaparkował pod swoim domem na os. Krzesławice na pochyłości, by w razie czego ruszyć wykorzystując prawo powszechnej grawitacji. Jurek zgłosił wcześniej istotną uwagę, że wykonawcy powinni być, dla uśpienia czujności portiera, ubrani w chałaty a la „student z Żaczka”.

Pole tekstowe: Ryc 2       Kol. Piasecki (z prawej) dla rozgrzewki przed akcją atakuje pancerną kolumnę ZOMO.

Przygotował też dla siebie dodatkowo czapeczkę z daszkiem, maskując demaskującą go łysinkę. Te chałaty, jak wkrótce się okazało, uratowały sprawę.

2. Dawaj w pieriod !!!

      Parę minut po ósmej rano Jurek podjechał w umówione miejsce na ul. Mogilskiej, wsiadłem, i ruszyliśmy na czerwonego. Staszek już kręcił się na przystanku autobusowym pod Pewexem na Czarnowiejskiej (gdzie miał przejąć końcową cześć akcji), a Piotr, klepiąc pacierze za zwycięstwo, czekał na raporty z akcji w centrali, czyli w domu na Narzymskiego. Pogoda była wspaniała.

Pole tekstowe: Ryc 3   Kol. Iskra z bezpiecznej odległości dokumentuje przebieg akcji niezawodnym radzieckim aparatem foto-graficznym „Łomo” (tzw. łomografia).   

Przed wpół do 9 zaparkowaliśmy przy ul. Biskupiej, przecznicy od przecznicy z  Garbarskiej. W dwie minuty byliśmy w holu budynku PAX-u, gdzie nam trochę miny zrzedły, bo zamiast jednego – tego leniwego – ciecia, byli obaj, kręciło się też kilku mechesów ze sprzętem remontowym. Odprowadzani czujnym spojrzeniem ogółu zebranych, weszliśmy z naszą skrzynią na schody i dalej w korytarzyk (tu przynajmniej zgodnie z planem było pusto), gdzie po prawej mieli biuro ekolodzy. Klucz zadziałał i przed nami rozpostarł się niebiański widok błękitno-biało polakierowanego potężnego powielacza. Wpakowaliśmy go bokiem do skrzyni, Jurek połą chałatu przetarł blat biurka z ewentualnych odcisków palców, drzwi zamknąłem (żeby kto czego nie ukradł – w szafie, mój Boże, było jeszcze tyle farby i papieru A4 !), i jak najszybciej z powrotem na portiernię. Tu ogół zebranych znów oniemiał na nasz widok, ja wymamrotałem przygotowane „To chyba miało być na Mikołajską” (gdzie była druga siedziba PTE), i za bramę. Do auta było ze 300 metrów, tak że za rogiem musiałem poprawiać ciężar, bo mi pierońsko ciężka skrzynia zaczęła się wyślizgiwać z rąk. Za drugim rogiem wsadziliśmy towar do bagażnika, obserwowani leniwie przez kierowcę stojącej tuż za nami ciężarówki. Auto odpaliło od pierwszego kopa, i dawaj na melinę.

      Na alei Mickiewicza wpakowaliśmy się na niewłaściwy pas, lecz uprzejmy kierowca Żuka przepuścił nas do prawej, co pozwoliło mi wysiąść we właściwym miejscu – sto metrów przed skrętem w Czarnowiejską. Podbiegłem jeszcze zobaczyć, czy Staszek wsiądzie na moje miejsce – był – i pojechali dalej. Melinę zorganizował Staszek u Maćka Jamki (kolejnego studenta prawa) na strychu mieszkania jego matki przy Czarnowiejskiej. Ja podszedłem do fryzjera ostrzyc się i zgolić zapuszczoną jeszcze w śledczym brodę, i dodatkowo zmieniwszy na wszelki wypadek okulary wróciłem do domu.

Pole tekstowe: Rysunek 4 Dom Jamkina

3. Po bitwie.

  Popołudniową porą wybrałem się z umówioną relację do Piotra Zielińskiego, który miał już informację X. od zszokowanych ekologów z miejsca akcji. Około godziny 13 do biura na Garbarskiej przyszedł ich szef, narobił rabanu, przyjechało SB. Ustalili tylko, że klucz był dorabiany a z powielacza ciekła farba, lecz przed schodami ślad się urywał – potem wciąż ciekła, ale Jurkowi w jego czarne kościółkowe sztruksy z Pewexu. Żadnych rysopisów czy innych poszlak. Ciężkie chwile przechodził ponoć później jeden z szeregowych ekologów, znany organom z aktywności w opozycji, na którym nieuchronnie skupiło się wnikliwe ostrze oskarżeń

Pole tekstowe: Ryc 5         Kol. Rokita udziela akcji moralne-go wsparcia.    

  Sam powielacz przewiozłem we wrześniu z ludźmi Andrzeja Margasińskiego (student psychologii UJ) do domu Krystyny i Romana Graczyków przy ul. Krzywda w Płaszowie. Zastąpił tam wysłużony, ręczny powielacz „Standart”, na którym Margasiński drukował (często osobiście) swoje znakomite pismo „Odmowa”, propagujące ideę non-violence. Na nowej maszynie ukazały się pierwsze numery „Wolnego Słowa”, organu założonej co dopiero przez Piotra, Staszka i Jacka Ramotowskiego filii warszawskiego Kosa. Krakowski Kos, w nowym i rozszerzonym składzie, działał skutecznie bo dyskretnie na niwie poligrafii do samego 1989 roku, robiąc m.in. krakowskie edycje „Tygodnika Mazowsze”. Będąc już dwukrotnie „spalony” trzymałem się od tego z daleka, użyczywszy raz tylko mieszkania na spotkanie z wizytującym KKos-a Konstantym Gebertem pseudonim Dawid Warszawski.

      Wracając jednak do powielacza, gospodarzom z ul. Krzywda (skądinąd bardzo miłym) nasza obecność z czasem zaczęła jakby trochę ciążyć, ja ich aluzje puszczałem mimo uszu, a życie, jak to ma w zwyczaju, samo rozwiązało narastający problem. Graczyk mianowicie udzielał się rozlegle w różnych podejrzanych środowiskach, krajowych i zagranicznych, w tym również w paryskim „Kontakcie”. A że działał tu z nim jego bliski kolega, osławiony Lesław Maleszka więc, 27 kwietnia 1984 r., tuż przed wizytą jakichś Francuzów, przyjechali do Graczyków zrobić kocioł chłopcy z Mogilskiej 109. Ze zdumieniem odkryli na strychu powielacz, farbę, papier i usmarowane matryce białkowe, które mozolnie od razu usiłowali odczytywać. Francuzów, już idących ulicą Krzywda, zawróciły dzielne sąsiadki, lecz sprzęt przepadł.

       Po raz ostatni zobaczyłem nasz piękny powielacz w krótkim „spocie” Kroniki Krakowskiej TVP, informującym społeczeństwo o likwidacji kolejnej nielegalnej drukarni. Stał, biedny i samotny, na jakiejś wykładzinie podłogowej, zapewne w pokoju przesłuchań kwatery głównej SB – w trzecim bloku KW MO. „Zabezpieczono wysokowydajny sprzęt poligraficzny produkcji zachodniej” – obwieścił grobowym głosem spiker.     Amen.

                                                                                            (Zdjęcia z arch. fot. 1980-84 Krakowskiego KOS)

Dodatek: zdjęcia Stanisława Iskry

Powielacz elektryczny . Zdjęcie z drukarni strajkowej na UJ / studencki strajk solidarnościowy / listopad- grudzień 1981

Rozpędzanie demonstratów po Mszy Św.  za Ojczyznę 13 maja 1982 Rynek Główny Kraków.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: