Akcja na powielacz, czyli mała historia z czasu stanu wojennego.

                                                                                                     

Akcja na powielacz, czyli mała historia z czasu stanu wojennego.

Jakub Bodzionny

1. Podgotowka

      Po wyjściu z aresztu w połowie marca 1983 r. znalazłem się w szczególnie niekomfortowej sytuacji. Z jednej strony nakręcała mnie nadzwyczaj wysoka motywacja do dalszego knucia, z drugiej zaś unieruchamiał wymóg zaniechania kontaktów z kolegami, którzy, po rozgromieniu przez SB Krakowskiej Komisji Wykonawczej NZS Adama Kality, chwilowo się przyczaili.

      Z wielką więc ostrożnością nawiązałem wpierw kontakt ze Staszkiem Iskrą ps. „Jasio”(za pośrednictwem siostry Eli, studiującej na tym samym wydziale prawa UJ), a nieco później z Piotrkiem Zielińskim ps. „Marcin”(socjologia UJ). Czasu wolnego miałem bądź ile, a nadzór esbecki, po nieudanej konfrontacji z wciąż siedzącym głównym denuncjatorem J. K. (biedaczek nie rozpoznał mnie dzięki bródce i nowym okularom) – jakby zniknął. Wykoncypowałem sobie wtedy, że skoro sankcję prok. Burzymowskiego mec. Grzybowski uchylił („na wariackie papiery” autorstwa guru krakowskiej psychiatrii, wielkiego dr. Cechnickiego), to trza działać, bo w razie następnej wpadki i tak muszą mnie zaraz wypuścić.     

Przypomniał mi się X., wspólny z Zielińskim znajomy z sylwestra w Nowym Sączu, studiujący etnografię na UJ. Udzielał się on społecznie w Polskim Klubie Ekologicznym, mającym swoją siedzibę w krakowskim oddziale proreżimowej organizacji „PAX” przy ul. Garbarskiej 9. Napomknął mi kiedyś niebacznie o potężnym powielaczu elektrycznym produkcji bratniego CSRS, użytkowanym przez ekologów w biurze na I piętrze przy Garbarskiej. Sprawę zgłosiłem więc pod rozwagę Piotrowi Zielińskiemu, który w krótkim czasie dostarczył sporządzony przez X. szkic wnętrza budynku i wymiary powielacza, oraz klucz do drzwi biura PTE – osobiście przez Piotra dorobiony w punkcie usługowym po wielu nieudanych próbach odciśnięcia w plastelinie.

      Opracowany we trójkę z Piotrkiem i Staszkiem plan był prosty – wyniesienie powielacza w pudle przed nosem portiera, a następnie zamelinowanie go na jakiś czas w bezpiecznym miejscu. Moi niedawni znajomi z aresztów na Monte i Zgody nazwaliby to „włamskiem na pasówkę”.

Pole tekstowe: Ryc 1            Kol. Bodziony prowadzi  rozpoznanie przed akcją.      

Przystąpiłem więc do montażu wielgachnej skrzyni ze solidnie wzmocnionej listwami pilśni. Wyglądała na zbitą gwoździami „na amen”, lecz boczna ścianka miała ukrytą zasuwkę, pozwalającą na natychmiastowe jej otwarcie. Pozór solidnego zbicia skrzyni miał uniemożliwić ewentualne sprawdzenie przez portiera jej zawartości.

        Pierwszy termin akcji ustaliliśmy na wtorek 24 maja o 8:30 rano. W razie zaistnienia jakiejś przeszkody wszystko miało być powtórzone do skutku w kolejne wtorki, jako że z informacji dostarczonych przez X. dzień ten i godzina były optymalne ze względu na rozkład pracy portierni, a zwłaszcza nieobecność szefa ekologów. W razie próby zatrzymania, pudło z powielaczem mieliśmy porzucić i czym prędzej oddalić się bez jakichkolwiek przepychanek.

      W przeddzień akcji skrzynię odebrał z mojego ówczesnego mieszkania przy al. Pokoju główny wykonawca – Jerzy Piasecki, student prawa a zarazem radykalny KPN-owiec. Jako jedyny z nas był właścicielem mocno skądinąd wysłużonego pojazdu marki Fiat 125p w kolorze zielono-żółtym. Skrzynię wcisnął do bagażnika, by w nocy nie zainteresował się nią jakiś włamywacz samochodowy. Auto miewało kłopot z zapłonem, więc zaparkował pod swoim domem na os. Krzesławice na pochyłości, by w razie czego ruszyć wykorzystując prawo powszechnej grawitacji. Jurek zgłosił wcześniej istotną uwagę, że wykonawcy powinni być, dla uśpienia czujności portiera, ubrani w chałaty a la „student z Żaczka”.

Pole tekstowe: Ryc 2       Kol. Piasecki (z prawej) dla rozgrzewki przed akcją atakuje pancerną kolumnę ZOMO.

Przygotował też dla siebie dodatkowo czapeczkę z daszkiem, maskując demaskującą go łysinkę. Te chałaty, jak wkrótce się okazało, uratowały sprawę.

2. Dawaj w pieriod !!!

      Parę minut po ósmej rano Jurek podjechał w umówione miejsce na ul. Mogilskiej, wsiadłem, i ruszyliśmy na czerwonego. Staszek już kręcił się na przystanku autobusowym pod Pewexem na Czarnowiejskiej (gdzie miał przejąć końcową cześć akcji), a Piotr, klepiąc pacierze za zwycięstwo, czekał na raporty z akcji w centrali, czyli w domu na Narzymskiego. Pogoda była wspaniała.

Pole tekstowe: Ryc 3   Kol. Iskra z bezpiecznej odległości dokumentuje przebieg akcji niezawodnym radzieckim aparatem foto-graficznym „Łomo” (tzw. łomografia).   

Przed wpół do 9 zaparkowaliśmy przy ul. Biskupiej, przecznicy od przecznicy z  Garbarskiej. W dwie minuty byliśmy w holu budynku PAX-u, gdzie nam trochę miny zrzedły, bo zamiast jednego – tego leniwego – ciecia, byli obaj, kręciło się też kilku mechesów ze sprzętem remontowym. Odprowadzani czujnym spojrzeniem ogółu zebranych, weszliśmy z naszą skrzynią na schody i dalej w korytarzyk (tu przynajmniej zgodnie z planem było pusto), gdzie po prawej mieli biuro ekolodzy. Klucz zadziałał i przed nami rozpostarł się niebiański widok błękitno-biało polakierowanego potężnego powielacza. Wpakowaliśmy go bokiem do skrzyni, Jurek połą chałatu przetarł blat biurka z ewentualnych odcisków palców, drzwi zamknąłem (żeby kto czego nie ukradł – w szafie, mój Boże, było jeszcze tyle farby i papieru A4 !), i jak najszybciej z powrotem na portiernię. Tu ogół zebranych znów oniemiał na nasz widok, ja wymamrotałem przygotowane „To chyba miało być na Mikołajską” (gdzie była druga siedziba PTE), i za bramę. Do auta było ze 300 metrów, tak że za rogiem musiałem poprawiać ciężar, bo mi pierońsko ciężka skrzynia zaczęła się wyślizgiwać z rąk. Za drugim rogiem wsadziliśmy towar do bagażnika, obserwowani leniwie przez kierowcę stojącej tuż za nami ciężarówki. Auto odpaliło od pierwszego kopa, i dawaj na melinę.

      Na alei Mickiewicza wpakowaliśmy się na niewłaściwy pas, lecz uprzejmy kierowca Żuka przepuścił nas do prawej, co pozwoliło mi wysiąść we właściwym miejscu – sto metrów przed skrętem w Czarnowiejską. Podbiegłem jeszcze zobaczyć, czy Staszek wsiądzie na moje miejsce – był – i pojechali dalej. Melinę zorganizował Staszek u Maćka Jamki (kolejnego studenta prawa) na strychu mieszkania jego matki przy Czarnowiejskiej. Ja podszedłem do fryzjera ostrzyc się i zgolić zapuszczoną jeszcze w śledczym brodę, i dodatkowo zmieniwszy na wszelki wypadek okulary wróciłem do domu.

Pole tekstowe: Rysunek 4 Dom Jamkina

3. Po bitwie.

  Popołudniową porą wybrałem się z umówioną relację do Piotra Zielińskiego, który miał już informację X. od zszokowanych ekologów z miejsca akcji. Około godziny 13 do biura na Garbarskiej przyszedł ich szef, narobił rabanu, przyjechało SB. Ustalili tylko, że klucz był dorabiany a z powielacza ciekła farba, lecz przed schodami ślad się urywał – potem wciąż ciekła, ale Jurkowi w jego czarne kościółkowe sztruksy z Pewexu. Żadnych rysopisów czy innych poszlak. Ciężkie chwile przechodził ponoć później jeden z szeregowych ekologów, znany organom z aktywności w opozycji, na którym nieuchronnie skupiło się wnikliwe ostrze oskarżeń

Pole tekstowe: Ryc 5         Kol. Rokita udziela akcji moralne-go wsparcia.    

  Sam powielacz przewiozłem we wrześniu z ludźmi Andrzeja Margasińskiego (student psychologii UJ) do domu Krystyny i Romana Graczyków przy ul. Krzywda w Płaszowie. Zastąpił tam wysłużony, ręczny powielacz „Standart”, na którym Margasiński drukował (często osobiście) swoje znakomite pismo „Odmowa”, propagujące ideę non-violence. Na nowej maszynie ukazały się pierwsze numery „Wolnego Słowa”, organu założonej co dopiero przez Piotra, Staszka i Jacka Ramotowskiego filii warszawskiego Kosa. Krakowski Kos, w nowym i rozszerzonym składzie, działał skutecznie bo dyskretnie na niwie poligrafii do samego 1989 roku, robiąc m.in. krakowskie edycje „Tygodnika Mazowsze”. Będąc już dwukrotnie „spalony” trzymałem się od tego z daleka, użyczywszy raz tylko mieszkania na spotkanie z wizytującym KKos-a Konstantym Gebertem pseudonim Dawid Warszawski.

      Wracając jednak do powielacza, gospodarzom z ul. Krzywda (skądinąd bardzo miłym) nasza obecność z czasem zaczęła jakby trochę ciążyć, ja ich aluzje puszczałem mimo uszu, a życie, jak to ma w zwyczaju, samo rozwiązało narastający problem. Graczyk mianowicie udzielał się rozlegle w różnych podejrzanych środowiskach, krajowych i zagranicznych, w tym również w paryskim „Kontakcie”. A że działał tu z nim jego bliski kolega, osławiony Lesław Maleszka więc, 27 kwietnia 1984 r., tuż przed wizytą jakichś Francuzów, przyjechali do Graczyków zrobić kocioł chłopcy z Mogilskiej 109. Ze zdumieniem odkryli na strychu powielacz, farbę, papier i usmarowane matryce białkowe, które mozolnie od razu usiłowali odczytywać. Francuzów, już idących ulicą Krzywda, zawróciły dzielne sąsiadki, lecz sprzęt przepadł.

       Po raz ostatni zobaczyłem nasz piękny powielacz w krótkim „spocie” Kroniki Krakowskiej TVP, informującym społeczeństwo o likwidacji kolejnej nielegalnej drukarni. Stał, biedny i samotny, na jakiejś wykładzinie podłogowej, zapewne w pokoju przesłuchań kwatery głównej SB – w trzecim bloku KW MO. „Zabezpieczono wysokowydajny sprzęt poligraficzny produkcji zachodniej” – obwieścił grobowym głosem spiker.     Amen.

                                                                                            (Zdjęcia z arch. fot. 1980-84 Krakowskiego KOS)

Dodatek: zdjęcia Stanisława Iskry

Powielacz elektryczny . Zdjęcie z drukarni strajkowej na UJ / studencki strajk solidarnościowy / listopad- grudzień 1981

Rozpędzanie demonstratów po Mszy Św.  za Ojczyznę 13 maja 1982 Rynek Główny Kraków.

Wspomnienia b. studenta UJ Stanisława Iskry o „czasach jaruzelskich”

Wspomnienia b. studenta UJ Stanisława Iskry [NZS] o „czasach jaruzelskich”

Moje kontakty z opozycją rozpoczęły się już przed sierpniem 1980 roku. Bartek Sienkiewicz skontaktował mnie z Jackiem Skrobotowiczem, przez którego byłem informowany o różnych spotkaniach w kościołach, odczytach, manifestacjach, w których następnie brałem udział.

Pod koniec lat 70. bywałem w dominikańskiej Beczce na spotkaniach z różnymi znanymi osobami, które swe wykłady prowadziły również w ramach TKN (Towarzystwo Kursów Naukowych). Ważną datą, momentem w moim życiorysie była śmierć Stanisława Pyjasa. Jako szesnastoletni chłopiec byłem uczestnikiem Czarnego Marszu po jego śmierci. Już wówczas było dla mnie jasne, że nie była to przypadkowa śmierć, lecz został zabity. Do dzisiejszego dnia sprawcy nie zostali ukarani, a wiele różnych osób – nawet agentów czy milicjantów – zginęło by zatrzeć ślady. Również człowiek, który prawdopodobnie ponosi dużą moralną odpowiedzialność za śmierć Pyjasa, tzn. Maleszka, żyje sobie w dobrobycie. Powinno to dać każdemu dużo do myślenia na temat naszej rzeczywistości – rzekomo demokratycznego i wolnego państwa.

Do gremium osób o podobnych poglądach wciągnął mnie Bartek Sienkiewicz. Tam też powstał pomysł by wydawać pismo dla licealistów. Rozeszło się to jednak po kościach – być może dlatego, że Bartek należał do ludzi, którzy dużo mówili, a faktycznie byli często niekonsekwentni w swoich działaniach. W tym czasie poznałem Kubę Bodzionego, który wcześniej chodził wraz Bartkiem do jednej szkoły podstawowej. Z czasem nawiązała się moja przyjaźń z Kubą, która trwała przez lata 80. i była bardzo owocna, jeśli chodzi o współpracę w podziemiu.  

W 1980 zostałem studentem prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim i już we wrześniu zapisałem się do powstającego NZS-u. Następnie zostałem szefem koła na pierwszym roku prawa. W tym czasie, na drugim roku prawa – również zaangażowanym w NZS – był Aleksander Galos, z którym później ściśle współpracowałem, również poprzez działalność w Kole Naukowym TBSP (Towarzystwo Biblioteki Słuchaczów Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego). Zetknąłem się w tym czasie z wieloma ciekawymi osobami, których zawodowe kariery różnie się potoczyły. Niektórzy np. zostali znanymi adwokatami zarówno w stolicy jak i Krakowie. Marka Łosia poznałem już w czasach licealnych, ale bliższy kontakt nawiązaliśmy w czasie działalności w Kole Naukowym TBSP. Trzeba dodać, że nie byłem jakimś czołowym działaczem NZS-u w przeciwieństwie do starszych kolegów, którzy mieli szersze kontakty i lepsze rozeznanie środowiska. Zostałem jednak wybrany – jako przedstawiciel studentów – do Rady Wydziału, w której znaleźli się zarówno ludzie z NZS-u, jak i SZSP (Socjalistyczny Związek Studentów Polskich). Wydaje mi się, że niezrzeszonych przedstawicieli tam nie było.        

16 miesięcy względnej wolności przebiegły mi podobnie, jak wielu innym członkom NZS-u. Braliśmy udział w demonstracjach, marszach w obronie więźniów politycznych, strajkach okupacyjnych na uczelni i innych akcjach. W pewnym momencie zacząłem robić zdjęcia dokumentalne, gdyż miałem przekonanie, że na moich oczach dzieje się historia i warto by te rzeczy uwiecznić. Stąd też posiadam pewną ilość zdjęć z ważniejszych wydarzeń tego okresu, w tym ze strajku listopadowo-grudniowego w 1981 r. na UJ i PWST. Dziś się okazuje, że na moich zdjęciach – oprócz Jerzego Stuhra, który miał wówczas prelekcję dla strajkujących studentów – widnieje Piotr Cyrwus, znany aktor Teatru Starego. Ujęcie pokazuje jak wcina strajkową zupkę. Na zdjęciach ze strajku na UJ przewijają się także Bogdan Klich, Aleksander Galos, Adam Kalita, Marek Lasota, Andrzej Rokita i wielu innych. Uczestniczyłem też w strajku lutowym tego samego roku, ale musiałbym sprawdzić czy posiadam jakieś zdjęcia z tego okresu. Obecnie pracuję nad wydaniem zdjęć w formie albumu, w którym znalazłyby się zdjęcia nie tylko moje, ale również moich współpracowników, kolegów.

Po wprowadzeniu stanu wojennego prowadziliśmy różne formy działalności.

zdj. 13 maja 1982 Rynek Główny, Kraków

Moim autorskim pomysłem było zorganizowanie grupy fotografów – dokumentalistów. Tworzyło ją na stałe dwie osoby, oraz kilka dodatkowych, które zmieniały się w zależności od potrzeb. Zdjęcia, oprócz mnie, wykonywali: Jakub Bodziony, Ryszard Małusecki, Andrzej Rokita i Zbigniew Świderski. Przed spodziewanymi wydarzeniami dowiadywałem się od jednego z członów TKRH o szczegółach przygotowywanej manifestacji, opracowywaliśmy plan przypuszczalnego przemarszu demonstrantów – przeważnie z rejonu bieńczyckiej Arki lub spod kombinatu – oraz typowaliśmy miejsca, w których ewentualnie uderzy ZOMO. Wybieraliśmy następnie punkty obserwacyjne na klatkach schodowych czy dachach. Każdy z nas był rozmieszczony w innym rejonie dzielnicy.

zdj. 16.czerwca 1982 Jedni z najmłodszych demonstrantów w Nowej Hucie

Fotografowie mieli przydzielone po osobie towarzyszącej, która ich ubezpieczała. Nie chodziło tylko o ewentualnych ubeków, którzy mogli nas namierzyć. Jeśli robiło się zdjęcia w środku wydarzeń, to bardziej patrzyło się w kadr niż rozglądało za potencjalnym  niebezpieczeństwem. W krótkim czasie pojawiały się kolumny ZOMO i grupki esbeków.

Trzeba też dodać, że niebezpieczeństwo nie groziło nam tylko ze strony sił reżimowych, ale również demonstranci niekiedy nerwowo reagowali na fotografujących ich ludzi. Obawiali się ewentualnego rozpoznania i aresztowania. Zdarzały się sytuacje, że fotografom wyciągano filmy, a niejednego przegoniono kopniakami. Dlatego w takich sytuacjach przydawała się osoba towarzysząca, która wyjaśniała kim jesteśmy i co robimy. Wydaje mi się, że to przyczyniło się do tego, iż poza jednym przypadkiem kolegi wyciągniętego z tramwaju i pobitego przez ZOMO (Rysiek Małusecki powiedział: „nawet nie zauważyłem, kiedy znalazłem się na ziemi”), nikomu z nas nigdy nic się nie stało. Przyjęliśmy też zasadę, co widać na naszych filmach, że staraliśmy się robić ujęcia ludziom z tyłu pochodu czy tłumu, czasem z pewnej odległości. Myślę, że stali uczestnicy zadym to zauważali, gdyż esbecy raczej postępowali odwrotnie.

Dziś jest to oczywiście pewnym mankamentem, gdyż zdjęcia robione z frontu są na pewno ciekawsze, więcej z nich można wydobyć informacji, ale taki był wymóg tamtych czasów. Liczyliśmy się poważnie z możliwością zatrzymania i przejęcia filmów przez SB. Nie chcieliśmy by posłużyły do identyfikacji demonstrantów. Oczywiście nie zawsze się udawało wykonywać ujęcia ściśle według tych zasad.

Dochodziło też czasem do groźnych sytuacji, kiedy zomowcy strzelali pociskami z gazem na wprost. Takie pojemniki leciały z dużym impetem i były śmiertelnie niebezpieczne. W ten sposób zginął Ryszard Smagur – robotnik Huty im. Lenina – który dostał takim pociskiem w krtań. Nim przyjechała karetka, już nie żył. Ja natomiast czymś takim dostałem w ramię, które było całe pokrwawione i sine, a w swetrze powstała pokaźna dziura. 

Zaopatrzenie w – trudne podówczas do zdobycia – papier i odczynniki fotograficzne wziąłem na siebie. Sprowadziłem z Niemiec wysokoczułe filmy Ilford do zdjęć nocnych. Miałem też możliwości pożyczania teleobiektywu w początkowym okresie z Towarzystwa Dagerotypistów, którego byłem członkiem, i gdzie prezesem był Janusz Surman. Na dużych zadymach często robiłem zdjęcia z perspektywy wykorzystując do tego dachy bloków. Tak sfotografowałem – podczas demonstracji – Aleję Lenina dziś Solidarności, Plac Centralny oraz Aleję Rewolucji Październikowej dziś al. Armii Krajowej. Na utrwalonych ujęciach widać cały przegląd sytuacji: kolumny ZOMO, demonstrantów, moment pacyfikacji, itp. Myślę, że niektóre zdjęcia nie są gorsze od tych robionych przez profesjonalistę Stanisława Markowskiego. Oglądając jego wystawę, odnosiłem chwilami wrażenie, że niektóre zdjęcia są moje. Przy bliższej analizie okazywało się jednak, że różnią się kątem wykonania. Zdarzały się również sytuacje, że w zdenerwowaniu i zamieszaniu zakładało się ponownie naświetlony już film. Tym sposobem część zdjęć z pogrzebu Bogdana Włosika została utracona.

Staraliśmy się więc jak najdokładniej dokumentować przebieg wydarzeń. Działalność tą prowadziliśmy od marca 1982 r. do 1984 r., gdyż później demonstracje osłabły i były rzadsze. Wykonaliśmy łącznie ponad półtora tysiąca zdjęć. Oczywiście nie wszystkie dotyczą  spektakularnych akcji. Udało się jednak utrwalić – i to wielokrotnie – chwile rozbijania demonstracji, barykady, płonący pomnik Lenina, rzucanie ulotek, zamaskowanych demonstrantów w kominiarkach i esbeków w akcji, cały ciężki sprzęt krakowskiego ZOMO, świetlne krzyże na akademikach i krzyże układane z kwiatów, a nawet uliczną audycję radia podziemnej Solidarności! Śledząc klatkę po klatce można wiele wydarzeń zrekonstruować. Powstał duży zbiór zdjęć, niekiedy dość unikalnych. Ich szczególna wartość polega na tym, że większość zdarzeń fotografowaliśmy z różnych miejsc i perspektyw.

zdj.  31.08.1982 Aleja Solidarności dawnej Al. Lenina, demonstracja w 2 rocznicę Porozumień Gdańskich

Jak już wspomniałem, w ówczesnych czasach zdobycie odpowiednich odczynników, czy nawet negatywów czarno-białych (o kolorowych już nie wspomnę) wymagało ogromnej przedsiębiorczości. Na każdej demonstracji kilka filmów zostało zużytych, czyli potrzeby były spore. Dlatego zajmowałem się na różne sposoby pozyskiwaniem wspomnianych produktów – z dobrym skutkiem. Np. negatywy cięliśmy z taśmy, która miała 25 metrów długości. Następnie się nawijało i wkładało do rolek. Również własnym sumptem – w łazience u rodziców, czasem u mojego przyjaciela Jakuba Bodzionego – w zaimprowizowanej ciemni wywoływaliśmy negatywy i robili odbitki. Powodowało to „okupację” łazienki zazwyczaj przez całą noc.                 

Zdjęcia – anonimowo, bez podawania autora – były przesyłane różnymi kanałami Solidarności na Zachód, gdzie trafiały w przeróżne miejsca. Z czasem, poprzez pewnego dziennikarza, otworzyły się mi bezpośrednie kontakty na Niemcy Zachodnie.  Przekazywał dostarczone odbitki m.in. do Komitetu Poparcia Solidarności w Malmoe, gdzie działał pan Lebenstein. Z przesłanych zdjęć w jednym z kościołów we Frankfurcie zorganizowano wystawę, pokazującą stan wojenny w Krakowie. Wiele lat później zetknąłem się z mężczyzną, który widział tę wystawę i stwierdził, że największe wrażenie na nim zrobiły nawet nie te pędzące sikawki, SKOT-y czy obłoki gazu, ale zdjęcie wykonane 13 marca 1982 r. w miesięcznicę stanu wojennego. Był to ułożony z odpowiednio zapalonych świateł w oknach wielki krzyż na elewacji akademiku „Akropol” w Miasteczku Studenckim. Zdał on sobie sprawę, że to ogromne przedsięwzięcie organizacyjne – by światła w jednych pokojach wygasić, a w innych zapalić – świadczyło o całkowitej jednomyślności wśród studentów. O planowanym przedsięwzięciu byłem wcześniej powiadomiony przez kolegów z Miasteczka i dzięki temu udało mi się wszystko sfotografować. Podjęto wtedy też próbę ułożenia napisu „Solidarność” na jednym z niższych akademików, która jednak się nie powiodła do końca – liczba potrzebnych okien była mała, a sam napis nieco skomplikowany.    

Nasze zbiory udostępniliśmy Fundacji Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego w Krakowie – zeskanowano je na wypadek, gdyby z negatywami coś się stało.

zdj.4

zdj. 31.08.1982 koło Arki Pana, Nowa Huta Bieńczyce

W grudniu 2009 r. kilkadziesiąt odbitek wykorzystano na pierwszej wystawie rocznicowej w tworzonym nowohuckim Muzeum PRL, rok później część kolekcji zaprezentowano na zlocie „Kaczmarski underground” w Marszowicach.

W 2011 r. skorzystał z nich również Instytut Pamięci Narodowej w Krakowie, który w rocznicę stanu wojennego zorganizował na Placu Szczepańskim piękną wystawę plenerową. Moje zdjęcia były zaprezentowane na dwóch tablicach spośród kilkunastu, dotyczących wydarzeń w Krakowie. Udostępniłem też osiem dość rzadkich zdjęć z demonstracji na krakowskim rynku Mirkowi Lewandowskiemu i Maćkowi Gawlikowskiemu do ich rewelacyjnej książki „Gaz na ulicach”. Cieszę się niezmiernie, że w ten sposób mogłem choć trochę przyczynić się do wydania tej interesującej pozycji. 

Po wprowadzeniu stanu wojennego nie zostałem uznany za jakiegoś szczególnie niebezpiecznego wywrotowca i nie byłem internowany. Jak wszyscy dowiedziałem się nad ranem, że w kraju mamy wojnę. Telefony zostały wyłączone, ale i tak – w tamtych czasach – nie każdy go miał. Przykładowo moi rodzice dostali go kilka lat później po kilkunastoletnim okresie oczekiwania. Również komunikacja miejska nie funkcjonowała. Dlatego, by zorientować się w sytuacji, nawiązać jakiś kontakt z ludźmi, wyciągnąłem rower z piwnicy i przy dwudziestostopniowym mrozie udałem się do centrum miasta. W pierwszej kolejności pojechałem do lokalu NZS-u na ul. Gołębiej. Okazało się, że odpowiednie służby tak były zajęte Solidarnością, iż zostawiły sobie na później, przejęcie wspomnianego lokalu NZS. Do mojego przyjazdu nie został on „splądrowany” i rozpoczęła się spontaniczna akcja wynoszenia i ukrywania sprzętu oraz dokumentów.

Zdawaliśmy sobie sprawę, że wcześniej czy później bezpieka przyjedzie i wszystko przejmie. W grupach, zwykle po dwie osoby, zaczęliśmy krążyć między ul. Gołębią a kościołem dominikanów, w którym zakonnicy zgodzili się przyjąć w depozyt własność Zrzeszenia. Staraliśmy się również obserwować inne grupy czy nie zostały zatrzymane. Generalnie obeszło się dosyć spokojnie, chociaż miał miejsce ciekawy incydent z moim udziałem. Przenosiłem rzeczy z jakimś człowiekiem, którego nie znałem, ani nawet dotąd nie widziałem, np. na niedawnym strajku. W pewnym momencie rzucił on pomysł by przenosić materiały do kościoła Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny przy ul. Loretańskiej prowadzonego przez kapucynów. Poszliśmy tam, ale duchowny, który z nami rozmawiał nie znał ani mnie, ani jego i zapewne dlatego grzecznie odmówił. Być może osoba, która zaproponowała takie rozwiązanie była prowokatorem i prowadziła jakąś grę by przejąć z czasem te materiały w dogodniejszym dla nich miejscu. Wówczas przyjmowałem to w dobrej wierze – dziś się jednak nad tym incydentem mocno zastanawiam. Potem w dalszym ciągu nosiliśmy materiały do dominikanów i nie słyszałem by esbecja zdecydowała się tam na jakiś nalot.

W pierwszych dniach stanu wojennego częściej udawałem się do centrum miasta by nawiązać jakieś kontakty. Wówczas też spotkałem dwóch studentów prawa, moich przyjaciół, Jerzego Piaseckiego i Andrzeja Rokitę. W ich posiadaniu były już ulotki związane ze stanem wojennym. Dlatego umówiliśmy się, że po skończeniu godziny milicyjnej, następnego dnia nad ranem, przeprowadzimy akcję roznoszenia ulotek po klatkach schodowych na os. Na Stoku. Jeden czuwał przed blokiem, pozostałych dwóch działało w klatkach rozklejając lub w inny sposób wieszając ulotki. Poszło nam to bardzo sprawnie, jedynie, gdy zaczynał się jakiś ruch to się oddalaliśmy.

Jerzego Piaseckiego i Andrzeja Rokitę poznałem już we wrześniu 1980 r. Tak jak i oni bywałem na ul. Gołębiej, gdzie miał siedzibę NZS UJ. Widywaliśmy się też często w tramwaju numer 4 na trasie do Nowej Huty. Z czasem ukształtowało się pewne wzajemne zaufanie między nami, zwłaszcza, że mieliśmy podobne poglądy na rzeczywistość. W stanie wojennym współdziałaliśmy w wielu przedsięwzięciach. Zbieraliśmy np. relacje jak wyglądało wprowadzanie stanu wojennego w różnych regionach i zakładach w kraju – ciekawe informacje na ten temat dotarły do nas m.in. ze Śląska. 

Pierwsze tygodnie stanu wojennego wyglądały dosyć chaotycznie: sporo osób zostało aresztowanych czy internowanych, wiele kontaktów uległo zerwaniu. Z czasem jednak zaczęły powstawać pierwsze struktury podziemne związane z NZS jak SKOD NZS (Studencki Komitet Obrony Demokracji Niezależnego Zrzeszenia Studentów) czy KKW NZS (Krakowska Komisja Wykonawcza Niezależnego Zrzeszenia Studentów). W tym czasie miałem już pewne kontakty konspiracyjne i łączność z funkcjonującymi siatkami kolportażowymi.

 Po wznowieniu zajęć w I 1982 spotkałem się z Olkiem Galosem, który był studentem drugiego roku prawa i odgrywał znaczącą rolę w strukturach NZS. Znaliśmy się jeszcze z okresu sprzed grudnia 1981 r. z podejmowania wspólnych inicjatyw w ramach NZS i samorządu studenckiego.

Jako, że posiadałem zbiór publikacji niezależnych – w dużej mierze – jeszcze sprzed sierpnia 1980 r., to zaproponowałem by był on udostępniony w bibliotece Wydziału Prawa i Administracji. Poparła to wydziałowa Solidarność z Tomaszem Gizbert-Studnickim na czele. Zbiór został skatalogowany po przekazaniu i udostępniony wszystkim zainteresowanym. Jedna z koleżanek stwierdziła nawet, że jestem chyba nazbyt szczodry, gdyż przekazywałem np. tomiki poezji Barańczaka z jego autografem. Miałem jednak nadzieję, że będzie to długo służyć studentom i nigdy tego nie żałowałem.

Po wprowadzeniu stanu wojennego te publikacje, jak wiele innych, zostały gdzieś zadekowane i do tej pory nie mam żadnej wiedzy na ten temat. To właśnie Alek Galos, który miał do mnie zaufanie, zaproponował bym włączył się w kolportaż KKW. Przekazał mi kontakt na osobę, która organizowała strukturę kolportażową na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie znałem jego nazwiska a jedynie pseudonim. Spotkanie z nim zostało zaaranżowane w Parku Jordana – ja miałem mieć w ręku gazetę i miała to być chyba „Polityka”. W czasie tego spotkania dostałem różnego rodzaju kontakty by np. poprzez kanał NZS odbierać bibułę i przekazywać ją dalej.

Wówczas to poznałem Barbarę Syc, która studiowała germanistykę i mieszkała na Miasteczku Studenckim. Brała ode mnie duże ilości publikacji, które następnie upłynniała po akademikach. Później Barbara współpracowała również z Ruchem Wolność i Pokój i była rozpracowywana oraz inwigilowana pod kryptonimem „Koala”.

W pewnym momencie, gdy nasze kanały dystrybucyjne zostały rozwinięte, ilości kolportowanej bibuły zaczęły być spore. Cały czas pojawiały się też nowe pisma. W naszej grupie było wiele osób, m.in. Jurek Piasecki, Andrzej Rokita, Kuba Bodziony, który poznał mnie z Piotrkiem Zielińskim i Jackiem Ramotowskim. Ten ostatni miał kontakty na Warszawę i w jakimś momencie zaczął nam przywozić pismo „KOS”. Nieco później nawiązaliśmy również kontakt z ludźmi je wydającymi. Było to niezłe pismo od strony jakościowej i technicznej, które kolportowaliśmy do końca lat 80.  Z Warszawy przywoziliśmy też książki, głównie NOWej.

Zwykle raz na dwa tygodnie ktoś od nas udawał się po materiały do stolicy. Wyjeżdżało się rano by wrócić wieczorem. Również ja wielokrotnie tam jeździłem. Czasem dochodziło do zabawnych sytuacji związanych np. z lokalizacją punktu kontaktowego u przygłuchawej babci, gdzie przez drzwi trzeba było krzyczeć hasło i pół klatki schodowej wszystko słyszało. Na szczęście obeszło się bez wpadki i wszystko funkcjonowało. 

W połowie lat 80. pojawiły się też pierwsze kasety video, np. z filmem Przesłuchanie Bugajskiego, chociaż odtwarzacz do nich był wówczas luksusem i tylko nieliczni go posiadali. Kolportowaliśmy też kasety magnetofonowe i różnego rodzaju znaczki. Zaczęliśmy też drukować swoje czasopisma: „Nihil Novi”, a potem „Wolne Słowo”.

Teksty nie były pisane przez profesjonalnych dziennikarzy dlatego też i pisma nie były na najwyższym poziomie. Początkowo drukowaliśmy na białku w czym kilka razy uczestniczyłem. Ogromnym kłopotem był lokal w którym moglibyśmy to robić. Wszyscy mieszkaliśmy u naszych rodziców a mieszkania były raczej niewielkie. Kiedyś drukowaliśmy u mojego chrzestnego, który miał tzw. M-3 czyli małe mieszkanie dwupokojowe, posiadał też trójkę dzieci a lokum miało 36 metrów kwadratowych. Czyli mieszkało tam pięć osób i do tego przyszło jeszcze dwóch facetów – ja i Kuba. Z braku miejsca rozłożyliśmy ramkę na podłodze w przedpokoju i tam drukowaliśmy.

W takich chałupniczych warunkach się to niekiedy odbywało. Po jakimś czasie, poprzez moje kontakty udało się sprowadzić sito z RFN. Wyglądało ono jak kawałek materiału i dlatego, gdy ktoś nie wiedział do czego może służyć, to był to dla niego kawałek nylonu. Do momentu swego aresztowania sprawami druku najczęściej zajmował się Kuba Bodziony. Później nieco mniej się angażował uważając, że jest już osobą znaną dla SB i liczył się z ew. inwigilacją. Cały czas nas jednak wspierał. Niektóre z zachowanych egzemplarzy, które wydrukowaliśmy, są przechowywana w Fundacji Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego.   

Od pewnego czasu zaopatrywaliśmy się nie tylko poprzez kanały dystrybucyjne NZS-u, ale również inne. Mieliśmy kontakty z kombinatem w Nowej Hucie, w którym robotnicy wydawali m.in. „Hutnika”. U Zbyszka Paradowskiego, pracownika HiL-u, dochodziło do wymiany bibuły: myśmy dawali studencką czy kosowską z Warszawy, a oni nam robotniczą. Jedne pisma powstawały i szybko znikały z rynku, zaś inne były wydawane całymi latami. Z Warszawy przywoziliśmy nie tylko „KOSa” – który cieszył się dużym zainteresowaniem – ale również „Wolę” i „Tygodnik Mazowsze”. Ten ostatni był drukowany później przez nas też w Krakowie z przywożonych ze stolicy matryc.  

W marcu 1983 r. znaczna część krakowskiego podziemia studenckiego została zdziesiątkowana przez aresztowania  będące skutkiem tzw. sprawy Krawczyka z  NZS. Była to osoba, która konspirując nawiązała rozległe kontakty i została zatrzymana w początkowej fazie SOR „Ważny”, skierowanej przeciw KKW NZS.

Po kilkutygodniowych przesłuchaniach esbecy znaleźli jakiś jego słaby punkt (był nim ponoć zamiar zawarcia w najbliższym czasie małżeństwa). Niestety opowiedział wszystko co wiedział i nawet to, czego się tylko domyślał. W konsekwencji rozpracowano mnóstwo osób, aresztując około dwudziestu, co mocno uderzyło w podziemie studenckie. Była to bardzo przykra i nieprzyjemna sprawa, która dotknęła również nas. Aresztowano moich kolegów Ryśka Małuseckiego i Kubę Bodzionego. Przy zatrzymaniu tego drugiego doszło do nieco zabawnej sytuacji, gdyż jego ojciec również nosił to samo imię.  Zdezorientowani esbecy musieli dzwonić podczas rewizji do przełożonych, którego Jakuba mają zatrzymać. A że ojciec również działał w strukturach podziemnej Solidarności, więc żaden Jakub nie miał pewności, który będzie zabrany. Zaczęliśmy wkrótce ewakuować nasze lokale i materiały, gdyż rozeszła się pogłoska, jakoby Małusecki zaczynał opowiadać i ludziom grozi niebezpieczeństwo.

Okazało się jednak, że nic właściwie nie powiedział, przyznając się jedynie do rzeczy, co do których miał pewność, iż SB już wiedziało. Jednak wśród nas zapanował pewien niepokój. Kuba był przetrzymywany w areszcie na ul. Montelupich w celi z trójką kapusi, którzy „troskliwie” się nim opiekowali próbując, całkiem zresztą bezskutecznie, wyciągnąć jakieś informacje. Cała sprawa nie spowodowała ostatecznie w naszej siatce dalszych strat, chociaż zatrzymane osoby sporo wiedziały, również o mnie. Okazało się, że dobór ludzi był na szczęście trafny i nie popełniliśmy jakichś błędów w naszej coraz szerszej działalności.

Po rozbiciu KKW narodził się pomysł, by kontynuować działalność w nowej strukturze. Inicjatorem tego byłem ja, Piotr Zieliński oraz Jacek Ramotowski. Chcieliśmy nadać ramy organizacyjne temu przedsięwzięciu pokazując na zewnątrz, że mimo rozbicia jednej struktury, ta część środowiska studenckiego jest zdolna do kontynuowania działalności. Tak narodził się Krakowski KOS czyli KKOS. Przez Ramotowskiego utrzymywaliśmy stały kontakt z warszawskim KOS-em, dużą i efektywną strukturą, mającą szerokie kontakty praktycznie na całą Polskę. Byli oni w stanie systematycznie drukować duże ilości dobrej jakościowo bibuły.

Utworzyliśmy więc krakowski oddział i odtąd większość przedsięwzięć była firmowana jako KOS lub KKOS. By sfinansować podróże do Warszawy po bibułę dwukrotnie wydaliśmy  kalendarze (1984 i 1985). Były to publikacje głównie ze zdjęciami opisanej już, naszej grupy fotografów. Wykorzystaliśmy tylko kilka fotografii krążących po Polsce – z internowanymi w Białołęce czy z grudnia 81 w Gdańsku. 9 na 12 to były nasze zdjęcia, w czarno-białej konwencji. Oczywiście dni takie jak 3 maja czy 11 listopada były oznaczone jako świąteczne. Zdjęcia dotyczyły zajść w Nowej Hucie bądź na Rynku w Krakowie z 13 maja 1982 r. Obydwa kalendarze cieszyły się ogromnym powodzeniem, a my zdobyliśmy fundusze na dalszą działalność.

W 1986 roku opuściłem Polskę w pogoni za kawałkiem chleba. KKOS działał bez najmniejszej wpadki do 1989 roku, koncentrując się na wydawaniu krakowskiej wersji Tygodnika Mazowsze. Po moim wyjeździe odeszli z niego Jurek Piasecki i Krzysztof Kopeć a Jacek Ramotowski na stałe przeniósł się do Warszawy. Organizacją kierował dalej Piotr Zieliński. Niezmiernie smutnym jest fakt, że dzisiaj w dalszym ciągu Polska nie stwarza młodzieży perspektyw życiowych i duża jej część także musi szukać szczęścia na obcej ziemi.

Stanisław Iskra, ur. 1 maja 1961 r. w Krakowie.

W l. 1980-1986 student Wydziału Prawa UJ w Krakowie.

Przed 1980 r. miał kontakty ze środowiskami opozycyjnymi m.in. przez B. Sienkiewicza i J. Skrobotowicza; uczestnik spotkań w dominikańskiej „Beczce”; uczestnik „Czarnego Marszu” w Krakowie, zorganizowanego po śmierci Stanisława Pyjasa.

Zaangażowany w tworzenie NZS na UJ w Krakowie; członek komisji informacji KU NZS (wrzesień-październik 1980 r.); przewodniczący koła NZS na pierwszym roku kierunku „Prawo” na UJ; reprezentant studentów w Radzie Wydziału Prawa UJ; uczestnik strajków studenckich w lutym i w listopadzie i grudniu 1981 r.; dokumentalista protestów studenckich na krakowskich uczelniach.

Po wprowadzeniu stanu wojennego współpracownik Studenckiego Komitetu Obrony Demokracji NZS i Krakowskiej Komisji Wykonawczej NZS; współzałożyciel Krakowskiego Komitetu Oporu Społecznego – oddziału ogólnopolskiej organizacji KOS-ów; organizator sieci kolportażu prasy i książek bezdebitowych (m.in. warszawskiego „KOS-a”, „Tygodnika Mazowsze” i „Woli”, a także podziemnej prasy krakowskiej), ps. „Jasio”; współwydawca pisma „Wolne słowo” i „Nihil Novi”; wydawca podziemnych kalendarzy-cegiełek na rok 1984 i 1985.

Uczestnik demonstracji i manifestacji w Nowej Hucie; od 13 maja 1982 r. do 1986 r. dokumentalista i fotograf manifestacji, demonstracji w Krakowie i w Nowej Hucie; w 1982 r. stworzył grupę fotografów-dokumentalistów Krakowskiego KOS (m.in. Jakub Bodziony, Ryszard Małusecki, Andrzej Rokita, Zbigniew Świderski i Paweł Zechenter), oraz grupy zabezpieczającej fotografów w trakcie wykonywania zdjęć (m.in. Jerzy Piasecki, Jerzy Plebanek i Andrzej Rokita), której zadaniem było dokumentowanie wydarzeń w stanie wojennym (archiwum zespołu liczy dziś ok. 1,5 tys. zdjęć); zdjęcia były przekazywane m.in. do Szwecji i Niemiec; część jego zdjęć z lat 80. XX w. zostało opublikowanych w zbiorowym albumie „Zapis zdarzeń. Przemiany społeczne, polityczne i kulturowe w latach 1980-1989 w obiektywach fotografików krakowskich” (2015).

W 1986 r. zdecydował się na wyjazd do pracy w RFN. Został skreślony z listów studentów i przymusowo wymeldowany z mieszkania rodziców po wyjeździe. Do Polski wrócił w 2012 r.

Odznaczony medalami „Niezłomnym w Słowie” (2011) oraz „Za zasługi dla Małopolskiej Solidarności” (2016).

[ informacja zredagowana przez Sławomira Chmurę z 2013 r.]

Plagi akademickie w ciągłości PRL i III RP

wRealu24-Uniwersytet Jagielloński w łapach ideologów? J. Wieczorek o plagach akademickich

Jan Wierusz-Kowalski – z klasztoru, przez UJ, do SB

baner-czlowiek-nauki

Jan Kanty Wierusz-Kowalski w Wikipedii:

(ur. 19 sierpnia 1912 we Fryburgu, zm. 26 sierpnia 2000 w Warszawie) – polski benedyktyn, zaangażowany w odnowę biblijną i liturgiczną, po opuszczeniu zakonu pracownik Urzędu ds. Wyznańreligioznawca, autor wielu popularnych prac o chrześcijaństwie pisanych z perspektywy materialistycznej.

Urodził się w Szwajcarii, gdzie jego ojciec Józef Wierusz-Kowalski pracował jako wykładowca uniwersytecki. W 1931 wstąpił do zakonu benedyktynów w Zevenkerken w Belgii, gdzie następnie przygotowywał się do pracy w Polsce. W 1937 przyjął święcenia kapłańskie, a w 1939 zamieszkał w Tyńcu, gdzie doszło do odnowienia wspólnoty benedyktyńskiej po ponad stu latach. Po II wojnie światowej wykładał liturgikę na Uniwersytecie Jagiellońskim, był zaangażowany w odnowę życia liturgicznego. Przetłumaczył i opatrzył komentarzem encyklikę Piusa XII „Mediator Dei” (1948). W tym samym roku razem z Aleksym Klawkiem założył czasopismo „Ruch Biblijny i Liturgiczny”, którego był współredaktorem naczelnym. W 1949 obronił pracę doktorską na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1952 opuścił zakon, ale początkowo pracował jako ksiądz diecezjalny we Wrocławiu, gdzie m.in. wykładał liturgikę w seminarium duchownym, a w latach 1953–1955 był administratorem Parafii Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej we Wrocławiu. Następnie opuścił stan kapłański i w 1959 został przeniesiony ad statum laicale. Według badań Sławomira Cenckiewicza, od roku 1953 był agentem Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, o nieustalonym dotąd pseudonimie i zakresie współpracy.

W latach 60. został pracownikiem Urzędu do spraw Wyznań. Pod pseudonimem „Jan Wnuk” opublikował cztery książki o przebiegu soboru watykańskiego II, krytykowane w kręgach kościelnych jako fałszywie przedstawiające sytuację Kościoła i stanowisko polskiego Episkopatu. Przypisywano mu też błędnie autorstwo memoriału „Do Ojców Soboru. Memoriał o niektórych aspektach kultu maryjnego w Polsce”, za pomocą którego władze PRL chciały w czasie soboru zdyskredytować poglądy kard. Stefana Wyszyńskiego.

W latach 70. i 80. pracował w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. W 1975 habilitował się na podstawie książki Język a kult. Funkcja i struktura języka sakralnego. Opublikował wiele naukowych prac religioznawczych, z których najbardziej popularne to Świat mnichów i zakonów (1972) i Poczet papieży (1985). Był także tłumaczem Traktatu o historii religii Mircei Eliadego (1966).

Od 1978 pracował równocześnie w Departamencie IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, a służbę zakończył w 1985 w stopniu majora

Jan Wierusz Kowalski

lubimyczytac.pl

prof. Jan Wierusz Kowalski – polski historyk chrześcijaństwa.
Wybrane książki: „Religie uniwersalistyczne. Zarys dziejów” (rozdział „Protestantyzm”, Iskry, 1982), „Chrześcijaństwo średniowieczne XI-XV w.” (KAW, 1985), „Katolicyzm nowożytny XV-XX w.”(KAW, 1985), „Wczesne chrześcijaństwo I-X w.” (KAW, 1985), „Dramat a kult” (KAW, 1987), „Świat mnichów i zakonów”(KAW, 1987), „Poczet papieży” (KAW, 1988), „Chrześcijaństwo” (Agora, 2009).

 

Edward Bryk – wybitny okulista, prof. , z AK, represjonowany po „wyzwoleniu”

pacanow.pl Sławni Ludzie

Prof. dr hab. med. Edward Bryk urodził się w Poznaniu w 1923 roku. Później wraz z rodziną przeniósł się do Zborówka w gminie Pacanów, gdzie ukończył szkolę powszechną. Tutaj też po raz pierwszy rozpoczął rysować. Przed wojną ukończył trzy klasy gimnazjum w Tarnowie. W czasie okupacji kontynuował naukę w tajnym nauczaniu, zdając egzamin dojrzałości w 1942 roku w Busku Zdroju, a następnie w Staszowie. Po maturze studiował Historię Powszechną konspiracyjnym systemem na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, zaliczając pierwszy rok. Od 1941 roku działał w wojskowej organizacji Związek Walki Zbrojnej, początkowo będąc kolporterem podziemnej prasy, a później łącznikiem i żołnierzem dywersyjnego oddziału. W tym czasie ukończył kurs podoficerski i podchorążych i walczył z Niemcami jako dowódca plutonu Armii Krajowej w grupie bojowej „Wichra” (kilka tygodni w zgrupowaniu „Grota-Kujawskiego”) do końca okupacji.
W 1944 roku został aresztowany przez NKWD i skazany na kilka lat obozu pracy w głębi ZSRR. Uciekł z transportu pod Baranowiczami i piechotą wrócił do Polski. Pod przybranym nazwiskiem rozpoczął w tym samym roku studia medyczne w Lublinie. Wkrótce doświadczył ponownych represji. Po opuszczeniu więzienia i zaliczeniu trzeciego roku studiów medycznych przeniósł się na Wydział Lekarski UJ. Absolutorium otrzymał w 1949 roku, po czym rozpoczął prace zawodową w AM jako asystent Kliniki Okulistycznej. Dyplom lekarza Akademii Medycznej w Krakowie otrzymał w 1951 roku. Od 1953 roku pracował w Zakładzie Kardiologii miasta Krakowa. W 1955 roku został usunięty ze względów politycznych z Krakowa i pracował jako ordynator szpitala okulistycznego w Starachowicach, skąd wrócił ponownie do Krakowa w 1956 roku i zorganizował Pracownię Dna Oka. Odtąd współpracował z Kliniką Okulistyczną, Kliniką Kardiologiczną, z Zakładem Biologii i innymi klinikami i zakładami Akademii Medycznej, rozpoczynając systematyczną pracę naukowa skoncentrowaną głownie na patologii dna oka. Jako jeden z pierwszych wprowadził do diagnostyki angiografię fluorescencyjną. Po habilitacji kierował okulistyką w rzeszowskiej katedrze krakowskiej AM. Wysoka koncentracja tematyki prac badawczych i znakomite opanowanie metody postawiły prof. Edwarda Bryka w rzędzie najlepszych specjalistów w tej dziedzinie w Polsce, który napisał cykl prac monograficznych opartych na ogromnym materiale z zakresu patologii naczyń dna oka przy najczęstszych schorzeniach chorób wewnętrznych. Doprawdy, imponujący jest dorobek naukowy prof. Edwarda Bryka. Ale oprócz medycyny profesor posiadał jeszcze jedną wielką pasję. Było nią malarstwo. Przez całe życie, od małego dziecka, niezależnie od dyscyplin lekarskich prof. Edward Bryk zajmował się studiami malarskimi, chociaż łączenie tych czasochłonnych kierunków było nadzwyczaj trudne….

Edward Bryk w Wikipedii

 

 

 

 

Magistrowie wg pomysłu rektora Karasia

mobbing lekturaJacek Kajtoch -Wspomnienia i polemiki 

http://mbc.malopolska.pl/Content/67459/j_kajtoch.pdf

Rektor Karaś wpadł na pomysł, żeby prominentom krakowskiej
prasy przyznać tytuły magisterskie na podstawie twórczości publicystycznej. Studiowali, ale nie mieli wytrwałości i dyscypliny wewnętrznej,
koniecznej do zwieńczenia kilku lat studenckich – magisterium. Powołano komisję, której przewodniczył Dziekan Wydziału Filologicznego,
doc. Jerzy Rusek, a ja byłem członkiem. Daliśmy magisteria znanym
osobom, mój podpis figuruje m. in. na protokole wieńczącym edukację
Macieja Szumowskiego, Andrzeja Urbańczyka i kilku innych. Był to jeden z najbardziej szokujących pomysłów rektora Karasia.

https://lustronauki.wordpress.com/2009/03/26/mieczyslaw-karas/

Jacek Kajtoch – filolog z UJ, wiceprezes Związku Literatów Polskich, b. konsultant SB 

Jerzy Rusek – slawista, były dziekan i działacz PZPR, zarejestrowany jako konsultant „Czech”

Lustracja dekomunizacji po jagiellońsku

Józef Wieczorek – O rzekomo demontujących system komunistyczny- Kurier WNET, marzec 2019 r.

Screen Shot 03-17-19 at 09.45 AM

Screen Shot 03-17-19 at 09.46 AM

Zapomniana wielka czystka akademicka

Józef Wieczorek -Zapomniana wielka czystka akademicka – Kurier WNET, styczeń 2019 r.

Screen Shot 01-17-19 at 07.57 AM.PNGscreen shot 01-17-19 at 07.58 am