Abolicja dla ukrywających dokumenty z czasów PRLu

O „Solidarności” Uniwersytetu Jagiellońskiego

„Solidarność” Uniwersytetu Jagiellońskiego w dokumentach i wspomnieniach

(kilka refleksji)

Niechlubna rola CKK

Nauka polska przed widmem zapaści – Piotr Jaroszyński

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński strona autorska, Nasz Dziennik, Czwartek, 29 kwietnia 2010, Nr 100 (3726)

…Dlaczego w PRL nauka była lepiej finansowana niż w III RP? Odpowiedź jest stosunkowo prosta: Polska Rzeczpospolita Ludowa była częścią bloku komunistycznego, w którym Polsce przypadł w udziale rozwój niektórych sektorów nauki ze względu na potrzeby gospodarczo-przemysłowe nie tyle samej PRL, co innych państw bloku ze Związkiem Sowieckim na czele. Zadaniem naukowców było wymyślanie i wdrażanie nowych technologii do przemysłu, przy czym dodatkowy bodziec stanowiła rywalizacja z zachodnim systemem kapitalistycznym, który, wedle założeń komunizmu, był skazany na przegraną. Tego właśnie mieli dowieść naukowcy, ale tak się oczywiście nie stało. Gdy więc po roku 1989 blok komunistyczny się rozpadł, załamał się też przemysł, a wraz z nim nauka. Zakłady przemysłowe zaczęto likwidować, ograniczać ich produkcję bądź sprzedawać za bezcen, głównie zagranicznym potentatom. Miało to wpływ na upadek placówek badawczo-rozwojowych, w których zatrudniona była wykwalifikowana kadra. 
Gdy ostatnio tyle mówiono i pisano o konsekwencjach zamknięcia polskich stoczni, zwracano uwagę przede wszystkim na upadek wielu kooperantów, czyli mniejszych zakładów wytwórczych, ale zapomniano podkreślić, że za budową statku stoi też myśl naukowo-techniczna. Gdy nie powstają nowe statki w Polsce, to prowadzi to nie tylko do bezrobocia wśród pracowników fizycznych, ale również wśród naukowców, którzy przez lata odbierali wykształcenie na poziomie wyższym aż po tytuł profesora, by właśnie swoją wiedzę w sposób twórczy spożytkować na rzecz nowych rozwiązań w polskim przemyśle okrętowym. Upadek tego przemysłu to upadek instytutów badawczo-rozwojowych i całych wydziałów na politechnikach. I w zasadzie wszędzie, gdzie upadał zakład czy jakaś gałąź przemysłu, tak samo stać się musiało również z myślą techniczną, czyli następowała samozagłada inteligencji technicznej, bo traciła ona swoją rację bytu, a tym samym rację finansow.

Humanistyka skażona marksizmem

Obok dziedzin nauki podporządkowanych wprost pożytkowi, czyli tworzeniu narzędzi, jakie niesie produkcja przemysłowa, są też dziedziny humanistyki tradycyjnie skierowane wprost na dobro i rozwój samego człowieka. W PRL również przywiązywano do nich wielką wagę, ale z racji ideologicznych. Był to wręcz nadrzędny cel komunizmu: utworzenie nowego człowieka i nowego społeczeństwa w oparciu o naukę. To sprawiało, że nie tylko filozofia, ale cała humanistyka (jak choćby historia, polonistyka, psychologia, pedagogika czy socjologia) musiała być podszyta w sposób mniej lub bardziej zawoalowany marksizmem. Aby ten cel osiągnąć, trzeba było formować kadrę naukową i odpowiednio ją finansować. Tymczasem po 1989 r. ideologia ta została zarzucona, marksizm przestał być obowiązkowym przedmiotem wykładanym w każdej szkole wyższej, czy to na uniwersytecie, czy w akademii rolniczej; przestał być również przedmiotem, który należało obowiązkowo zdawać na każdym egzaminie doktorskim. Ale choć marksizm upadł jako oficjalna doktryna czy ideologia, to jednak pozostały kręgi marksistów lub byłych marksistów, zarówno tych, którzy pracowali na zwykłych uczelniach, jak i na uczelniach wojskowych oraz na uczelniach MSW. W tym miejscu warto przypomnieć, że ich stopnie i tytuły naukowe mieściły się w ramach stopni i tytułów ogólnopolskich, dlatego mogli oni przeniknąć do szkolnictwa wyższego, publicznego i prywatnego, do nauki i związanej z nią administracji, w tym ministerstw, łącznie z Centralną Komisją do spraw Stopni i Tytułów. Wspólna przynależność partyjna (esbecka lub agenturalna) stanowiła wystarczająco mocne spoiwo, by ta rozległa grupa odnalazła swoje miejsce w nowym układzie politycznym i ekonomicznym, bo przecież nawet mniejsza pula do podziału jest ciągle pulą.

Niechlubna rola CKK

W uzasadnieniu projektu reformy podkreśla się rolę wzmocnienia autonomii uniwersytetu („W celu stworzenia lepszych warunków funkcjonowania szkół wyższych w Polsce oraz pełniejszego wykorzystania potencjału tkwiącego w polskich uczelniach niezbędne jest zwiększenie ich autonomii…”). Taka deklaracja byłaby nawiązaniem do prawdziwej tradycji uniwersytetów europejskich, zgodnie z którą uniwersytet, obok państwa i Kościoła, był właśnie autonomiczny. Tę autonomię naruszyli najpierw socjaliści, którzy stali na czele rewolucji francuskiej, a potem komuniści w wielu krajach Europy i Azji, gdy uniwersytety stały się organem administracji państwowej, zależnym programowo, kadrowo i ideologicznie od rządzącej partii, w tym również od jej służb specjalnych, które mogły penetrować środowisko akademickie, od studenta do asystenta, i od adiunkta do profesora, łącznie z urzędnikami. Było to całkowite i chyba najbardziej bolesne zaprzeczenie idei uniwersytetu jako autonomicznej wspólnoty akademickiej. 
Jako jeden ze sposobów kontroli kadry naukowej w reżimach komunistycznych stosowano ścieżkę zatwierdzania stopni i tytułów naukowych. Ten przywilej, poczynając od stopnia doktora, a na tytule profesora kończąc, należał do państwa. W tym celu w PRL powołano specjalną komisję, zwaną w skrócie CKK (Centralna Komisja Kwalifikacyjna do Spraw Kadr Naukowych, 1951 r.). Było to oczko w głowie komunistycznego resortu do spraw nauki i oświaty. Wprawdzie partia mogła ingerować w nominacje, czy to za pośrednictwem MSW, czy komitetów wojewódzkich lub komitetu centralnego, ale najlepiej jeśli wszystko przebiegało bez zbytniego szumu za pośrednictwem samej komisji, w skład której wchodzili profesorowie, a więc naukowe autorytety. Ale co to byli za profesorowie?

Piewcy ideologii marksistowskiej

W archiwach IPN zachował się ciekawy dokument z 1979 r., raczej nigdy dotąd niepublikowany, zawierający listę nazwisk owych profesorów – doktorów habilitowanych (IPN BU 1585/1123/CD/1). Z dokumentu tego dowiadujemy się nie tylko, kto kiedy się urodził i jaką dziedziną się zajmował, ale również, czy należał do partii komunistycznej. Okazuje się, że zdecydowana większość owych profesorów należała do PZPR. Dla przykładu, w sekcji nauk humanistycznych znaleźć się miało 30 profesorów, wśród których 23 to członkowie PZPR. Tak wynika z listu ministra nauki, szkolnictwa wyższego i techniki skierowanego 17 kwietnia 1979 r. do ministra spraw wewnętrznych. Jednym słowem minister nauki ustalał z ministrem spraw wewnętrznych skład osobowy Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej. Tak więc to właśnie od ministra nauki, ministra spraw wewnętrznych i partyjnych profesorów zależały przez długie lata nominacje naukowe. Podobnie jak członkowie tej komisji, tak i nominowani habilitanci oraz profesorowie musieli w większości spełniać określone kryteria ideologiczne.
Centralna Komisja Kwalifikacyjna, choć przy modyfikowanych co jakiś czas nazwach (to pozwalało niejako zacierać ślady), chwalebnie przetrwała transformację ustrojową w 1989 r., co pozwoliło na to, aby w jej skład mogli wchodzić piewcy ideologii marksistowskiej. PRL trwała na tyle długo, że wypuszczono tylu nominowanych naukowców, iż mogą się dziś wybierać demokratycznie, jako większość. 
Mogą też odpowiednio dobierać recenzentów, którym marksizm, a przynajmniej antyklerykalizm, był zawsze bliski. W ten sposób CK może realizować, zwłaszcza w humanistyce, swój program ideologiczny, którego korzenie tkwią w PRL, tyle że w harmonii z rewizjonizmem. 

MSW wobec PAN

 

Piotr Jaroszyński

MSW wobec PAN

Nasza Polska 

Oddech PRL-u jest ciągle żywy, nie tylko w polityce, mediach czy w biznesie, ale również w nauce. O tym trzeba pamiętać, gdy zastanawiamy się nad powodem niedoboru polskich elit w niepodległej od ponad 20 lat Polsce. Posłem można zostać w ciągu jednego dnia, w dniu wyborów, ale droga do profesury to dziesięciolecia, a i jej wpływ może trwać dziesiątki lat. Stąd pytając o kondycję środowiska naukowego w obecnej Polsce nie możemy nie zapytać o jego peerelowską przeszłość.

W PRL-u całe szkolnictwo i instytucje naukowe z bardzo, ale to bardzo małymi wyjątkami były własnością państwa. Państwowe więc były szkoły wyższe takie jak uniwersytety (z wyjątkiem KUL-u) czy politechniki oraz stowarzyszenia naukowe takie jak Polska Akademia Nauk.

Ale co to znaczy „państwowe”? To znaczy, że władza, która należała do partii komunistycznej, decydowała o tym, kto i jaki program edukacji będzie w PRL-u realizował. Nie tylko edukacji, bo również nauki i jej kierunków rozwoju lub… niedorozwoju. Siłę tej władzy widać w sposób szczególny na przykładzie Polskiej Akademii Nauk.

W Instytucie Pamięci Narodowej ukazała się właśnie ciekawa publikacja, która ukazuje kulisy sterowania polską nauką i naukowcami przez służby specjalne. Jest to Spętana Akademia. Polska Akademia Nauk w dokumentach władz PRL. Materiały Służby Bezpieczeństwa (1967-1987) (wybór, wstęp i opracowanie Patryk Pleskot, Tadeusz P. Rutkowski, Warszawa 2009, tom 1). Suche dokumenty operacyjne mówią więcej niż komentarz, ponieważ nie były pisane z myślą o ich publikacji, a jako zazwyczaj tajne kierowane były tylko do kilku osób.

Jakie jest pierwsze wrażenie po przeczytaniu całego materiału? Przede wszystkim widać wyraźnie, że komuniści nie po to zlikwidowali autonomiczne stowarzyszenia naukowe, które istniały w okresie międzywojennym, a nawet w czasach rozbiorów takie jak Towarzystwo Naukowe Warszawskie, (1907) czy Polska Akademia Umiejętności (1872), by w ich miejsce powołać nową akademię, która cieszyć się będzie niezależnością i wolnością twórczą, lecz po to, by mieć pod kontrolą naukowców utrzymywanych przez państwo.

Naukowcy ci byli opłacani po to, żeby realizować wytyczne partii, na różnych, jak to wówczas mówiono, „odcinkach nauki”. Ten wzór przyszedł wprost nie z Francji, lecz ze Związku Sowieckiego, Sowieckiej Akademii Nauk, co jest oczywiste jeśli przypomnimy, że PAN powstała w roku 1951, a więc w czasach umacniania władzy komunistycznej w naszym kraju pod bezpośrednim nadzorem NKWD i za życia Stalina.

W zgromadzonych dokumentach widać wyraźnie tę pracę właściciela PAN, czyli władz komunistycznych, które różnymi drogami starają się wyegzekwować swoje prawa. Raz była to droga jawna i oficjalna, innym razem skryta i podstępna. Jawna, gdy do działania wkraczało Ministerstwo Oświaty, skryta, gdy podejmowano tajne operacje Służb Specjalnych. Albowiem niełatwo był zapanować nad środowiskiem, które przeciętnie liczyło ok. 10 tysięcy naukowców i ok. 5 tysięcy personelu technicznego i administracyjnego.

Ludzie, w tym profesorowie, bywali różni. Jedni cichutko siedzieli na uboczu, inni aktywnie włączali się do budowania PRL-u zapisując się do partii (przykładowo: w roku 1971 w Prezydium PAN na 38 członków 16 należało do PZPR-u); kolejni, choć bezpartyjni, doskonale z władzą się układali, niektórzy zaś szli na tajną współpracę. Ale byli i tacy, którzy za żadną cenę nie chcieli złamać sumienia i zaprzedać etosu naukowca.

Naukowcy więc bywali różni. To ważne, bo samo przywołanie kogoś, że był członkiem korespondentem lub członkiem rzeczywistym PAN, nie musiało być automatycznie powodem do chluby, jeśli nie wiadomo, jaką postawę moralną i polityczną zajmował. Zwłaszcza, że pokusy były wielkie, bo w grę wchodziła nie tylko szybsza kariera naukowa, ale również intratne stypendia, korzystne projekty czy awans na jakieś kierownicze stanowisko.

Trzeba to jasno powiedzieć: to nie tylko gremia zasłużonych i wybitnych naukowców opiniowały, kto ma zostać członkiem korespondencyjnym lub rzeczywistym PAN.

 O tym decydowało także MSW, podobnie jak w przypadku doktoratu, habilitacji i profesury. Stąd we wspomnianym zbiorze znajdujemy liczne dokumenty, które noszą miano „Informacja operacyjna dotycząca takiego a takiego pracownika naukowego…” Otóż, owa informacja to nic innego jak decyzja MSW, która kończy się werdyktem: „Wydział III KS MO nie widzi przeszkód w powołaniu ww. na członka PAN” albo przeciwnie „… nie zasługuje na przyjęcie w poczet członków PAN”. Na decyzję MSW wpływ miały przede wszystkim racje ideologiczne i polityczne.

A jaki to wszystko mogło mieć wpływ na stan nauki w obecnych realiach? Bardzo duży. Przeczytajmy jedną informację (styczeń 1982) o pewnym wicedyrektorze Instytutu Historii PAN, profesorze zwyczajnym, bezpartyjnym: „Posiada duży dorobek naukowy i autorytet wśród pracowników, postać pozytywna, reprezentuje właściwy stosunek do aktualnej polityki rządu oraz SB. Uważa, że wprowadzenie stanu wojennego było właściwym rozwiązaniem w sytuacji, w której znalazł się nasz kraj” (s. 331).

Taka informacja to przepustka do kariery, nie tylko w PRL-u, ale również, jak się potem okaże, PRL-u bis. Ów profesor zwyczajny, członek rzeczywisty PAN, to Janusz Tazbir, który karierę naukową rozpoczął w latach 50., pisząc artykuły historyczne z pozycji marksistowskich. Jeszcze do niedawna przez 10 lat był szefem Centralnej Komisji do Spraw Tytułów i Stopni Naukowych (1996-2006), komisji, która miała najważniejszy wpływ na zatwierdzenie habilitacji i tytułu profesora zwyczajnego, czyli na realne kreowanie elit naukowych Polski. Po dziś dzień jest członkiem tej Komisji. Oto kariera rodem z PRL-u.

Spętana Akademia to ciekawa lektura, podważa niejeden mit, o instytucjach i o autorytetach, utytułowanych, ale pseudonaukowych. Bo gdy ponad prawdą jest ideologia, to już nie ma nauki, a napisane książki, to tylko tony makulatury.

Więc jak to jest dzisiaj z polską nauką?

Czy naprawdę jest wolna?

Czy jest to temat tabu?

Może media żywiej tym tematem się zainteresują, bo jakoś cicho. Za cicho.

Czeska lista Wildsteina

baner

Czeska lista Wildsteina

Rz

Były czeski dysydent ujawnił w Internecie 100 tysięcy nazwisk z rejestrów bezpieki StB. Po pierwszej godzinie funkcjonowania padł serwer.

Penc znalazł się w ogniu krytyki. – To, co zrobił, nie jest w porządku pod względem prawnym. Sprawę badają nasi prawnicy

– mówi „Rz” Jirzi Reichl, rzecznik USTR. – Poza tym jego strona może wprowadzać w błąd. Nie jest to żadna lista agentów. Są tam osoby, którymi z jakichś powodów StB się interesowała, a więc zarówno współpracownicy, jak i inwigilowani – zaznacza.

Penc krytykował wcześniej instytut, zarzucając jego szefostwu, że monopolizuje informacje na temat przeszłości. USTR, utworzony w lutym 2008 roku, zebrał setki tysięcy dokumentów StB z całego kraju w jednym Archiwum Służb Bezpieczeństwa. Miał udostępniać zgromadzone informacje opinii publicznej.

W marcu Penc wezwał kierownictwo archiwum do publikacji indeksu teczek. Otrzymał negatywną odpowiedź. Rejestry StB znajdowały się już wtedy w jego posiadaniu. Otrzymał je w formie elektronicznej od Jana Langoša, pierwszego szefa Słowackiego Instytutu Pamięci Narodowej. Langoš (obecnie już nieżyjący) był również niezadowolony z prac USTR.

Według Penca instytutowi będzie teraz znacznie trudniej cokolwiek ukryć. Na stronie http://www.svazky.cz każdy może wpisać w okienko personalia interesującej go osoby i po jednym kliknięciu zobaczyć numery wszystkich teczek, w których ta osoba jest wzmiankowana (jeśli jest).

W tym tygodniu USTR otworzył z wielką pompą komputerowe archiwum, z którego chętni mogą korzystać w jego bibliotece po otrzymaniu hasła. Do wglądu jest 4,3 mln dokumentów StB przetworzonych na formę elektroniczną. Krąży opinia, że USTR zdecydował się na ich udostępnienie wskutek akcji Penca. Szef USTR Pavel Žáček stanowczo jednak temu zaprzecza. – Nie reagowalibyśmy konferencją prasową na jego amatorskie wysiłki – podkreślił.

Strona zawierająca listę Penca www.svazky.cz

Rzeczpospolita

Znikające teczki agentów

baner

Znikające teczki agentówTomasz Szymborski

Blog – Tomasz Szymborski , salon24

Mimo, że w 1990 roku w SB na wielką skalę niszczono teczki TW i inne ważne dokumenty, wszystkich nie zdążono wywieźć do papierni w Kluczach na przemiał. Przygotowane do wywiezienia dokumenty od 1989 roku przez prawie dziesięć lat leżały na półkach archiwum UOP w wielkich, płóciennych worach ewakuacyjnych. I czekały.
– Od zastępcy szefa delegatury dostałem polecenie znalezienia i przekazania mu teczek wybranych Tajnych Współpracowników SB. Polecenie wykonałem i materiały z archiwum przekazałem Sz. Ten je wziął, tak po prostu. Ani on, ani ja nie kwitowaliśmy odbioru tych akt z naszego archiwum. Z tego, co wiem, teczki które mu dałem nie wróciły tam nigdy– twierdzi T.
Wśród teczek TW, których zażądał Sz. miały być także te, dotyczące sędziów, prokuratorów i adwokatów. – Przekazałem mu także z archiwum teczkę mecenasa X. Też nie wiem, co się z nią stało – dodaje T. Prosi jednak o zachowanie jego danych w tajemnicy. Na dowód swojej wiarygodności decyduje się na złożenie pisemnegooświadczenia. Zobowiązuje się w nim, że opowiedzianą historię powtórzy przed sądem.

– Ta relacja jest wiarygodna o tyle, że wciąż w tych worach znajdujemy bardzo ciekawe materiały, w tym również niezniszczone akta byłych TW bezpieki. Funkcjonariusze SB wrzucali dokumenty do worków jak leciały, według półek. Kiedy przekazywano nam z UOP worki z dokumentami, to na nich nie było żadnego spisu zawartości –potwierdza pracownik archiwum katowickiego IPN.
– Nigdy nie interesowały mnie żadne teczki. Jeśli się z niektórymi zapoznawałem, to wyłącznie z uwagi na taką konieczność wynikającą z prowadzonej konkretnej sprawy. Natomiast nigdy nie było takiej sytuacji, żebym widział, a tym bardziej polecił przedstawić, teczki według jakichś nazwisk czy profesji – zaprzecza Mariusz Sz……

Teczka była, ale się zbyła

Weryfikacja kadr akademickich (1986) w dokumentach SB

dokumenty-ipn

skanuj0030
skanuj0031

(IPNKr 060/96 t.5)