Załamanie kariery naukowej Juliana Haraschina na UJ po wydarzeniach w Grand Hotelu

baner historia PRL

Załamanie kariery naukowej Juliana Haraschina  na UJ po wydarzeniach w Grand Hotelu

ujęcie Stefana Grzybowskiego:  Wspomnienia 1999 [ wyd. Zakamycze]

1

2

345

Reklamy

Julian Haraschin w drodze do docentury na UJ

baner historia PRL

Julian Haraschin w drodze do docentury na UJ

 – ujęcie Stefana Grzybowskiego:  Wspomnienia 1999 [ wyd. Zakamycze]

1

2

3

 

4

5

…….

6

7

8

9

10

Julian Haraschin – „Krwawy Julek” na progu kariery naukowej na UJ

baner historia PRL

Julian Haraschin – „Krwawy Julek” na progu kariery naukowej na UJ

 – ujęcie Stefana Grzybowskiego:  Wspomnienia 1999 [ wyd. Zakamycze]

1

2

34.jpg5

Społeczność akademicka UJ w systemie komunistycznym

baner historia PRL

Społeczność akademicka UJ w systemie komunistycznym 

 – ujęcie Stefana Grzybowskiego:  Wspomnienia 1999 [ wyd. Zakamycze]1

2

3

4

5

6

7

8

9

Szkołami wyższymi rządzi w istocie tajna milicja

baner historia PRL

Szkołami wyższymi rządzi w istocie tajna milicja –

opinie Karola Estreichera o nauce i szkolnictwie wyższym w czasach komunistycznych

z: Karol Estreicher jr – Dziennik wypadków T. VII , 1981 – 1984. Wyd. Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, 2013

( wyróżnienia – jw)

Rok 1983 (wrzesień)

Likwidując własność prywatną, działalność rzemieślniczą, handel, warsztat) miejskie i wiejskie – rozbudowano w Polsce szkolnictwo wyższe w przekonaniu, że ono dostarczy specjalistów w każdej dziedzinie, którzy kierować będą warsztatami spółdzielniami. Wykształcono ogromną ilość specjalistów, inżynierów, księgowych i ekonomistów, dyrektorów i technicznej inteligencji. Ta zamieniła się w biurokrację bezduszną i bezmyślną. Natomiast warsztaty, małe fabryczki, drobny handel upal całkowicie. To co jest nie liczy się jako rynek pracy.

W ciągu czterdziestu lat młodzież wiejska i robotnicza rzuciła się do szkół wyższych, chcąc zdobyć byle jakie dyplomy zapewniające młodzieży awans społeczny. W zasadzie pęd był dobry, słuszny, nie wolno go obniżać w sensie wartości, jakie przyniósł poszczególnym osobom. Wyszła nowa warstwa inteligencji przeważnie chłopskiego czy robotniczego pochodzenia, wykształcona w stu przeszło szkołach wyższych w Polsce. Ta warstwa jest silnie reakcyjna, daleka od marksizmu, nieznosząca Rosji, szukająca zarobku, kariery, mieszkania, wyjazdu za granice, Marksizm uważa za zło konieczne, narzucone przez Rosję, zło które wolno okłamać, oszukać. okraść tak jak ono okrada i oszukuje obywateli na każdym kroku.

Dla tej nowej inteligencji stworzono nieskończoną ilość kolegiów, szkół wyższych, politechnik na bardzo, bardzo różnym poziomic. Niektóre szkoły-uczelnie są poważnymi instytucjami, inne zawodowymi szkołami z prawem nadawania tytułów, Istnieją szkoły skandaliczne jak np. Wyższa Szkoła Partyjna lub Akademia Spraw Wewnętrznych – senaty, berła, togi, rektorzy, tytuły, tytuły.,.

Zorganizowano te szkoły pospiesznie. Odebrano w nich władze senatom i profesorom, z rektora uczyniono urzędnika podległego ministrowi, milicji, wojsku. Młodzieży przyznano szerokie wpływy j możliwości brania aktywnie udziału we wszystkich posiedzeniach senatu i wydziałów, terroryzowania profesorów, grożenia i demonstrowania. Szkoły tylko z pozoru mają autonomię. W rzeczywistości są to okaleczone kadłuby — bez woli i co gorzej bez mózgów.

Mózg jest w najbardziej poufnych komórkach. Partii? W ministerstwach? Nie sądzę. Szkołami wyższymi rządzi w istocie tajna milicja, urzędy spraw wewnętrznych, ambasada radziecka. Nad wszystkim czuwa w Moskwie odpowiedni urząd do spraw polskich.

Rządy komunistyczne boją się ogromnie młodzieży akademickiej. Zaraz po wojnie wydawało się że rządy pozyskają młodzież każdemu studentowi nadają stypendium. Tak było w latach 50-tych. Potem przyszedł okres domów akademickich i klubów studenckich. Od 1960 roku zamieniono kluby studenckie w teatry i zespoły taneczne. Zaczęły się rozjazdy po całym świecie różnych zespołów studenckich. Bez sensu. Przewracały w głowie studiującym. Ciągłe obietnice wyjazdów od bieguna do bieguna – byle młodzież była układna i grzeczna wobec władzy marksistowsko-państwowej.

Równocześnie robi się co można by skłócić studentów ze szkolą. Szkoły mają obowiązek administrowania domami akademickimi i stołówkami. Są to olbrzymie, trudne w administracji przedsiębiorstwa. Senaty, profesorowie nie nadają się do tego. Rezultatem są spory, protesty, oskarżenia profesorów i uniwersytetów. Ministerstwa i Urząd Bezpieczeństwa tylko czekają na to.

W tym stanie rzeczy nauka, wykłady, seminaria są na drugim miejscu. Profesorowie lekceważeni, a prace naukowe uznane za niepotrzebne. Jeszcze przy naukach przyrodniczych sytuacja jest lepsza, przy technicznych nienajgorsza natomiast fatalnie jest z naukami humanistycznymi. Są wyraźnie lekceważone. Nauki prawne opanowane są przez siły porządkowo-milicyjne. Delikatnie, ale widocznie.

Szkoły ekonomiczne, czyli szkoły wróżbitów i blagi społecznej (w dużej mierze), opanowane są przez Partie. Wszędzie POP, organizacje polityczne, czujne i chytre młodzieżowe organizacje marksistowskie.

Dobór rektorów na ogół jest zły. Ministerstwo mianuje posłusznych profesorów rektorami.

Obiecuje im złote kariery, wyjazdy za granicę, członkostwo PAN: różne korzyści materialne. Klimaszewski na podróżach zagranicznych zarabiał miliony, bo za urzędowe dolary jeździł. Z Hieronimem Kubiakiem był w Ameryce, Persji, Hiszpanii, Francji – wszędzie najlepsze hotele, najwyższe diety (wiceprzewodniczący Rady Państwa!). Granice przejeżdżał bez rewizji celnych– mógł przemycić co chciał. Lepszy także korzystał z wygód rektoratu, zawierał umowy imieniem Uniwersytetu, za co był płatny zaliczkami. Grzybowski (Stefan – przyp. AJ) był skąpy dla siebie, rektor Popiołek z Uniwersytetu w Katowicach popierał dyrektora administracyjnego wmieszanego w seksualne mordy. Można Popiołkowi ten błąd darować. Karaś, rektor UJ, niezrównoważony psychicznie, po prostu grabił pod siebie. Rektor Akademii Medycznej w Gliwicach (Jonek – przyp. AJ) aresztowany został w Jugosławii za przemyt. Zygmunt Rybicki -wysoko partyjny przedwojenny komunista – wyrzucony został przez studentów z Uniwersytetu Warszawskiego za postępowanie z młodzieżą.

W Krakowie popierany był przez najwyższe czynniki dyrektor Instytutu Samochodów, niejaki doc. Staruch (był kandydatem na rektora), gdy nagle przyłapano go (1983) na przemycie skórek kuśnierskich za granice oraz jakiegoś tam złota i kosztowności. To tak przykłady brane od ręki…

Gdy z jednej strony kokietuje się młodzież chwaląc wszystko, co robią partyjni agitatorzy (Studencka Akademia Umiejętności, komitet koordynacyjny działalności studenckiej na polu kultury, Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej i wódz tego stowarzyszenia Jerzy Jaskiernia, który ma wysokie stanowisko polityczne -jest Ministrem dla Spraw Młodzieży), to z drugiej strony śledzi się je przez licznych tajnych agentów, szpicli i prowokatorów.

W pierwszym okresie szkół wyższych w Polsce po II wojnie Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego kierowane było przez profesorów jeszcze z przedwojennym wykształceniem.

Główną postacią Ministerstwa – egerią – była w swym czasie pani Eugenia Krassowska z Wilna, członkini Stronnictwa Demokratycznego, która zastraszała profesorów, rządziła jak chciała, więcej gadała niż robiła. Była nieznośna, W latach sześćdziesiątych Partia zainteresowała się szkołami wyższymi, zwłaszcza od czasu przyjścia Gierka do władzy.

Mianował on niejakiego generała Kaliskiego Ministrem Szkolnictwa Wyższego, a ten zaczął łamać profesorów, wymagać, ustawiać w szeregu. Pamiętam jakiś jego odczyt w Krakowie, w 1974 roku, gdzie żądał od profesorów i młodzieży karności, dyscypliny, podporządkowania się i tym podobne głupstwa wygłaszał.

Jest bardzo charakterystyczne, że najróżniejsi dygnitarze mają ciągłe pretensje do profesorów. Tak samo było w czasach Jędrzejewiczów: oskarżanie profesorów nie o brak prac naukowych, ale o brak propagandy. Panowie ministrowie sanacyjni, tak samo jak towarzysze ministrowie marksistowscy żądają, besztają, zastraszają.

Wśród tych kłopotów, pretensji, smutków trzeba podkreślić, że polska inteligencja naukowa była w stanie przy niewątpliwej pomocy rządu (tu podkreślić trzeba dość hojną rękę rządu zwłaszcza w czasach Cyrankiewicza) – otworzyć i urządzić szereg szkół wyższych: w Lublinie, w Gdańsku, Gliwicach, Opolu. Zapewne, że mając w ręku możność bezwzględnego postępowania nie jest trudno otworzyć szkołę wyższą. Komuniści sobie przypisują zasługę utworzenia tylu szkół i dyplomów dla nowego pokolenia inteligencji. Nikt nie podnosi jednak, że przede wszystkim szkoły wyższe były możliwe dzięki fachowemu wykształceniu polskiej inteligencji. O tym marksiści milczą.

Jaka jest naprawdę wartość prac naukowych polskich profesorów nie jest łatwo powiedzieć. Zapewne różna w różnych dziedzinach wiedzy. Usłużna prasa ciągle pisze o światowych osiągnięciach nauki polskiej, o sławie naszych uczonych za granicą… Być może, ale na ogół stwierdzić trzeba, że żaden z polskich uczonych przyrodników, fizyków, lekarzy nie osiągnął nagrody Nobla. Także nie słychać, aby nasi uczeni mieli zbyt wielki mir w Rosji. Dlatego pochwały prasy, a także samych uczonych naszych należy przyjmować z pewną dozą krytycyzmu. Jest inna sprawa, że nasi uczeni – inteligentni, zdolni, fachowi – witani bywają na Zachodzie z pewną dozą sympatii, może nawet i sławy. Nie sądzę jednak by nasze szkoły wyższe wraz z Akademią Nauk dorównywały badaniami wielkim ośrodkom amerykańskim, rosyjskim, francuskim, angielskim czy japońskim… Trudno jednak operować ogólnikami.

Inną rzeczą jest, że ci młodzi Polacy, którzy emigrowali i emigrują za granice, znajdują tam kawałek profesorskiego chleba, a tym samym uznanie. Znajdują na pewno, gdy mają coś wspólnego z Żydami lub mają przyjaciół miedzy Żydami -profesorami na uniwersytetach amerykańskich.

Nauki humanistyczne w Polsce leżą. Skończyło się dla nich zainteresowanie, a także wyczerpały liczne tematy. Zarówno historia i nauki historyczne jak i literackie i językowe nie mają wielkich uczonych. Nie wińmy za to marksizmu, rządu, ministerstw. Po prostu nauki humanistyczne nie dostarczają młodemu pokoleniu chleba. Ciągle oskarżane, prześladowane, obniżane, stłoczone w jednym wydziale PAN stoją niżej niż przed II wojną.

Nauki prawne nie słychać, aby coś znaczyły.

Podobnie nauki medyczne. Zapewne są w Polsce dobrzy lekarze i uczeni nawet, ale jak mogą pracować bez laboratoriów, bez asystentów, przy ciągłej walce o byt własny, klinik, swych badań naukowych.

Na zamknięciu Akademii Umiejętności nic PAN nie zarobiła. Nazwa, stosunki, moralnie bardzo mało. Członkostwo Akademii Umiejętności było honorowe, członkostwo PAN zapewnia pensje. Nową Akademie rozbito na szereg wydziałów przyrodniczo-technicznych. W Akademii Umiejętności akcent położony był na nauki humanistyczne. Teraz PAN nauki humanistyczne zaniknął, zdusił w jednym wydziale. Prawo razem z historią, literaturą i sztuką. W ciągu 30 lat nastąpił też upadek tych nauk w Polsce. Rozwinęły się nauki techniczne, potem przyrodnicze i lekarskie. Te ostatnie jednak są traktowane po macoszemu.

Dlaczego technika i technokracja są w PAN preferowane. Dlaczego chemia lub fizyka a nie medycyna, dlaczego matematyka, ale nie historia, a już na pewno nic historia sztuki? Bo nauki przyrodnicze oddziałują słabiej na świadomość narodową! Chemik nie wywiera takiego wpływu jak historyk.

Mało tego. Spostrzegłszy, że z nauk o człowieku i jego postępowaniu naród czerpie siły mogące obrócić się przeciw marksizmowi twórcy Akademii rozwinęli nauki fałszywe -jakby sztuczne kamienie lub imitacje. Prawo zastąpiono ekonomią i planowaniem, historie socjologią, a medycynę psychologią. Są to gałęzie nauki bez precyzji.

Akademia Nauk sprowadzona została do utylitarnych celów techniki, przemysłu, ekonomii – nie spełniała pokładanych nadziei. Raz po raz między jej członkami w jej instytutach wybuchał opór i bunt. Sfery partyjno-rządowe są ciągle zmuszane okazywać swe niezadowolenie, reformować, żądać, grozić.

We wrześniu 1983 list około 30 uczonych polskich protestujących przeciw ograniczaniu autonomii szkół wyższych podpisał Aleksander Gieysztor – prezes PAN. Na pewno za jakiś czas Akademię czeka jakaś reforma – oderwanie od niej licznych instytutów i zakładów – sprowadzenie jej do rzędu instytucji reprezentacyjnej.

Na takim tle szkół wyższych przypada rola PAN. Akademia Nauk była potrzebna, bo wiek XX i rozwój wiedzy technicznej i przyrodniczej tego wymagał. Ale tworząc Akademię Nauk w 1949 i 50 roku jej organizatorzy kierowali się szczególną nienawiścią do Akademii Umiejętności w Krakowie. Zniszczyć, zabrać, obniżyć -to był jeden z celów, jaki przyświecał twórcom PAN i jej moskiewskim mocodawcom.

Dziś po latach Akademia Nauk rozbita na niezliczoną ilość instytutów i zakładów, o wielu wydziałach, ze zduszoną, prześladowaną humanistyką nie oddziałuje. Od roku 1980, od Wałęsowskiego powstania z którym sympatyzowała dość wyraźnie, żyje życiem cofniętym, pod prezydencją prof. Gieysztora. Niepotrzebnie boi się jakiś zapowiedzianych reform, bo nie ona, PAN, będzie o nich decydować, ale odpowiednia jednostka dla spraw polskich w Moskwie.

Istota postępowania Rosji w stosunku do kultury polskiej polega na prowokowaniu niskich, złych uczuć u poszczególnych Polaków lub Środowisk tak, aby sami niszczyli rozmaite instytucje. Aby pod byle pretekstem zrywali tradycję, obniżali dokonania. Stara metoda, znamy ją dobrze z przeszłości. Na Litwie w czasach Nowosilcowa, w Królestwie za Paskiewicza i Berga.

I teraz też. W roku 1949 i 1950 gromada uczonych warszawskich z wileńskim prof. gimnazjum Dembowskim na czele, z humanistami jak Lorentz, Jabłoński, z wielu przyrodnikami, których nazwisk nawet nie potrafię wyliczyć, postanowiła zamknąć w Krakowie Akademie Umiejętności, przejąć jej majątek i agendy, tytuły, kontakty z zagranicą. Tę podłą robotę wykonano częściowo rękami krakowskimi: Nitscha, Szafera, Jana Dąbrowskiego w 1951 i 52 roku.

Naprawdę za likwidacją Akademii Umiejętności stała Moskwa – Stalin, Beria, w Warszawie Berman i Bierut. Nie mogli oni zapomnieć antyrosyjskiej roli Akademii Umiejętności powołanej przez Austrię po 1863 roku w Krakowie. PAU była instytucją antyrosyjską.

Fatalna tendencja rzucania nauki na kolana przed Partią

baner historia PRL

Fatalna tendencja rzucania nauki na kolana przed Partią

prowadząca do katastrofalnego stanu nauki

a członkowie PAN mają to, co chcieli, na co przez lata pracowali

Ujęcie Karola Estreichera jr

w: Dziennik wypadków T. VII , 1981 – 1984.

Wyd. Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, 2013

(czerwone podtytuły i wyróżnienia – jw)

Rok 1981

 

24 listopada wtorek

W Warszawie odbyło się posiedzenie Prezydium Akademii Nauk, pełne troski

0 naukę polską. Poruszono mnóstwo zagadnień, oczywiście narzekano, odczytano jakiś referat w sprawie krzywdzących decyzji w latach 1968-1980 (nie wiem, nie domyślam się, o co chodzi). Dwa ostrzegawcze referaty o stanie nauki polskiej wygłosili profesorowie Leszek Kuźnicki (Instytut Biologii) oraz prof. Ignacy Malecki (przewodniczący Komitetu Naukoznawstwa). Obaj mówcy omówili program działań i reform i wstępne zarysy prognozy dotyczącej katastrofalnego stanu nauki polskiej, już od roku 1948 zaistniała tendencja do rzucenia nauki polskiej na kolana przed Partią, do zsocjalizowania i zmarksizowania i zleninizowania naszej nauki.

Dziś -tak twierdzono na owym posiedzeniu – nauka polska stoi na poziomie nauki w krajach rozwijających się czyli w egzotycznych republikach Afryki czy Azji.

Nauka i jej organizacją zajmowali się ludzie niegodni (w Krakowie niejaki mgr! Wiltowski – dyr. PAN (dyr. Zarządu Administracji Oddziału i Placówek PAN w Krakowie -przyp. D.Matelski) oraz prof. Miesowicz).

Popierano tylko partyjnych, im przydzielano fikcyjne posady, wyjazdy za granice, tytuły. Ignorowano humanistykę, historie, filozofię, literaturę. Stłoczono te dyscypliny w jednym wydziale (I), powołano do tego wydziału słabych uczonych, ale mających wpływy i stosunki, głównie w środowisku warszawskim.

Zamordowano w 1951 roku Polską Akademię Umiejętności w Krakowie, zrabowano jej majątek – bezwzględnie i bezczelnie. Kraków, naukę krakowską przy oklaskach różnych zarozumialców, technokratów na poziomie rzemieślników dziedziny nauk humanistycznych, wszędzie w Polsce zduszono, skopano. Są to sprawy znane. To postępowanie teraz wydaje pełne owoce.

Ale i w roku 1980 nie wiele się zmieniło. Gieysztor, jako prezes PAN zdaje się, że jest pasywny. Nic myśli walczyć. Nie myśli odbudowywać nauk humanistycznych – widocznie nie chce się narażać biurokratom warszawskim oraz partii komunistycznej. Gieysztor siedzi w Warszawie, tam reprezentuje, zajmuje kilka dobrze płatnych posad (profesora UW, dyrektora Zamku Warszawskiego, prezesa PAN) i trochę z boku. bez narażania się żadnej stronie czeka, co będzie.

Jeżeli o Kraków idzie to tu sytuacja z naukami historycznymi jest rozpaczliwa. Oddział krakowski PAN jest we władaniu inżynierów z Akademii Górniczo Hutniczej

i z Politechniki. Sekretarzem jest niejaki Ney. koniunkturalista, niewykształcony, bez wizji. Literaturę reprezentuje tu Henryk Markiewicz (?) (pytajnik autora -przyp. AJ) wygodny, mętny uczony. Historie sztuki Jerzy Szablowski – koniunkturalista, który nie ma za sobą prac naukowych i usuwa się od wszelkiej odpowiedzialności. Badań źródłowych nikt nie prowadzi. Wydawnictwa stanęły. Wychodzi tylko Słownik Biograficzny i jest to wybitnie dobrze robione wydawnictwo.

Niechże w tym stanie rzeczy nie płaczą członkowie PAN. Mają to, co chcieli, na co przez lata pracowali, podlizując się komunizmowi rosyjskiemu.

Działacze partyjni otrzymywali bez trudu tytuły profesorów, docentów, doktorów

baner historia PRL

Działacze partyjni otrzymywali bez trudu tytuły profesorów, docentów, doktorów

na podstawie – Karol Estreicher jr – Dziennik wypadków T. VII , 1981 – 1984. Wyd. Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, 2013

(czerwone podtytuły i wyróżnienia – jw)

Rok 1981

1 III 1981

W roku 1968 – po awanturach studenckich w Polsce, we Francji, po Wiośnie Praskiej, inwazji na Czechosłowację – rozpoczęło się w Polsce prześladowanie inteligencji, intelektualistów, pisarzy, artystów i humanistyki. Partia – rządcy z Komitetu Centralnego – postanowili uchwycić, jak kleszczami, całe dziedziny życia narodowego, które uznali za źródło wszelkiego zła. Byli pewni bezkarności, w tym sensie, że przecie owe nieliczne ilościowo grupy i zawody niebędące zwartymi klasami społecznymi, pozbawione były oparcia w masach. Często skłócone, niejednolite, pojedyncze można było dowolnie szykanować i obniżać.

Humanistyka była szczególnie prześladowana. Historię uznano za wrogie narzędzie propagandy rewizjonistycznej (wtedy pojawił się ten niezrozumiały twór językowy) i antymarksistowskiej. Przyjęto program zastępowania nauki historii na uniwersytetach pseudonaukową socjologią i psychologią, a w zakresie życia politycznego i prawnego – ekonomiką.

Władcom marksistowskim (jak Werblan, Sokorski i Schaff) szczególnie groźną wydała się sztuka – zwłaszcza plastyka i sztuki wizualne. W malarstwie i rzeźbie, i także w filmie, w telewizji można przecież zbyt wiele powiedzieć! W nauce o literaturze należy zwracać uwagę na badania językowe, bo te na nikogo nic oddziaływają. Są jałowe. W historii nie wolno utrzymywać ciągłości, lecz należy popierać tematy bez większego znaczenia lub łatwe do interpretowania w duchu krzywdy społecznej.

Na uniwersytecie należy ograniczać wszystko, co przypomina przeszłość polską. Należy popierać katedry i profesorów historii Rosji, Ukrainy, Bułgarii, marksizmu, ruchów społecznych i religijnych.

Profesorów i pracowników na polu kultury polskiej, konserwatorów zabytków, historyków miast należy obniżać i lekceważyć. Tworzyć jak najwięcej zastępczych, ruchomych instytucji, które właściwie nic nie będą robić, ale na które działacze partyjni zawsze będą mogli się powoływać.

Zabytki, dawne budowle i ich urządzenie, wszystko, co przypomina przeszłość, należy bezszelestnie burzyć, godzić się na niszczenie, rozkradanie, zmiany.

Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte, to okres wypełniania tego programu przez wszystkich pachołków ideowych i najemnych. Przeżyłem to — nie na najmniejszym odcinku – w Uniwersytecie Jagiellońskim. Rektor Mieczysław Karaś – właściwie dozorca partyjny zdążył w ciągu dziesięciu lat swoich wpływów i rządów obniżyć poziom wydziałów humanistycznych UJ tak skutecznie, że dziś są to szczątki dawnej struktury.

Przeżyłem to także w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych atakowanym przez niejakiego Franciszka Kuduka – ciemnego, złośliwego aparatczyka-czynownika, który jak tylko mógł obniżał, szykanował, uniemożliwiał wszelką poważniejszą działalność kulturalną- Był przy tym nieuczciwy, był łapówkarzem, złodziejaszkiem, oszuścikiem, co oczywiście pozostało niewykryte, bo działał w imieniu Partii i dawał partyjnym zarabiać. Ale wreszcie, gdy jego nadużyć było za dużo, dostał tzw. kopniaka w oprę i wysłano go do Warszawy.

Jakie były prawdziwe i głębsze przyczyny tego jedynego w swoim rodzaju widowiska – rewolucji kulturalnej w Polsce?

Pomijając, że musiała być ona kierowana z Moskwy na co oczywiście nie ma i nie będzie dowodów – główną przyczyną była nienawiść mocno utwierdzonej Partii i jej dygnitarzy do zjawisk kultury. Około roku 1960-65 dorosło pokolenie działaczy partyjnych kształconych 112 różnych kursach i seminariach, których nauczono zewnętrznej kultury zachowania się. języka, obyczaju – obłaskawiono i ogładzono trochę i nimi zaczęto obsadzać wszystkie stanowiska.

Powoli nadano im różne fałszywe stopnie naukowe – bez studiów lub za kłamliwymi świadectwami.

W nadawaniu takich stopni celowały SGPiS, Akademia Górnicza i Hutnicza w Krakowie i Politechnika Krakowska, Szkoły Pedagogiczne i różne pomniejsze szkółki zawodowe.

Działacze partyjni otrzymywali bez trudu tytuły profesorów, docentów, doktorów nie mówiąc już o inżynierach, magistrach, adiunktach i asystentach!

Wszyscy ministrowie i członkowie partyjni KC posiadali takie fałszywe studia – przeważnie ekonomiczne i inżynieryjne.

Pokolenie tych aktywistów partyjnych doszło do władzy około r. 1960-70. Rozsiadło się na wygodnych fotelach i zaczęło na wielką skalę rządzić i kraść dla siebie i swych kolegów. Rozkazywać i kraść, żyć nad stan, gardzić zależnymi od nich i niszczyć wrogów. Partyjni władcy nie znają innych przedstawicieli społeczeństwa jak poddanych i wrogów.

Cała ta niedokształcona, zarozumiała, skorumpowana a bezkarna elita sekretarzy partyjnych, ministrów, prezydentów, wojewodów czuła się jednak i ciągle jeszcze czuje, bardzo niepewnie, gdy mowa o historii kultury, języku, o sztuce i o teatrze. Niektórym z nich zdarza się – ale już nie często – jakieś gwarowe, wiejskie wyrażenie. Niemal wszyscy mówią językiem sztucznym, nadużywając wyrażeń obcych i nie umiejąc właściwie akcentować. Bardzo się tego wstydzą.

Wszyscy ci rzadcy Polski nienawidzą, boją się, nie chcą czegokolwiek wiedzieć o humanistyce. Nie wiedząc co w dziejach kultury polskiej – świeckiej i religijnej, naukowej i artystycznej, prawniczej i politycznej -jest ważne, okazują tej kulturze i nauce skrajne lekceważenie.