Ci, którzy w czasach PRL byli przyzwoici i stracili miejsca na uczelniach, często ich już nie odzyskali

 

Rytualny taniec –DOROTA GAWRYLUK, Uważam Rze, nr. 13, 2011 

….’ Gdyby ktoś naprawdę chciał szarpnąć cugle wymiaru sprawiedliwości, zrobiłby to już dawno. Wystarczyłoby zadać proste pytanie – dlaczego jest tak, jak jest? Tyle że stawianie takich pytań jest niebezpieczne dla tych, którzy tańczą ten rytualny taniec. Bo to przecież oni sprzeciwiają się lustracji. Bo trudno, by umoczeni jeszcze w poprzedni system sędziowie skazywali podobnych sobie. Nie sądzili więc, bo sami nie chcieli być sądzeni.

Zresztą problem nie dotyczy tylko sędziów. Podobny wciąż ma świat nauki. Tu też nie nastąpiło ozdrowieńcze oczyszczenie. W efekcie ci, którzy w czasach PRL byli przyzwoici i stracili miejsca na uczelniach, często ich już nie odzyskali. Są one zajęte również przez współpracowników SB.

Henryk Wujec tłumaczył ostatnio, że nie można tolerować takiego rozmycia moralnego, w którym nie wiadomo, kto jest dobry, a kto zły, w którym nie ma nagrody i kary. Tylko dlaczego nie pójdzie o krok dalej i nie zapyta, kto jest za to rozmycie odpowiedzialny. Trudno się zatem dziwić, że zniecierpliwieni czekaniem na systemową sprawiedliwość obywatele zaczęli jej szukać sami. I tak prof. Kazimierz Świrydowicz na własną rękę zbadał stopień inwigilacji Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Okazało się, że na początku lat 80. ubiegłego wieku działała tam setka donosicieli. Miała ich wytropić w III RP specjalnie w tym celu powołana komisja uczelniana, ale nie udało się. Komisja przez cztery lata nie osiągnęła nic, choć IPN dysponuje odpowiednią dokumentacją. Sięgnął więc po nią zniecierpliwiony prof. Świrydowicz i wyda na ten temat książkę. Łatwo możemy przewidzieć, jak zostanie przyjęta i jaki wokół niej odbędzie się taniec.’ 

 

Będzie książka o współpracownikach SB na UAM

P.S.

Dorota Gawryluk widzi  rzeczy takimi jakimi one są. Po 89 r. odwilż nie nastąpila !  Dla przyzwoitych  i wyeliminowanych w PRL z uczelni w III RP nie ma miejsca. ‚Solidarność’ nauki o takich ‚nieudaczników’ się nie troszczy/-ła, zresztą  zgodnie ze strategią okrągłostołową  brała udzial w akcjach na rzecz nieprzywracania na uczelnie  niewygodnych, wyrejestrowanych z systemu  w ramach wielkiej czystki akademickiej w latach 80-tych.

„S” heroicznie natomiast walczy do dziś aby beneficjentom systemu PRL ( też TW, k.o., OZI . tow.,  itp. itd.) żyło się jak najlepiej. Komisje uczelniane nie są w stanie poznać historii  swoich uczelni i mimo tych nieumiejętności mają się dobrze na uczelniach, podobnie jak profesorowie-‚historycy’, którzy nie są w stanie w historii uczelni rozpoznać stanu wojennego,  ani jego skutków. Chyba standardową metodą badań na uczelniach jest szukanie pokrzywdzonych poprzez zwracanie się jedynie do beneficjentów, bo pokrzywdzeni są chyba uważani za

niewiarygodnych.

(m.in.

 POWRACAJĄCA FALA ZAKŁAMYWANIA HISTORII,  

Solidarność UJ a CZARNA KSIĘGA KOMUNIZMU W NAUCE I EDUKACJI

Kilka refleksji akademickiego nonkonformisty na temat „S” UJ w dokumentach i wspomnieniach

List do Polskiej Akademii Umiejętności w sprawie wycofania z obiegu edukacyjnego ‘Dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiego’

Profesor od śliwek

Polacy w latach 1944–1989

Jan Żaryn – Zmagania z polskością

w: Życie w komunistycznym kraju

Polacy w latach 1944–1989 – W pętach ideologii i propagandy – Gość Niedzielny – Dodatek IPN, 18 lipca 2010)

(Fragment tekstu)

Profesor od śliwek

Poważnym osiągnięciem ideologów komunistycznych było także przerwanie ciagłości w nauczaniu humanistyki w szkołach powszechnych i wyższych. Od końca lat 40 skutecznie wyrugowano przeciwników marksizmu z katedr, dzięki czemu zastraszano pozostałych, wątpiących w słuszność jedynego naukowego światopoglądu.

Przypadek prof. Władysława Konopczyńskiego,który po serii szykan i represji w początkach lat 50 – po 50 latach profesury – sprzedawał na drodze podkrakowskiej śliwki, był rzeczywiście pouczający.

Praktycznie do końca lat.80 autorzy podręczników, szczególnie do historii, zdawali sobie sprawę, że przewodnikiem po dziejach nie jest prawda historyczna, a wytyczne podjęte jeszcze w okresie stalinowskim podczas sławnej konferencji metodologicznej w Otwocku.

Tam stworzono ramy wykładu historii Polski, w którym ocena osób i zdarzeń przeszłych była zależna od ich wykreowanych przez autorów relacji do propagandowego wizerunku czasów Gomułki czy Gierka.

Napierski, choć sam o tym nie wiedział, stawał się zatem protoplasta bolszewika, a polska szlachta choć nie była warstwą idealną – pozostawała w pamięci uczniów jedynie jako klasa wyzyskiwaczy, rozpijająca postępowego z natury chłopa.

Oczywiście, za cenę podręcznikowego kłamstwa, nauka humanistyczna mogła dalej egzystować w niszowych periodykach.

Postępowe hasła walki z analfabetyzmem i awansu społecznego poprzez zindoktrynowaną oświatę i punkty za pochodzenie przysporzyły komunistom wielu wyznawców, np. z pokolenia na pokolenie zasilających redakcje gazet, pracownie naukowe i uczelnie, a także Ministerstwo Spraw Wewnętrznych czy cenzurę, wykruszających się z czasem – szczególnie od lat 70. – na rzecz pokolenia cyników używających języka marksizmu- -leninizmu wyłącznie w celu panowania nad tłuszczą”.

Jednocześnie z pokolenia na pokolenie grupy inteligencji wrażliwszej – nawet tej wychowanej na stalinizmie – odrywały się od postępowej” drogi realnego socjalizmu, by ostatecznie zasilić szeregi opozycji demokratycznej z lat 70, a następnie „Solidarności”

(także po 13 grudnia 1981 r.).

Nowy IPN, czyli kto nam napisze historię?

Nowy IPN, czyli kto nam napisze historię?

Warto rozmawiać 25.03.2010

PAN w dokumentach władz PRL

Nowa publikacja IPN – niezbędna do poznania rzeczywistości nauki w PRL ( i obecnie także) :

Spętana Akademia. Polska Akademia Nauk w dokumentach władz PRL. Materiały Służby Bezpieczeństwa (1967–1987), tom 1. Wybór, wstęp i opracowanie Patryk Pleskot, Tadeusz Paweł Rutkowski, Warszawa 2009, 544 s., cena 40,00 zł, Wydawnictwo: IPN

Instalacja systemu w nauce przed 60 laty

Instalacja systemu w nauce przed 60 laty

wg Dziennika wypadków Karola Estreichera ( t. 2)

1949

13 listopada podano wiadomość w „Dzienniku Polskim”, że PAU odwiedził historyk radziecki, prof. Borys J Dymitriewicz Greków, dyrektor instytutu historycznego Akade­mii Nauk ZSRR i członek PAU.

Przyjmowano go z rewerencją. „Wojewoda” Pasenkiewicz, prof. Kazimierz Nitsch i prof. Jan Dąbrowski.

Greków nie przyjechał do Krakowa dla prawienia komplementów. Został wydelego­wany. Przyjechał, aby namówić Nitscha i Dąbrowskiego na „zmiany w Akademii Umie­jętności” Zna dobrze historie PAU. Wie, że była to instytucja powołana po likwidacji Szkoły Głównej w Warszawie, jako odpowiedź na rusyfikację Królestwa. Wie, że to by­ła przecież nic Polska, ale Galicyjska Akademia zwrócona przeciw Rosji.

Nitsch i Dąbrowski, zwłaszcza ten ostatni, postanowili milczeć. Nie porozumieli się z Zarządem, nikomu nie zreferowali tego z czym Greków przyjechał.

17 stycznia 1950

Żyjemy pod wzmagającym się uciskiem. Stwarza się atmosferę reform, pisze się i mó­wi ciągle o zwołaniu Kongresu Nauki, obiecuje się w rozmowach nadzwyczajne ułatwie­nie, pensje, przywileje które udzielone zostaną uczonym po powołaniu Akademii Nauk etc…

Jan Dembowski, zoolog z Wilna, podobno uczony średni (a inni mówią, że bardzo skromny) komunista, wielki zwolennik Rosji i Stalina, zdaje się, że blisko z NKWD. Bermanem i Bierutem (podczas wojny w Leningradzie, potem w Moskwie w Komite­cie Polaków) został pełnomocnikiem Ministerstwa dla sprawy organizacji Kongresu Nauki.

Zastępcą ministra prof. Jan Leszczycki, geograf bardzo ambitny z Krakowa, obecnie w Warszawie.

Los PAU przesądzony. Widzę, że Jan Dąbrowski nie orientuje się. Twierdzi — tak dziś powiedział do mnie: że nici wszystkich spraw związanych z Akademią Umiejętno­ści ma w ręku. „Nie pozwolę (sic!) na żadną krzywdę Akademii.” Brzmi to bombastycznie i nie posiada żadnego pokrycia w rzeczywistości.

17 lutego 1950

Ogłoszono uchwałę Komitetu Rady Ministrów w sprawie zwołania Kongresu Nauki Polskiej jeszcze w tym roku.

Pierwsze wrażenie: wielość słów. Kongres ma stać się ideowym lekarstwem — zastrzy­kiem, po którym nauka polska zakwitnie natychmiast. Poza słowami żadnych faktów.

Teodor Marchlewski i jego uczeń, Zbigniew Kamiński (ostatnio zajmujący się admi­nistracją w Uniwersytecie) bardzo niechętnie piszą o teoriach genetycznych — w myśl zasad prof. rosyjskiego, Łysenki. W roku 1948 Łysenko ogłosił teorie, wedle której można wpływać na dziedziczność (?) (pytajnik autora —przyp. Af).

Główni przeciwnicy PAU w Krakowie: Bolesław Skarżyński Kazimierz Wyka

W Warszawie i w Łodzi

Józef Chałasiński

Kuratowska

Dembowski

Min. Skrzeszewski

Wicemin. Eugenia Krassowska

3 kwietnia 1950

Marchlewski jako rektor — tak jak poznałem go — wzbudza niechęć przez złośli­wość, jaką w rządach uniwersytetem stosuje. Syn Leona Marchlewskiego, biologa i za­razem gorącego Witosowca, bratanek komunisty Juliana — sam profesor agrobiologii — upośledzony fizycznie (paraliż połowy ciała) — bardzo inteligentny, podobno dobry uczony, wypłynął po wojnie jako komunista i rychło został rektorem z mianowania.

Na Uniwersytecie i uniwersyteckich sprawach się nie zna. Sił fizycznych zresztą nie ma, by ogromną machinę opanować, by móc nią kierować wśród tylu trudności biuro­kratycznych i ogólnej niechęci do Uniwersytetu Krakowskiego, jaką byle urzędnik mi­nisterialny uważa za swój obowiązek przejawiać.

Gdyby Senat co znaczył, gdyby znaczyli co dziekani! Ale Senat nie jest zwoływany, i to może lepiej, bo przynajmniej wiadomo, że Uniwersytetem rządzą czynniki partyj­ne. Tam przygotowuje się rozkazy, dyrektywy, polecenia, programy, tam obsadza się niższe stanowiska, a niedługo będzie sic obsadzało i wyższe: asystentów i profesorów. Dobrał sobie do tego wszystkiego Marchlewski na stanowisko dyrektora administracyj­nego Uniwersytetu (nowe stanowisko stworzone przez Warszawę) swego asystenta Kamińskiego, człowieka z Wilna, bardzo wschodniego w typie myślenia i działania, nie znającego Krakowa, Uniwersytetu, jego zwyczajów, ludzi, tradycji. Kamiński razem z Marchlewskim reprezentują interesy własnych katedr i zakładów agronomicznych. Tylko to, co z Wydziałem Rolniczym (a raczej Wyższą Szkołą Rolniczą, bo na tym po­lega ten wydział) łączy się, naprawdę ich interesuje. Reszta jakby nie istniała — odsu­wana jest z planów. Wydział Prawa traktowany jest po macoszemu — zgodnie z tendencją nowej rzeczywistości — Wydział Lekarski odpadł (może i dobrze) — Teo­logia chwilowo jeszcze tolerowana — Wydział Przyrodniczy otrzymuje nowy gmach chemii, Biblioteka Jagiellońska rządzona jest przez czynniki pozauniwersyteckie, Hu­manistyka spychana na plan drugi. Marchlewskiego nic to nie obchodzi (to niepotrzeb­ne jego zdaniem nauki). Świeżo utworzony Wydział Leśny — gdzie poziom naukowy jest niski — rozbija całość nauk uniwersyteckich na studia specjalne, co nie przyczynia się do jego podniesienia.

Poziom Uniwersytetu gwałtownie się obniża. Niepodobna za wszystko winić Marchlewskiego. Nacisk z góry, obniżenie się kultury, nowy „ludowy” element młodzieży wpychanej na Uniwersytet — te, nie zawsze najgorsze, zjawiska do­konują się bez Marchlewskiego. Nie może na nie posiadać wpływu. Nie ma on jednak takiego charakteru, by wokół swej osoby skupić profesorów. Obiecuje, a nie dotrzymuje, uważa, że rządzenie polega na tym, by wewnątrz były spory i jątrzenia (bo wtedy je­go stanowisko jest silne). Dwa lata rektoratu Marchlewskiego to powolny rozpad Uni­wersytetu na studia, instytuty bez wspólnej więzi, bez wyższego poziomu. Dlatego przywiązuje taką role do odbudowy Collegium Maius jak najefektowniejszej, najświetniejszej. Gmach reprezentacyjny, artystyczny, świetny, łączyć będzie profesorów w cza­sach całkowitego upadku Jagiellońskiej Szkoły. Niechże, skoro już musi rozpaść się na niezależne człony (może tego i życie wymaga), przynajmniej więź historii i piękna łączy profesorów.

15 kwietnia 1950

Panuje gorączka przed Kongresem Nauki. Uczeni polscy tracą głowę i godność. Komitet Kongresu z Dembowskim potworzył sekcje, w których przeważają nauki techniczne. Wszy­scy chcieliby mieć coś do powiedzenia, przynajmniej wziąć udział w posiedzeniach. Mówi się, że Kongres wyłoni Akademię Nauk, a członkowie Akademii będą brali ogromne pensje.

Lorentz i Starzyński szaleją. Historia Sztuki w Krakowie ma zostać całkowicie zakne­blowana na rzecz Warszawy. Z tytułu czekają Poznaniacy z księdzem Dettloffem na czele, aby i dla nich spadło coś z pańskiego stołu.

Nie odnoszę się osobiście nieżyczliwie do powołania jakiejś naczelnej instytucji na­ukowej w Polsce, odpowiednio uposażonej. Niech się nawet nazywa Akademią Nauk. Ale żal mi, że dzieje się to kosztem PAU.

17 kwietnia 50

Pchają się wszyscy. Podobno Nitsch, prezes Akademii Umiejętności ma być wicepre­zesem PAN. Na stare lata mógłby Nitsch mieć więcej odwagi i nie poddawać się nastro­jom antykrakowskim. Ale Nitsch uważa, że jego słowniki i wydawnictwa językowe będą cierpiały, jeśli broniłby Akademii Umiejętności w Krakowie.

Maj

5 maja 1950

Józef Chalasiński, rektor łódzkiego Uniwersytetu, wydaje mi się bałamutem. Cha­rakteru w każdym razie nie posiada. Ambicje duże. Już nie wie co robić i co mówić, aby przypodobać się grupie rządzącej sprawami nauki. Krakowa nienawidzi i wygaduje na to środowisko. W ogóle (niepotrzebnie) żyje w atmosferze plotek i przypodchlebiań stworzonych wokół Kongresu Nauki Polskiej.

Chałasiński kręci się wokół prof. Adama Schaffa, teoretyka i filozofa marksizmu. Schaff pisze okropnym językiem niejasne artykuły. Nudne. Chałasiński, w większym stopniu niż Bogusław Leśniodorski, patrzy skąd wieje wiatr i wedle niego działa. Leśniodorski opiera się o Krassowską. Słyszałem, że nie wychodzi z przedpokoju w Mini­sterstwie, gdzie Krassowska urzęduje.

I-sza Ogólnopolska Konferencja Naukowa w sprawie badań nad sztuką na Wawelu

l.Tło

W połowie grudnia 1950 roku odbyła się w Krakowie konferencja naukowa ogólno­polska poświęcona badaniom sztuki. Zwołana została przez Państwowy Instytut Sztuki w którym prof. Juliusz Starzyński pierwsze zajmuje miejsce, w przededniu Kongresu Nauki Polskiej, który przygotowuje się od dwóch już lat, a którego termin wciąż jest przekładany. Zadaniem tego kongresu, jak i obrad przedkongrcsowych ma być ustale­nie programu prac oraz gruntowna przebudowa nauki polskiej w duchu nowej naszej rzeczywistości tj. państwa socjalistycznego.

Zaciskająca się coraz bardziej obręcz marxizmu, obejmująca już wszystkie dziedziny życia społecznego, politycznego, kulturalnego na zewnątrz — nie mogła nie objąć i tych Okopów Św. Trójcy, jakimi jest nauka polska. Góra partii komunistycznej (rządzona przez ambasadę sowiecką) zdaje sobie sprawę, że nauka polska wymaga takiego same­go upaństwowienia jak handel i przemysł, w myśl teorii i dogmatów socjalistycznych. Przystępuje się też do tego zadania od lat — przyznać trzeba z pewną rozwagą, aby jak najmniej zburzyć lub lepiej — zburzyć doszczętnie lecz wtedy gdy ramy nowej struktu­ry będą gotowe. Kongres nauki ma być tą strukturą, ma wyłonić z siebie Akademię Na­uk, a konferencje które odbywają się przed tym w sekcjach i podsekcjach mają przygotować budowę.

Wszystko to byłoby może nie tak dramatyczne, jak chcą widzieć pesymiści — gdyby nie fakt, który codziennie obserwujemy: korupcji i degradacji ludzi nauki. Nie był ni­gdy świat naukowy polski silny (z wyjątkiem może Krakowa i Lwowa), bo nie był niezależnym. Od roku 1919 zawsze wspierał się na zasiłkach państwowych — uczeni na pensjach profesorskich — pensje profesorskie zależne zaś były od widzimisię urzędni­ków ministrialnych — ale przecież wpatrzony w Zachód miał ambicje niezależności od propagandy politycznej. Były na naukę polską groźne zamachy w okresie niepodległo­ści: endecja żądała, aby nauka polska była nacjonalistyczna, nie międzynarodowa — pilsudczycy chcieli wprzęgnąć ją w obóz swój „państwowotwórczy” czyli kliki rządowej, teorie totalizmu hitlerowskiego i faszystowskiego chciały oczyścić ją od wpływów ży­dowskich. Żydzi żądali, aby służyła propagandzie ich uczonych. Groźne ciosy zadali na­uce polskiej Niemcy: mechanicznie postanowili wymordować inteligencję polską i znieść wszystkie polskie instytucje naukowe. Za mało mieli na to czasu; nie dali rady, choć narobili dużo szkód. Podobnie Moskale we Lwowie i Wilnie. Od wszystkich tych zamachów swoich i obcych polska kultura jakoś potrafiła się wybronić. Podczas wojny szła od emigracji na Zachodzie pomoc materialna i moralna. Uczeni w Polsce tylko w małej ilości (nazwiska bez znaczenia) współpracowali z Niemcami — właściwie po­dobnie było z komunistami. Z wileńskich i lwowskich uczonych nikt poważny nie po­szedł na współpracę z komunizmem. Moralnie przetrwali jakoś polscy uczeni okresy prześladowań wojennych — a zbiory, zakłady, instytucje naukowe jakoś pod ziemią przetrwały i natychmiast po wojnie podjęły swą działalność: nie tylko odżyły nasze uni­wersytety — ale i towarzystwa naukowe w Warszawie, Poznaniu, Krakowie, Lublinie — nowe przybyły szkoły na Ziemiach Zachodnich -—• katedry, instytuty.

Przez pierwsze trzy lata powojenne Rząd popierał każdą inicjatywę na polu nauki — subwencjonował — pozwalał na druk rozpraw i prowadzenie indywidualnych badań — tak, że bardzo szybko rozpęd nastąpił i wiele strat się nadrobiło. Organizacja nauki zaczęła pulsować, rumieńce powróciły, blade jeszcze, ale już widoczne.

Nie mogło się to podobać nielicznej rządzącej grupie komunistów, gdzieś w Komin-formie, czy w „referacie polskim” w Moskwie. Stamtąd wyszły konspiracyjne dyrekty­wy, aby razem z resztkami inicjatywy prywatnej na odcinku gospodarczym — rozpocząć przebudowę nauki polskiej w duchu rosyjskiej propagandy marxistowsko-leninowskiej. Instrukcje tajne, nie rozważane po ministerstwach, ani na posiedzeniach Rządu, lecz przez zamaskowanych łączników udzielane wiceministrom, partyjnym sekretarzom, dy­rektorom departamentów.

Stąd wypływały w dół do instytucji naukowych i szkół, zrazu łagodnie, w formie dorad, od roku zaś w formie instrukcji, a w najbliższym czasie w for­mie rozkazów.

Kto im się nie podda, temu grozi się konsekwencjami: dymisją lub prze­niesieniem. Od lat dwóch zawieszona jest wszelka autonomia uniwersytecka, rektorzy i dziekani są mianowani — a sekretarze podstawowych komórek partyjnych zasiadają w senacie i głos mają ważniejszy, niż profesorowie.

W szkołach wyższych judzi się mło­dzież przeciw profesorom, asystentom, nauczycielom, zwołuje się wiece na których się denuncjuje, beszta, oskarża, grozi. Instrukcja idzie w kierunku osłabienia autorytetów, podniecania ambicji siania sporów: walka klas, czyli granie na najniższych instynktach.

Pisałem wyżej, że jak dotąd nauka polska jakoś przetrzymała wszystkie zamachy na nią, może głównie dlatego, że oddziaływała niezależność nauki zachodniej. Ale Zachód nas opuścił podczas wojny — oddał w ręce Rosji i na tym tle słabsze charaktery ugięły się. I to co dotąd w nauce polskiej miało miejsce teraz zaistniało: na uniwersytetach po­jawili się uczeni marxiści, którzy zaczęli szczerze, czy nie szczerze organizować naukę komunistyczną. Na razie są w mniejszości, ale przybywa ich ciągle spomiędzy młodzieży lub doskakują mianowani z boku. A także ogłosili się za mamstów uczeni szukający ka­riery. Czyszczone są, co prawda, szeregi partyjne z karierowiczów: największą ofiarą zo­stał Sieradzki w Krakowie, poszedł tu także Piwarski, szwagra mojego, Konstantego Grzybowskiego wylano także, ale niemniej, karierowiczów nie brakuje. Młodzi ludzie, jak p. Bogusław Leśniodorski i wielu innych, nauczywszy się żargonu partyjnego stosują go gorliwie. Bywają jeszcze ostrożni, ale, ale trafiają się wśród nich i fanatycy zwłaszcza, jeśli są najmłodsi. Szeregi uczonych polskich bezpartyjnych, ponad propagandą politycz­ną stojące zachwiały się w ostatnim roku. To samo może jeszcze jaskrawiej występuje w publicystyce, w prasie, w literaturze.

Zamilkli pisarze niezależni, krzyczą coraz śmie­lej i gwałtowniej zwolennicy komunizmu. „Wieża z kości słoniowej” — „indywidualizm burżuazyjny” — „partyzantka kulturalna”, „reakcyjna nauka”, oto czem się ciągle kar­mi i czym się hańbi. Równocześnie, mając już jakie takie oparcie w uczonych marastach od lat dwóch zapowiada się reformę nauki i kultury polskiej poprzez Kongres Nauki, który odbyć się ma w Warszawie, na wiosnę roku 1951.

Podzielono naukę i życie umysłowe na sekcje i podsekcje, celem łatwiejszego przemundurowania i oceniania ludzi. Spojrzano do przepisów rosyjskich i wedle „przodu­jącej nauki radzieckiej” rozpoczęto badać, o ile uda się dla idei marxizmu nagiąć poszczególne dyscypliny. Uczonych rozpoczęto zmuszać do odpowiedzi.

O ile się orientuję, Rosja i życie rosyjskie nie zna tych rozgraniczeń co zachodnia na­uka i życie umysłowe w zakresie kultury. W Rosji sztuka stworzona w teatrze, malar­stwie, poezji i literaturze pokrywa się z teorią sztuki i jej historią. Przez przyrodzone gadulstwo i skłonność do obnażania uczuć artyści rosyjscy uważają się równocześnie za teoretyków w zakresie danej gałęzi twórczej. Historia w Rosji nie odgrywała w XIX wieku tej roli, co na Zachodzie; albo była to historia tyraństwa ze strony wielkorusów albo dzieje panowania carskiego świeżej daty; przez wieki bizantyńska sztuka i kultura nie ulegała zmianom lub tylko powoli ulegała im. Stąd historia kultury, sztuki, literatu­ry nie miała pola dla rozwinięcia metod i poglądów. Obiektywizmu czy obiektywizowa­nia nie znano; nie dążono do tego tak, jak w wielkich ośrodkach naukowych na Zachodzie. Podczas gdy na Zachodzie rozbito naukę (i rozbija się ją ciągle) na specjal­ności, w Rosji brak materiału kulturalnego i specyficzne, ciasne warunki polityczne wiązały ją i wiążą zawsze. Na Zachodzie nauka rozwija się, przybywają konary i gałęzie jak na drzewie (prawdziwym drzewie wiadomości złego i dobrego) — w Rosji — to sztucznie pielęgnowane drzewo, którego konary i gałęzie rosną, ale rozpięte na kracie. Dawniej carat, dziś Sowiety, samodzierżawie kiedyś, dziś marazm hamują rozrost na­uki rosyjskiej mimo ogromnej reklamy, jaką zawsze wokół niej czynią sami Rosjanie……………

2. Konferencja

Odpowiedzialnym na zewnątrz za to wszystko jest wiceminister Sokorski, przed woj­ną asystent języka chińskiego na Uniwersytecie Warszawskim. Od dwóch lat niezmor­dowanie jeździł, organizował, krytykował, dyskutował marazm we wszystkich dziedzinach sztuki. Ale Sokorski jest tylko wykonawcą głębiej zapadłych planów. Nie Komitet Centralny Partii, ale Kominform na Komitet Centralny Partii poprzez niejaką panią Siekierską, kształconą w Moskwie w zakresie estetyki, oddziałuje. Stąd idą dyrek­tywy, które Sokorski i podlegli mu urzędnicy posłusznie wykonują.

22 czerwca 1951

Los Akademii Umiejętności został przesądzony w Warszawie. Jest zlekceważona, ośmieszona, tępiona, a jej członkowie nic maja odwagi wystąpić w jej obronie. Do hi­storii nauki polskiej przejdzie Akademia Umiejętności jako instytucja, która nie zdała egzaminu w zetknięciu z centralizmem państwowym. Czy mogła jednak? Czy nie za du­żo od niej wymagam?

Walny zjazd członków w tym roku wygląda smutno. Zapada decyzja, której żąda od Akademii Umiejętności grupa obecnie rządząca nauką: (Berman, Dembowski, Modzelewski, Jabłoński) przekazania majątku Akademii Nauk, jaka utworzona zostanie w Warszawie.

W dniu wczorajszym odbyło się posiedzenie, na którym Dąbrowski, Nitsch oraz Szafer przedstawili rezolucję w tonie bardzo miękką, ustępliwą, oddającą ducha Akademii Umiejętności w ręce tworzonej w Warszawie PAN. Żadnego zabezpieczenia prawnego, żadnego żądania… nic… nic… — całkowite poddanie się.

Klęska odbywa się w ciszy. Prasa nie poświęca uwagi zniszczeniu PAU. Trąbi o pierw­szym Kongresie Nauki Polskiej.

Zniszczenie Akademii Umiejętności następuje w formie tak niegodnej, że w łonie jej prezydium nie znalazł się nikt kto by jej bronił, a jej członkowie boją się zabierać głos. Spodziewają się wszyscy, że jeżeli będą nie agresywni, cisi, pokorni to wejdą do Akademii Nauk i będą pobierać pensje. Takie wiadomości szerzy Jan Dąbrowski, Szafer, Nitsch, Lehr. W ten sposób uciszają niezadowolonych.

Gra jest trudna do odkrycia. Moim zdaniem członkowie PAU uchwalając olbrzy­mią większością niesmaczną, niegodziwą rezolucję, którą zamieściłem obok, ulegli mistyfikacji. Nie wejdą do Akademii Nauk, zostaną oszukam — a równocześnie zniszczyli instytucje, która dawała im tytuł i oparcie. Ale na ślepotę nie ma lekar­stwa.

Rola Jana Dąbrowskiego jest dwuznaczna. Co innego mówi o losie PAU w Krakowie •— co innego w Warszawie. Nitsch zdradził Kraków. Szafer zastraszony powiedział so­bie, że trzeba się pogodzić z komunizmem. Lehr-Spławiński — cynik.

Wymienieni czynią starania (każdy na swoją rękę), ażeby wejść do przyszłej Akade­mii Nauk.

4 lipca 1951

Ostatnie dni czerwca i pierwsze lipca upływają wśród propagandy na rzecz pierwsze­go Kongresu Nauki Polskiej. Impreza jest propagandowa, z nauką nie ma nic wspólne­go. Wielka Sala Politechniki Warszawskiej, chorągwie, portrety, auta, dygnitarze. Frazesy, oklaski, hołdy. Kongres obradował w sekcjach. Obrady były bez znaczenia. Po­tem znowu wspólne plenarne posiedzenie, znowu oklaski, rezolucja, postanowienie po­wołania Polskiej Akademii Nauk, która wchłonie i krakowską Akademię Umiejętności i Warszawskie Towarzystwo Naukowe.

Za kulisami zabiegi o wejście do Akademii Nauk. Jej oblicze będzie techniczne i przyrodnicze.

Nitsch, Jan Dąbrowski i Szafer reprezentowali Kraków. Myśleli (niestety) tylko o so­bie. Wszyscy trzej wchodzą do Akademii Nauk — mówi się, że członkowie Akademii Umiejętności i Warszawskiego Towarzystwa Naukowego wejdą automatycznie do Aka­demii Nauk.

Akademicy mają być płatni. Fotel ma przynosić znaczne dochody (od 5 tyś. – 8 tyś.).

Akademia Nauk ma objąć swym zasięgiem całą Polskę. Ma rozbudowywać w kierun­ku nauki rozmaite istniejące instytucje i tworzyć nowe.

Czy jestem przeciwnikiem Akademii Nauk? Czy może — jeżeli się odnoszę nieufnie do tej instytucji — przemawia przeze mnie ciasny partykularyzm? Krakowskie ambicje?

Akademia Nauk jest potrzebna. Uniwersytety nie mogą spełniać roli instytutów ba­dawczych.

Ale Akademia Nauk nie może brać na siebie ciężaru, który jest ponad jej siły. Krę­pować środowiska takiego jak Kraków. Akademia Umiejętności powinna dalej istnieć. Jest potrzebna — może nie jako naczelna instytucja naukowa — ale jako związek wol­nych uczonych. Wolnych, to znaczy niezależnych od ucisku państwa.

Z dziennika wypadków w życiu akademickim w PRL

baner historia PRL

Z dziennika wypadków w życiu akademickim w PRL

[zapisane w : Estreicher Karol – Dziennik wypadków tom V 1973-77 (s.589-593)]  – Dla przyszłego historyka Uniwersytetu Jagiellońskiego

„Podstawowym zadaniem szeregów partyjnych („POP”) jest „umacnianie i pogłębianie socjalistycznych treści w życiu Uczelni„. Wymaga to dysponowaniem liczną kadrą odpo wiedzialnych i „ofiarnych” działaczy — członków Partii.

Wzrost szeregów partyjnych od 1968 roku jest największą troską czynników partyjnych UJ.

Rozwinięto szeroką akcję re krutacyjną wśród młodszych pracowników, stażystów i asystentów”. Mimo obietnic, mimo przywilejów i korzyści nadawanych kandydatom partyjnym (pensji, mieszkań, paszportów i wyjazdów zagranicznych) napływ kandydatów od lat jest marny. Z pomiędzy asystentów i studentów mało kto zapisuje się w szeregi komunistów. Członkami organizacji partyjnej w Uniwersytecie Jagiellońskim są głównie urzędnicy administracji, niemal z reguły (na wyższych stanowiskach!) łapownicy i rozrabiacze. także (na Wydziale Prawa) krypto mi licjanci i tajniacy udający studentów, a rozsiani w domach akademickich.

Poziom ideowy aparatczyków partyjnych jest bardzo niski. Nikt z nich nie wierzy w hasła głoszone oficjalnie na zebraniach, kursokonferencjach, na poufnych sympo zjach. Partyjni asystenci, adiunkci, docenci, a także profesorowie wstydzą się swej przy należności do Partii. Nie mówią o tym. Największą dla nich przyjemnością jest jeżeli ktoś udaje, że nie wie. Partyjny nigdy — ale to nigdy — nie oświadczy, że jest partyjnym. Największym nietaktem (można za to grubo zapłacić!) jest uczynić jakąkolwiek aluzję do Partii i przynależności do niej.

Do dobrego wychowania, do obyczaju należy — jeże li już ktoś się dowie, że drugi jest partyjny, lub gdy ktoś się przyzna do przynależności do Partii — do dobrego tonu należy wyrazić zdziwienie i zaskoczenie („tak?! — Pan na leży do Partii; nie wiedziałem o tym”.) Na temat Partii się nie mówi, nie wymienia tego słowa. Dlaczego? Bo wszyscy, a przede wszystkim partyjni wstydzą się. Boją się, wsty dzą, nie wiedzą co z tą przynależnością partyjną zrobić. Być dumnym czy ukrywać się? Wolą (z wyjątkiem oficjalnych działaczy „aktywistów”), jak długo się da, ukrywać się.

Innym sposobem (szeroko stosowanym) to udawanie liberała. Czasem może i jest to szczere, ale zawsze bez świadków. Partyjny rozgląda się dobrze, a potem daje poznać, że jest po stronie rozmówcy, że to co się dzieje w Polsce jemu też się nie podoba, że dążyć należy (tu rozgląda się jeszcze raz) do zmian… Myśli, że bezpartyjnego kolegę, pracow nika, podwładnego wyciągnie na zwierzenia. Nie wie, że na ogół ludzie — społeczeństwo — informują się wzajemnie i ostrzegają przed partyjnymi. Jakże często na Uniwersytecie Jagiellońskim słyszę i na odwrót (i ja to także czynię): „proszę uważać XYlub NN jest partyjny.” Czasem daje się do poznania, że „to bardzo porządny człowiek choć partyjny.”.

Rektor Karaś celuje w metodzie prowokowania zwierzeń, i gdy tylko zamkną się drzwi rektoratu zaczyna rozmowę tonem budzącym zaufanie. Pyta o problemy uniwer syteckie i wyciąga na zwierzenia i donosy. Ponieważ profesorowie, zwłaszcza młodsi, chcą mu się przypodobać więc potakując zaczynają mu opowiadać swoje ambicje i kło poty. Nie wiedzą, że Pan Rektor („Jego Magnificencja”) nie tylko słucha, ale wszystko jest notowane na taśmie podsłuchowej.

Osobny rozdział w życiu uniwersyteckim to donosy . Celują w tym przede wszystkim urzędnicy zwani szumnie dyrektorami administracyjnymi. Jest ich aż czterech. Naczelnym jest Sporek — prymityw na poziomie murarza, albo majstra budowlanego, i jego zastępcy: Turski (poziom konduktora autobusowego, nie! kontrolera!), niejaki Błachut (wyraźny agent Urzędu Bezpieczeństwa) i buchalter, „kwestor”, niejaki Bunsch (syn malarza, intrygant i złośliwiec). Dyrektorzy ci zostali przydzieleni Uniwersytetowi z Zakładów Wapiennych czy Kruszywa, z Azotów czy z czegoś podobnego. Woła ich „JM Rektor” i wysłuchuje codziennie ich donosów na siebie wzajem i na profesorów.

W rękach tych niedokształconych, opanowanych manią władzy urzędników znajdują się losy około 20 tysięcy osób: awanse, pensje, mieszkania. Wszyscy są uzależnieni od de cyzji „obywatela Rektora”, decyzji bezapelacyjnych i niekontrolowanych.

Senat akademicki właściwie nie istnieje. Zasiadają tam mianowani dziekani (partyjni), zastraszeni prorektorzy, urzędnicy administracyjni uzależnieni od Karasia, delegaci Partii i młodzieży. Senat nie ma żadnego znaczenia. Nuda i fałsz panują na posiedzeniach.

Donosy, oskarżenia, intrygi — to codzienna porcja rektora (mianowanego!) Mieczysława Karasia. Lubuje się on w tego rodzaju postępowaniu. Pławi się z lubością w płot kach. On, prowincjonalny członek KC Komisji Kontroli Partyjnej w Warszawie. Tam nie ma żadnego znaczenia, ale tu w Krakowie jest bardzo ważny.

Nałykawszy się plotek i donosów „ob. J.M. Rektor” zaczyna przyjmować strony…

Profesorów nie widzi się w rektoracie. Z teczkami i sprawami przybywają prorektorzy (jest ich czterech: Hess, Surma… i Wójcik). Każdy z nich się podlizuje, jak tam umie i może, ale to i tak nie chroni ich od besztania i obrażania przez „obywatela rektora”. Rektor bowiem (bez jednego oka, a źle, bardzo źle widzący na drugie) łatwo wpada w rozdrażnienie, a pewny swej bezkarności rozpoczyna rozmowę od besztania. Potem dopiero zaczyna załatwiać sprawy.

Karaś jest człowiekiem bystrym, szybko się orientującym, szybko się decydującym, energicznym, ambitnym. Ma znajomość ludzi i spraw środowiska inteligencji. Obdarzo ny jest doskonałą pamięcią, tak jakby natura wynagradzała mu kalectwo. Te zalety i ta lenty powiększa wykształcenie językoznawcy nabyte w dobrej szkole Nitscha i Taszyckiego (w latach 1945-1955). Od 1957 roku zajmuje w Uniwersytecie decydujące i władcze stanowiska: dziekan, sekretarz organizacji partyjnej, prorektor, rektor. Praco witość i ambicja wybicia się sprawiły, że wysunął się na czoło. Spryt pozwolił mu zyskać zaufanie dygnitarzy partyjnych w Warszawie. Lata 1944 i 45, gdy służył w Milicji Ludo wej dały mu bezcenne związki z dzisiejszymi dygnitarzami tajnej służby bezpieczeństwa. Dostęp do tek i papierów personalnych UJ pozwala mu być poinformowanym o kolegach. Zna ich zalety, charaktery, ale także i ich grzechy… Dla słabych jest wyniosły i brutalnych, dla silniejszych od siebie uniżony, grzeczny i posłuszny.

Wady i świństwa charakteru przewyższają zalety. Karaś jest zepsuty władzą. Od lat przeszło dwudziestu jest przyzwyczajony do świetnych dochodów, do tego, że ciągle idzie w górę, do uniżoności, do obsługiwania przez urzędników, do auta, do hołdów, gronostajów, łańcuchów, do szoferów, do uległości słabszych i do uległości wobec moc niejszych. Stracił równowagę, tak jak to bywa z władcami i dygnitarzami. Przyzwyczaił się, że awansuje, że każdy rok Jego Magnificencji Rektora Uniwersytetu Jagiellońskie go (mit w społeczeństwie ciągle działa!) wynosi go o stopień w górę. Drażni go już nie tylko każde niepowodzenie, ale i każda przeszkoda…

Do tego dołącza się skrajna za zdrość i zawiść. Jak zawsze u ludzi, którzy intelektualnie zardzewieli, jest chorobliwie zazdrosny o cudze sukcesy czy osiągnięcia, zazdrosny o stanowisko, o posiadanie. Wieczne rozdrażnienie i kłopoty na stanowisku rektora pogłębiają te słabe strony cha rakteru. Stosunki domowe ma także nie najlepsze! Córka, która ukończyła anglistykę, ojca nie lubi. Niemal na siłę została, teraz w tym roku, sprowadzona z Anglii, gdzie chciała zostać, „wybrać wolność” — co złamałoby karierę ojca.

Na Uniwersytecie, do chwili mianowania Karasia rektorem, stosunki nie były inne. Organizacja partyjna składała się z kilku, kilkunastu profesorów i z urzędników administracyjnych o bardzo niskim poziomie umysłowym.

W 1968 roku, przed dziesięciu laty, Karaś obiecał zmienić ten stan rzeczy. Zabrał się do tego w sposób sprytny, a bezwzględny. Przede wszystkim zamienił urzędników administracyjnych. Usunął sta rych partyjnych łapowników, jak np. Wlodka i Hajeca („dyrektorów administracyjnych”). Wyrzucił ich odkrywając ich grzechy, a na ich miejsce sprowadził nowych, złośliwszych, bezwzględniejszych i bardziej tępych. Na poufnych posiedzeniach tzw. Małego Senatu dał im do poznania, że profesorowie i asystenci są na Uniwersytecie złem koniecznym, że zadaniem uczelni jest nie uczyć lub szerzyć wiedzę — ale przede wszystkim panować nad młodzieżą, aby przypadkiem się nie burzyłai za dużo nie gadała.

Sporek, były dyrektor z fabryki Azoty czy przetwory wapna (i jego towarzysze)  zrozumieli w lot te intencje Karasia. Kierowniczką spraw personalnych profesorów zostala przystojna, umalowana, upięta, ufryzowana i uperfumowana pani Irena Koziołowa, jeszcze nie tak dawno dziewczyna na posyłki, bez szkoły średniej, bez cienia wykształcenia, której Partia nadała rozmaite tytuły: maturę, magisteriat, etc. Wszystko to było sztuczne, fałszywe. Mały buchalter Bunsch będący na poziomie księgowego z zakładu produkcyjnego został naczelnym kwestorem. Otrzymał ogromne fundusze i nieograniczone możliwości. Intrygował i donosił na profesorów do rektora. Profesorowi Buszce rektor odebrał kierownictwo wydawnictwami, a przyznał je pani Hanauskowej, rzeko mej docentce (!) prawa, a w rzeczywistości pracownicy milicji.

W ciągu ostatnich pięciu lat, gdy tylko Karaś utwierdził swą władzę, w sposób istotny naruszył dawny Uniwersytet — zmienił go, i to na gorsze.

Profesorowie wszystkich wydziałów zamilkli. Starsi ustąpili, a młodsi, jeśli tylko nie są partyjni — milczą. Na wydziałach przyrodniczych panuje głucha niechęć w stosunku do rektora.

Hulają urzędnicy. Rządzą Domami Akademickimi, przebudowują, urządzają, zaku pują. Stare meble uniwersyteckie (jakże często zabytkowe!) zostają porąbane, a na ich miejsce urzędnicy — „zaopatrzeniowcy” kupują liche nowe. Przerób. Premia. Łapówki od dostawców uspołecznionych.

Prawdziwa nauka pod rządami Karasia ustała. Na to miejsce wystąpiła czcza propa ganda.

Rzekomo rozbudowano naukowe studia dla tzw. Polonii zagranicznej (idą na to miliony złotych), potworzono niby-naukowe zakłady „badań”nad dziejami emigracji w Stanach Zjednoczonych i nastąpiła zaraźliwa moda zawierania rzekomo „naukowych umów”.

Rektor i jego grzeczni asystenci jeżdżą gdzie się da za granicę i tam zawierają umowy o współpracy z jakimiś prowincjonalnymi uniwersytetami. Nic z tego nie wyni ka prócz bankietu, diet, reklamy w gazetach. Gdy już owe zagraniczne umowy o współ pracy się skończyły zaczęto zawierać umowy z tzw. „Zakładami pracy”. Znowu śniadanko, gadanie, podpisywanie aktu, wyjazd, hołdy, diety. Blagi te Karaś doprowadził do perfekcji, a usłużni, spodleli dziennikarze rozsławiają.

Krajowe umowy o współpracy nie dają dochodów i diet w dewizach. Znaleziono inne, głupie i nieuczciwe źródło —doktoraty honorowe. Chcąc się przypodobać ambasa dorowi Starewiczowi z Londynu Karaś nadał doktorat honorowy nie mniej nie więcej tylko Feliksowi Topolskiemu. Zresztą, jeszcze ten, w końcu artysta, niech będzie. Ale doktorat honorowy dla Piszka!? Piszek jest businessmanem w Filadelfii. To ciemnaosobistość. Rzekomo — tłumaczył się Karaś — miał zapłacić Uniwersytetowi w dola rach. Mówiło się o 50 tysiącach.Dla UJ nie wpłynęło nic! W Stanach Zjednoczonych mówi się głośno, że Piszek te pieniądze wpłacił… Ale komu? Podobnie pisał Zabłocki z Kongresu Stanów Zjednoczonych: „Gdzie podziały się dolary? Kto je ukradł?” Za doktorat honorowy Uniwersytetu w Sofii dla Karasia doktorat honorowy w Krakowie, etc., etc…

Karaś stracił zupełnie poczucie rzeczywistości. Bez ustanku zwołuje uroczyste posiedzenia, występuje w gronostajach, w łańcuchu, przy berle, upaja się hołdami i prowincjonalną czołobitnością. Całkowicie zanikła skromność. Utwierdziwszy się na krześle rektorskim, pewny bezkarności, żądny prowincjonalnych sukcesów, będąc pewny, że w ten sposób pójdzie do góry — wyżej, wyżej… Marzy mu się kariera polityczna — ministra, premiera, Przewodniczącego Rady Państwa. Upaja się możliwościami.

Nie wie, nie spostrzega, że wszyscy mają go dość. Przede wszystkim jego partyjni to warzysze, którzy też się chcą nałykać. W Warszawie opinia o Karasiu jest zła. Przed la ty pokłócił się z szoferem o nazwisku Nalepski i ten zaskarżył go do sądu. Sprawę udało się umorzyć, ale w KC w Warszawie zostały w teczce personalnej Karasia zeznania Nalepskiego o przyjaźniach Karasia z Haraschinem i innymi podobnymi figurami. Karto teka Karasia nie jest zamknięta. Ministerstwo ma przeciw niemu duże zastrzeżenia, a krakowska organizacja partyjna też przestała go kochać. Moim zdaniem — okaże się to w najbliższej przyszłości, za rok, półtora — rozpoczął się zmierzch Karasia.

Ale czy po nim nie przyjdzie ktoś gorszy? Na pewno nie przyjdzie lepszy. Ale nawet jak przyj dzie gorszy, to przez pierwszy rok będzie reformował, nagradzał, ustawiał swoich pro tegowanych. Czy prawdziwej nauce na Uniwersytecie pozwoli to żyć? „

UWAGI – jw

Niestety historycy UJ jakby tych dzienników nie czytali:

Lustracja dziejów Uniwersytetu  Jagiellońskiego

List otwarty do Prezesa Polskiej Akademii Umiejętności

Ja mogę tylko dodać, że ten opis nie jest dla mnie czymś niezwykłym, poza tym że jest ! W tamtych czasach też tam byłem i niejedno widziałem. Generalnie tak to odbierałem, choć z innej pozycji siedzenia.

Jak się na to zamknie oczy, jak się zamknie teczki z tych czasow i późniejszych, to można pisać takie dyrdymały jak wDziejach Uniwersytetu Jagiellońskiego’ ale nibynaukowcom III RP – beneficjentom tamtych czasów i tamtych rektorów, towarzyszy, tępaków – bardzo się to podoba, a bardzo im się nie podoba jak ktoś napisze prawdę, której co prawda mają szukać (za pieniądze podatnika rzecz jasna) ale ją ukrywają, bo nauka, jak i zwykła przyzwoitość są im obce. Klonują sobie podobnych i nadal aktualne jest pytanie Czy prawdziwej nauce na Uniwersytecie pozwoli to żyć?’

Historia jako przestępstwo

baner

Historia jako przestępstwo

Rz, Andrzej Nowak 11-07-2009,

Przygody z historią w III RP

A jak jest w Polsce? No cóż, też mamy prawo „historyczne”. To przede wszystkim uchwalona 11 lat temu głosami AWS i Unii Wolności ustawa o IPN.

Cele działalności Instytutu definiuje już wstęp do ustawy o jego powołaniu. Mówi się tam m.in. o potrzebie „zachowania pamięci o ogromie ofiar, strat i szkód poniesionych przez Naród Polski w latach II wojny światowej i po jej zakończeniu”, o utrwaleniu „patriotycznych tradycji zmagań Narodu Polskiego z okupantami, nazizmem i komunizmem”, a także o „powinności zadośćuczynienia przez nasze [czyli współczesne] państwo wszystkim pokrzywdzonym przez państwo [komunistyczne, funkcjonujące w latach 1944 – 1989] łamiące prawa człowieka”.

IPN jest instytucją potężną, ale nie monopolistyczną. Zatrudnia kilkuset historyków i archiwistów, w większości przedstawicieli młodszego pokolenia, uformowanego już po upadku systemu komunistycznego. To ich, a nie wszystkich historyków w Polsce, dotyczą owe obowiązki, jakie wymienia wstęp do ustawy o Instytucie. Inni historycy, którzy pracują na wyższych uczelniach lub w instytutach Akademii Nauk, mogą nie przejmować się w swych badaniach kwestiami „pamięci o ogromie ofiar…” czy też „patriotycznymi tradycjami zmagań…”. O tym natomiast, czy owa „pamięć” i „tradycje” staną się w pracach samego IPN pożywką do zwyczajnej propagandy historycznej, czy też zmieszczą się w tak zakreślonych ramach badania dopuszczające wielość interpretacji,decyduje faktycznie kierownictwo Instytutu.

Ale nie decyduje w próżni. Pewne znaczenie ma presja ze strony partii politycznych. Niektóre, jak rządząca np. w latach 2001 – 2005 partia postkomunistyczna (SLD), wolałyby nie kierować szerszego strumienia badań i wysiłków edukacji publicznej w stronę przypominania „zbrodni komunistycznych”; inne, prawicowe – jak np. rządzące w latach 2006 – 2007 Prawo i Sprawiedliwość – mogą próbować wykorzystywać prace badawcze i edukacyjne IPN jako jedno z narzędzi swego rodzaju „rekonkwisty” świadomości historycznej Polaków po 45 latach wpływów komunistycznej propagandy.

IPN nie jest jednak pod tym względem narzędziem szczególnie mocnym. Najsilniej oddziałują w tym zakresie wielkie media, zarówno telewizja publiczna (do 2005 roku w znacznym stopniu kierowana przez ludzi związanych z partią postkomunistyczną), jak też potężne w Polsce telewizje i gazety prywatne. Zdecydowanie przeważało w nich jednak nastawienie krytyczne do „historii heroicznej” i „martyrologicznej”. Jak to ujął w jednym z setek poświęconych swoistej krucjacie przeciw takiemu ujmowaniu historii narodowej artykułów największy i najbardziej wpływowy polski dziennik „Gazeta Wyborcza” – trzeba zdzierać z Polski „wygodny kostium ofiary”.

Można się z takim krytycznym nastawieniem zgadzać lub nie. Na pewno jest ono w debacie publicznej konieczne. Osobiście jednak byłem przekonany, że miażdżąca przewaga w debacie publicznej takiego nastawienia nie jest zdrowa ani też nie służy swobodzie badań historycznych. Wydawało mi się również, że IPN może – wobec groźby swoistego monopolu „historii krytycznej” – odegrać rolę pewnego rodzaju przeciwwagi w praktyce naszej współczesnej historiografii.

Kiedy do władzy, na 20 miesięcy, jak się okazało, doszła w końcu 2005 roku prawicowa koalicja pod przywództwem braci Kaczyńskich, jednym z jej znaków firmowych miała być aktywna „polityka historyczna”. W istocie polegała ona na próbie przypominania „patriotycznych tradycji zmagań Narodu Polskiego z okupantami, nazizmem i komunizmem” – czyli tego właśnie, co wymienia w swym wstępie ustawa o IPN. Sprawa stała się przedmiotem ostrej debaty publicznej.

Zwolennicy „polityki historycznej” (i ja występowałem w tej roli) owego sporu – sporu nie tyle na racje, ile na siłę nagłaśniających je medialnych „wzmacniaczy” – raczej nie wygrali. Poszerzona została jednak, jak mi się zdawało, przestrzeń pluralizmu poglądów na polską historię najnowszą. Przynajmniej przestrzeń publicznej debaty w tym zakresie. Wolność badań poszczególnych historyków wydawała się niezagrożona. Kto chciał, mógł zajmować się zbrodniami ludności polskiej na Żydach w okresie II wojny światowej lub bezpośrednio po niej, prześladowaniami mniejszości ukraińskiej w Polsce w ramach akcji „Wisła” czy też losem Niemców wypędzanych z ziem zachodnich Polski w 1945 roku. Były to, i są, tematy badawcze podejmowane tak w ramach prac IPN, jak też oczywiście poza Instytutem. Kto chciał, mógł się zajmować losem polskich ofiar – tych z Katynia i tych z Oświęcimia, i tych ze stalinowskich więzień, i tych ze stanu wojennego. Kto chciał, mógł oczywiście abstrahować całkowicie od historii politycznej i jej „gorących sporów”, zajmując się przemianami społecznymi, cywilizacyjnymi, historią kulturalną czy „genderową”.

Sankcje karne grożą tylko w jednym przypadku, który określa artykuł 55 ustawy o IPN. Definiuje on mianowicie, czego nie wolno w historii negować: „zbrodni nazistowskich i komunistycznych” oraz zbrodni ludobójstwa (w rozumieniu konwencji międzynarodowej z 1948 roku) – popełnionych „na osobach narodowości polskiej lub obywatelach polskich innych narodowości w okresie od dnia 1 września 1939 r. do dnia 31 grudnia 1989 r.”.

Jedyną osobą, o ile mi wiadomo, której wytoczono sprawę karną na podstawie tego artykułu, był jak dotąd dr Dariusz Ratajczak z Uniwersytetu Opolskiego, który po wydaniu swojej książki podważającej historyczne ustalenia na temat Holokaustu został w 1999 roku zwolniony z pracy na uczelni. Sprawa, wytoczona mu z urzędu, została umorzona wyrokiem Sądu Okręgowego w Opolu w 2002 roku.

Wydawało mi się, że możliwość karania historyków za ich opinie i interpretacje, nawet najgłupsze, pozostaje w Polsce faktycznie ograniczona. A jednak, jak mogłem się osobiście przekonać, podejmowane są i u nas próby poszerzenia owych możliwości, próby ustalania przez przedstawicieli politycznej władzy dopuszczalnego obrazu przeszłości.Pewnym, nie jedynym, ale dość głośnym świadectwem owych prób w ostatnich kilku miesiącach stała się tzw. sprawa Zyzaka (czy też Nowaka, jak kto woli). Pozwalam ją sobie przypomnieć, ponieważ ujawnia ona pewien mechanizm „karania” za „niesłuszne” prace historyczne. Mechanizm ten nie wiąże się z kodeksem karnym (nie ma w polskim kodeksie jeszcze osobnego prawa o obowiązkowym kulcie Lecha Wałęsy) ani też z formalnie działającymi instytucjami „polityki historycznej”.

To bardzo tradycyjny, można powiedzieć „staroświecki” mechanizm bezpośredniego nacisku politycznego. Trudno mi o nim więcej pisać, ponieważ jestem stroną w tej sprawie. Mogę tylko wskazać na najbardziej oczywiste konsekwencje. O Lechu Wałęsie, najbardziej znanym na świecie z żyjących polityków polskich, nie ukazała się w Polsce do tej pory ani jedna naukowa monografia. 24-letni Paweł Zyzak odważył się na pierwszą próbę. Po doświadczeniach ostatnich miesięcy można przypuszczać, że raczej nie znajdzie naśladowców, którzy podjęliby inne tematy, w których wspólnie politycy i media próbują potwierdzić trafność przytoczonego na wstępie powiedzenia Napoleona.

Historia polityczna bywa wciąż „gorąca” i może poparzyć. Także w Polsce. Dzisiejsi senatorowie Rzeczypospolitej zapomnieli niestety te mądre słowa, które wypowiedzieli 350 lat temu ich poprzednicy: „Który drukarz wydrukuje dobre i sprawiedliwe rzeczy, to my to chwalimy, a jeśli głupcy wydrukują coś lichego, niegodnego i kłamliwego, to my z tego się śmiejemy. Jeśli zaś nikt książek drukować nie będzie, to potomkowie nasi nic o nas wiedzieć nie będą”.

Nie mam prawa rozsądzać tutaj, czy książka o Lechu Wałęsie zasługuje na śmiech, czy też nie (do tej pory nie ukazała się żadna naukowa recenzja tej książki). Cieszę się jednak, że mogła zostać wydrukowana i naruszyć ową „historyczną zgodę”, którą w niektórych kwestiach próbuje się zastąpić dochodzenie do historycznej prawdy.

Polityka, związana z formowaniem wspólnoty opartej na pewnej tożsamości – albo też na podważaniu jednych tożsamości wspólnotowych i zastępowaniu ich innymi (wspólnotowymi lub indywidualnymi), sięga często po „argumenty historyczne”. Nie tylko w Rosji i nie tylko w Polsce. Niebezpieczna staje się jednak dopiero wtedy, gdy próbuje narzucić konsensus, którego już nikt nie może podważyć. Jest wtedy niebezpieczna niezależnie od tego, czy posługuje się paragrafami kodeksu karnego, czy wtedy, gdy powołuje instytucje, które mają orzekać ostatecznie o tym, co jest prawdą historyczną, a co nie jest.

Niebezpieczna może być nawet wtedy, gdy próbuje wymusić konsensus wokół wyznaczonego tabu bezpośrednim naciskiem czy to polityków, czy to mediów. Przekonałem się o tym sam – a nic nie uczy tak skutecznie jak własne doświadczenie.

Andrzej Nowak jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego i redaktorem naczelnym czasopisma „Arcana”, był promotorem pracy magisterskiej Pawła Zyzaka o Lechu Wałęsie.