Aby IPN się zmierzył z przebiegiem i skutkami Wielkiej Czystki Akademickiej – postulaty obywatela

mysla-i-mlotem

Aby IPN się zmierzył z przebiegiem i skutkami Wielkiej Czystki Akademickiej

postulaty obywatela

Mimo ogromnej pracy i osiągnięć IPN do tej pory nie ma należytych opracowań na temat oczyszczania środowiska akademickiego z akademików wrogo nastawionych, czy chociażby nieprzydatnych do budowy systemu komunistycznego. O okresie stalinowskim nieco wiadomo, ale im bliżej schyłku PRL tym wiedza na ten temat jest znikoma i niemal nieznana w przestrzeni publicznej, mimo ze przed tzw. transformacją czyszczenie środowiska pod batutą PZPR-SB było poważne. [Wielka czystka na uczelniach(1982) –  https://lustronauki.wordpress.com/2008/11/03/wielka-czystka-na-uczelniach/ , Niechciana pamięć o stanie wojennym i powojennym -https://blogjw.wordpress.com/2014/12/14/niechciana-pamiec-o-stanie-wojennym-i-powojennym/?iframe=true&theme_preview=true].

Nie da się zrozumieć zapaści uczelni i degradacji środowiska akademickiego w III RP bez poznania tej czystki. Potrzebna lustracja lustracji  https://blogjw.wordpress.com/2016/08/20/potrzebna-lustracja-lustracji/]

Od początku transformacji mówiło się o akademickiej luce pokoleniowej, ale nie podejmowano badań nad genezą tej luki, a w każdym nie brano pod uwagę skutków czystki akademickiej. Nie ma nawet oceny strat kadry akademickiej, strat potencjału intelektualnego i moralnego po przeprowadzeniu czystki, ani przebiegu zasiedlania nisz akademickich przez beneficjentów czystki w III RP.

Geolodzy – historycy ‚ziemscy’ badają fragmentaryczne zapisy historii Ziemi w sekwencjach skalnych poświęcając wiele uwagi lukom stratygraficznym powstałych w wyniku erozji czy braku sedymentacji, interpretując po tych analizach fazy regresji morskich czy ruchów tektonicznych. Analizowane są zmiany, nieraz radykalne, świata organicznego zapisane w profilach skalnych, zasiedlanie nisz ekologicznych po okresach masowego wymierania organizmów, przebieg radiacji adaptacyjnej organizmów, które przez okres wymierania przeszły z sukcesem.

Dlaczego historycy ‚ludzcy’ z metodologii badań historyków ‚ziemskich’ nie biorą przykładu ? [ Dlaczego historycy nie chcą się uczyć od geologów ? Głos w dyskusji nad uprawianiem i nauczaniem historii w Polsce. – https://blogjw.wordpress.com/2012/10/08/dlaczego-historycy-nie-chca-sie-uczyc-od-geologow/%5D

Geolodzy stosują znaną dewizę Charlesa Lyella jeszcze z XIX wieku – The Present is the key to the past ” – „Teraźniejszość jest kluczem do poznania przeszłości”, rzecz w tym, żeby klucza nie pomylić, czy go nie zgubić.

Tłumaczyłem to powszechnie znanemu historykowi prof. Januszowi Tazbirowi jednocześnie zdecydowanemu antylustratorowi – ale bez skutku. [List do profesora Janusza Tazbira – na trzeźwo (w sprawie używania kluczy, na dobre i na złe –  https://wobjw.wordpress.com/2010/01/02/list-do-profesora-janusza-tazbira-%E2%80%93-na-trzezwo/]

Efekt jest taki, że znajomość przebiegu i skutków wydarzeń sprzed kilkudziesięciu, a nawet kilkuset milionów lat bywa lepsza niż znajomość wydarzeń sprzed lat kilkudziesięciu.

Najwyższy czas aby historycy ‚ludzcy’ poszli w ślady historyków ‚ ziemskich’.

Reklamy

Potrzebna lustracja lustracji środowiska akademickiego

związek zawodowy

Potrzebna lustracja lustracji

środowiska akademickiego

Wraca sprawa lustracji i to przez posła PiS – Jerzego Gosiewskiego [Zakaz pracy w szkole i na uczelni dla byłych esbeków?-http://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/968424,lustracja-zakaz-pracy-w-szkole-dla-esbekow.html] , mimo że przed rokiem ze środowiska PiS wychodziły szokujące opinie o dezaktualizacji lustracji i dekomunizacji. [https://lustronauki.wordpress.com/2015/09/21/nie-dla-dezaktualizacji-lustracji-i-dekomunizacji/]. Czyli próba wkroczenia na drogę do dobrej zmiany ? Ale nie do końca.

Gosiewski argumentuje „ Koniecznie powinniśmy bronić młodych przed złymi wzorcami. Wskazane jest, by nie byli szkoleni czy uczeni przez osoby, które w przeszłości służyły złu i które na pewno nigdy nie będą przekazywać prawdy historycznej. Najbardziej niebezpieczne jest to, że byli pracownicy i współpracownicy służb bezpieczeństwa PRL przekazują złe wzorce postępowania – dodaje.”

W rozmowie z autorką tekstu w Gazecie Prawnej mówiłem m. in.” – Dotychczasowe działania lustracyjne nie przyniosły oczekiwanych efektów. Nie udało się oczyścić np. środowiska akademickiego. Nawet jeżeli komuś udowodniono współpracę z SB, to nie wyciągano wobec niego konsekwencji. Były nawet przypadki, że te osoby pełniły funkcję rektora – mówi Józef Wieczorek z Niezależnego Forum Akademickiego. – Lustracja jest potrzebna. Pytanie tylko, jakie tym razem przyniosłaby skutki. W mojej ocenie nie powinno jej się zawężać np. tylko do nauczycieli humanistów. Powinna objąć wszystkich – konkluduje.”

Mówiłem także o lustracji/weryfikacji środowiska akademickiego u schyłku PRL, tej która doprowadziła do Wielkiej Czystki Akademickiej.[https://lustronauki.wordpress.com/tag/wielka-czystka-akademicka/]

Nad tą czystką rozciągnięto zasłonę i nie ma woli, żadnej opcji, aby poznać zakres, przebieg, skutki tej lustracji/weryfikacji kadr akademickich, co prowadzi do oczywistej konsekwencji nieznajomości przyczyn degradacji polskiej kadry akademickiej, polskiej szkoły (nie tylko wyższej) w III RP.

Mówi się o braku oczyszczenia kadr akademickich w III RP, a nie mówi się o oczyszczeniu kadr akademickich u schyłku PRLu ! I o charakterze tego politycznego oczyszczenia, realizowanego pod batutą SB-PZPR przez nomenklaturowe władze uczelni, oczyszczenia z elementu niewygodnego, wrogo, czy choćby krytycznie nastawionego do systemu komunistycznego, z elementu stanowiącego zagrożenie dla przewodniej siły narodu, i dla komunistycznego systemu wychowywania młodzieży akademickiej.

Nie bez przyczyny takich oskarżano o negatywny wpływ na młodzież, o niewłaściwą dla standardów komunistycznych – etykę (szczególnie jeśli protestowali przeciwko deprawacji młodzieży !), o niewłaściwy charakter – szczególnie jeśli mieli charakter niezłomny, zupełnie nieprzydatny do formowania ludzi złomnych, zniewolonych, którzy nie będą się ‚wychylać’.

Szczególne zagrożenie dla systemu stanowili ci, którzy uczyli myślenia krytycznego i nonkonformizmu naukowego. Tych usuwano dożywotnio, bo i dla III RP stanowili i stanowią zagrożenie.

Niestety do tej pory nie bada się strat kadr akademickich poniesionych w wyniku tej lustracji.

Nie ujawnia się składu komisji lustracyjnych/weryfikacyjnych. Nikt nie biadoli nad osłabieniem potencjału intelektualnego i moralnego w wyniku negatywnej lustracji kadr nie wykazujących ochoty ani do tajnej, ani do jawnej współpracy z systemem zła. Czy nie jest to schizofrenia ?

Czy nie jest potrzebna dogłębna lustracja tej bolszewickiej lustracji ?

Jeszcze raz podkreślam –  w wyniku tej lustracji/weryfikacji nie usuwano tych, którzy byli/ współpracowali z tajnymi/jawnymi współpracownikami systemu komunistycznego, tylko tych którzy nie byli/współpracować nie chcieli z budowniczymi systemu komunistycznego i do budowy tego systemu się nie nadawali ! Nie respektowali wartości/etyki na opak tego przestępczego (także dla nauki i edukacji) systemu.

Nie bez przyczyny organizatorzy/beneficjenci tej lustracji wymazują ją i jej ofiary z pamięci, z badań , z historii.

Pojęcie i praktykę lustracji sprowadzono do ujawniania współpracy tajnej ze służbami państwa komunistycznego. W ramach lustracji ujawnia się zatem, choć z oporami, tajnych współpracowników, co jest bardzo ważne, ale nie wystarczające.

Jawni współpracownicy na ogół są utajniani, mimo ze decydowali niemal o wszystkim !

Nie bada się szkód wyrządzonych przez nich nauce i edukacji w Polsce, zarządzanym, czy „ochranianym” obiektom, osobom. Niestety nie ma woli poznania.

Rzekome badania nad pokrzywdzeniem w PRL prowadzi się tylko wśród beneficjentów, którzy z sukcesem przeszli weryfikację, ale nie wśród poszkodowanych, którzy takiej politycznej, pozamerytorycznej weryfikacji – nie przeszli !

Tak naprawdę widać zatem wielką aprobatę, wielkie uznanie dla niemerytorycznych ocen i tajnych metod pracy, tajnych do dnia dzisiejszego komisji lustracyjnych/weryfikacyjnych. Jak ktoś przez taką weryfikację nie przeszedł widocznie się nie nadawał do budowy jedynie słusznego systemu – i jak tu zaprzeczać ?

System akademicki III RP budują ci, którzy te bolszewickie komisje tworzyli i ci którzy przez taką lustrację przeszli oraz przez nich formowani. Skutki – jak widać!

A jakie są wyniki takich badań nad działalności SB wobec uczelni ? Ano czasem takie, że – w rezultacie powszechnej inwigilacji uczelni podobno nikt nie został pokrzywdzony, nikogo nie wyrzucono !

Czyli co ? – „ochrona” uczelni przez aparat SB była taka znakomita? niezwykle pożyteczna ?

No to może likwidacja SB i PZPR spowodowała dopiero spadek poziomu uczelni ?

I takie bzdury są rozpowszechniane i akceptowane ! Nikt z pokrzywdzonymi i prezentującymi odmienne fakty i poglądy – nie chce rozmawiać ! Jak ktoś dostał akademicki „wilczy bilet”, akademickie dożywocie – to widocznie na to zasługiwał!

Jak nie wyrzucono żadnego tajnego, ani jawnego współpracownika systemu komunistycznego – to strat nie było ! ? A ci co nie chcieli być ani jawnymi, ani tajnymi współpracownikami – sami sobie są winni ! ?

Beneficjenci weryfikacji piszą fałszywe historie, w których ani słowa o systemie komunistycznym, czy o stanie wojennym i przeciwko temu nikt nie protestuje – niemal nikt, bo ja protestują i napisałem n-tą ilość tekstów i listów, ale nad nimi zapadła głucha i chyba złowroga cisza. [https://blogjw.wordpress.com/2009/03/25/lustracja-dziejow-uniwersytetu-jagiellonskiego/].

Historykom, także tych z opcji patriotyczno-solidarnościowej, medialnie walczących podobno o poziom nauczania historii, jakby wcale nie przeszkadzało, że w ich instytutach pracują tajni i jawni współpracownicy systemu kłamstwa.

Co więcej nie przeszkadzają im także zafałszowane historie ich uczelni, nawet jak są zalecane do opanowania przez kandydatów na studia. Te fałszywe historii niekoniecznie piszą ci, którzy byli tajnymi czy jawnymi współpracownikami, więc nawet jakby takich współpracowników pousuwano ( co powinno jednak nastąpić), to i tak skutecznie nie obronimy młodych przed złymi wzorcami.

Zło akademickie znacznie wyszło poza zakres współpracy z systemem komunistycznym, bo było i jest opłacalne i wynagradzane, otoczone prestiżem.

Napisałem przed nie tak dawnymi laty Poradnik dla badających czasy PRL-u na odcinku akademickimhttps://blogjw.wordpress.com/2013/02/10/poradnik-dla-badajacych-czasy-prl-u-na-odcinku-akademickim/ ale największe umysły akademickie nie podjęły nawet dyskusji, nie mówiąc o wdrożeniu w życie.

Jakie umysły – takie wdrożenie.

I to jest skutek tej bolszewickiej lustracji. Nie tylko tajni i jawni współpracownicy systemu kłamstwa fałszują historię !

Dezaprobata wobec zjawiska ochrony zbrodniarzy komunistycznych przez wymiar sprawiedliwości III RP

baner

25 sierpnia w Bydgoszczy zakończył się trzy dniowy zlot przedstawicieli organizacji kombatanckich opozycji antykomunistycznej. Represjonowani działacze podziemnej NSZZ „Solidarności”, Konfederacji Polski Niepodległej,  Solidarności Walczącej, NZS itp domagają się uchwalenia ustawy o weteranach opozycji antykomunistycznej.

W obradach wzięli udział przedstawiciele organizacji kombatanckich z całego kraju. Obecni byli legendarni przywódcy podziemia:  między innymi: Andrzej Rozpłochowski i Andrzej Sobieraj z NSZZ „Solidarność” oraz Adam Słomka z KPN.

Roman Kotzbach, działacz podziemnej „Solidarności” w Bydgoszczy, założyciel podziemnego radia, podkreslił: – To potrzebne naszemu środowisku już dwunaste spotkanie w III RP.

Jan Raczycki ze Stowarzyszenia Osób Represjonowanych w PRL „Przymierze” powiedział, że głównym celem obrad było omówienie projektu ustawy o statusie weterana opozycji antykomunistycznej. Zabiegamy o to, żeby politycy zajęli się wreszcie poważnie sprawą pomocy dla kombatantów. Liczni ludzie podziemia są coraz starsi, często schorowani. Nie można z pomocą dla nich czekać dłużej.

   W kontaktach z Sejmem RP represjonowanych z całego kraju reprezentować będą: Janusz Olewiński, Andrzej Sobieraj i  Andrzej Rozpłochowski  [andrzejrozplochowski@yahoo.com]

Gościem kombatantów był senator Jan Rulewski (PO) który wystosował apel o godne wsparcie kombatantów przez władze… samorządowe.

Rulewski uznał, że ustawa jest śmiała i „daleko idąca”. Jednocześnie przestrzegł, że w dzisiejszym parlamencie nie ma stosownej woli do uchwalenia tak korzystnej i przyjaznej dla kombatantów ustawy.

 

Obradujący w Bydgoszczy kombatanci sformułowali  oświadczenie:

W poczuciu odpowiedzialności za przyszłość naszej Ojczyzny wyrażamy dezaprobatę wobec zjawiska ochrony zbrodniarzy komunistycznych przez wymiar sprawiedliwości III RP.

Zebrani na Krajowej Konferencji Organizacji osób represjonowanych w PRL

z oburzeniem przyjmują faktyczną bezkarność Wojciecha Jaruzelskiego, Czesława Kiszczaka i Stanisława Kociołka – winnych masowych zbrodni na Narodzie Polskim.

Nie zweryfikowani sędziowie swoim bezprawnym działaniem przyczyniają

się do rozwoju patologii instytucji państwa komunistycznych i jego przedstawicieli.

Żądamy niezwłocznego osądzenia zbrodni PRL zgodnie z elementarnym poczuciem  sprawiedliwości oraz europejskimi standardami praworządności!

Fotokopia apelu z podpisami w załączeniu

Info: Zygmunt Miernik

oswiadczenie Represjonowani z PRL 001

O stanie polskiej historiografii

Bogdan Musiał o  stanie  polskiej historiografii

( Casus prof. Włodzimierza Borodzieja a stan polskiej historiografii -dr Bogdan Musiał, Arcana, grudzień 2002 )

W czasach PRL wielu „historyków” zatrudnionych w instytucjach partyjnych, nauczycieli akademickich, publicystów i dziennikarzy pracowało pod dyktando partii fałszując obraz naszej przeszłości. Szczególnym zainteresowaniem komunistycznej historiografii cieszyła się historia najnowsza. Tu nie liczyła się prawda historyczna, lecz interes partii (władzy) oraz własna kariera.

Ofiarami tej działalności są całe pokolenia Polaków, których świadomość historyczna została wypaczona i zafałszowana. Paradoksalnie, że dzisiaj niektórzy z tych „kształtujących” wcześniej świadomość historyczną „po linii” partii – z przekonania lub oportunizmu – pozwalają sobie dziś na krytykę społeczeństwa polskiego zarzucając mu wypaczoną świadomość historyczną. Wydają się nie dostrzegać, iż jest to przecież zasługą ich wcześniejszych dokonań naukowych.

Największym dobrodziejstwem zmian politycznych po 1989 roku jest fakt, iż nie mają oni dziś monopolu na kształtowanie opisu naszej historii. Znikły bowiem dwa najpoważniejsze fundamenty ich naukowych karier: cenzura i wsparcie Wydziału Ideologicznego KC PZPR.

Po upadku komunizmu wiele osób było przekonanych, że zaczął się okres rzetelnych badań naukowych i odkłamywania najnowszych dziejów Polski. Faktycznie, po 1989 powstało wiele publikacji dotyczących tzw. „białych plam”, na przykład ważne monografie o okupacji sowieckiej Kresów 1939-1941, o oporze zbrojnym i społecznym w pierwszych latach PRL itd. Ale na ogół nie dokonywano prób rzetelnej krytyki najważniejszych publikacji historyków partyjnych traktując je jedynie jako skansen minionej epoki.

Autorzy tego typu prac byli w pierwszych latach III Rzeczpospolitej mało zauważalni; wydawało się, że ich czasy bezpowrotnie minęły. Część z nich zmieniła szybko dziedzinę badań z historii ruchu robotniczego, przyjaźni i współpracy polsko-radzieckiej itp. na tematy bardziej koniunkturalne, a przede wszystkim politycznie poprawne. Równocześnie konsekwentnie przemilczają swoje wcześniejsze publikacje lub wspominają o nich w sposób bardzo oględny, jak np. o „licznych publikacjach dotyczących ruchów społecznych w wieku XIX i XX”. Bez podawania konkretnych tytułów. Tylko nieliczni zmienili się naprawdę podejmując rzetelne badania.

Byli partyjni „historycy” po szeregu zwycięstw wyborczych postkomunistów zaczęli odzyskiwać jednak wcześniejszą pewność siebie. Ich działalność w czasach PRL przestała być czymś wstydliwym czy zasługującym na rozliczenie. Co prawda język ich najnowszych publikacji zmienił się, ale metody i tezy pozostały podobne a fałszerstwa stały się bardziej wysublimowane…..

„Samooczyszczenia” wśród polskich historyków po roku 1989 nie było i prawdopodobnie już nie będzie. Nie należy jednak sądzić, że czas rozwiąże problem dyspozycyjnych i nierzetelnych historyków – spuścizny czasów PRL. Przede wszystkim dlatego, iż ich działalność demoralizuje innych. Wydaje się więc, że nierzetelnych, niewiarygodnych historyków z okresu PRL należy opisać, wytykać i oceniać moralnie, a nie przemilczać ich istnienia.

Milczenie oznacza tolerowanie. Tymczasem obserwując całkowitą bezkarność partyjnych historyków, niektórzy młodzi naukowcy wyciągają z tego wnioski i zaczynają się podobnie zachowywać. Widzą, że kierowanie się etosem naukowym i kryterium prawdy historycznej nie gwarantuje kariery zawodowej.  Wręcz przeciwnie: może tylko spowodować konflikt z wpływowymi „starymi mistrzami”, którzy – blokując publikacje, pozbawiając dostępu do projektów naukowych lub nawet usuwając z pracy – mogą zniszczyć karierę każdego niewygodnego młodego naukowca.

Znacznie łatwiej przebiją się ci, którzy podobnie jak „dawni mistrzowie” pracę naukową traktują jak atrakcyjne miejsce pracy, interesują ich „granty”, zagraniczne wyjazdy. Zamiast odkłamywać historię, zabiegają o przychylne recenzje, wyróżnienia i nagrody w dominujących – politycznie poprawnych – mediach. Klimat dla „naukowców” o mentalności partyjnych, dyspozycyjnych „historyków” jest dzisiaj znowu, niestety, stosunkowo korzystny.

Dyspozycyjność, spełnienie oczekiwań mniej lub bardziej wpływowych partii czy środowisk, nie jest więc problemem jednej tylko, specyficznej generacji, czy też wyłącznie systemu komunistycznego. Skądinąd należy podkreślić, że nawet w nim duża część historyków (zapewne większość) zachowała niezależność i nie sprzeniewierzyła się etosowi naukowca.
Tym większa ich zasługa, że miało to miejsce w okolicznościach dużo trudniejszych niż na Zachodzie. Jak widać, jest to więc problem ogólny, etyczno-zawodowy, dotyczący nie tylko krajów komunistycznych, choć w systemach posttotalitarnych jest jaskrawo widoczny i poczynił najwięcej spustoszeń.

Brak rzeczowej krytyki prac autorów odpowiedzialnych za fałszerstwa i deformacje historyczne epoki komunistycznej, ma oprócz aspektu moralnego jeszcze inne konsekwencje…….brak „rozliczenia się” z historiografią PRL po 1989 roku doprowadził do tego, że niektórzy sądzą, iż można prace takie dalej rozpowszechniać jako wynik poważnych badań naukowych. Czynią to nawet za granicą i to wiele lat po upadku komunizmu w Polsce. Zjawisko to dobrze obrazuje sprawa książki Włodzimierza Borodzieja, znanego historyka, do niedawna prorektora Uniwersytetu Warszawskiego…….

….”kontrola jakości” w dziedzinie historiografii współczesnej, w Polsce nie funkcjonuje. Jej najważniejszym elementem jest otwarta i rzeczowa krytyka – to ona wymusza przestrzeganie podstawowych zasad warsztatu pracy naukowej. Tymczasem w Polsce panuje w tej dziedzinie atmosfera zupełnej niemal bezkarności. Praca prof. Borodzieja nie jest przecież jedynym przykładem. Innym, dużo bardziej spektakularnym efektem braku „kontroli jakości” jest ostatnia publikacja Jana Tomasza Grossa pt. „Sąsiedzi”. Autor oficjalnie ogłosił w niej nawet potrzebę „afirmacyjnego” traktowania niektórych źródeł, czyli rezygnację z ich naukowej krytyki. Wspomina też o „objawieniu”, które pozwoliło mu zrozumieć przebieg masakry w Jedwabnem bez przeprowadzenia należytych badań. Lista znanych „przeoczeń”, błędów, ahistorycznych spekulacji i bezpodstawnych oskarżeń pod adresem konkretnych osób jest w jego objętościowo skromnej publikacji tak długa, że trudno uwierzyć, aby były one tylko i wyłącznie efektem powierzchowności „badań” i braku elementarnej wiedzy o realiach panujących w okupowanej i powojennej Polsce, a nie skutkiem celowego działania.

Może nas tylko cieszyć fakt, że polscy naukowcy publikują za granicą prace na tematy dotyczące historii Polski. Jeśli my nie będziemy pisać o własnej historii – to zrobią to za nas inni, ze wszystkimi tego faktu konsekwencjami; wymownym przykładem jest właśnie ostatnie „dzieło” Jana Tomasza Grossa….

(podkreślenia red.   Tekst sprzed 10 lat ale nadal aktualny)

Agent w PRL pracując na rzecz SB – na pewno czynił zło, w III RP agent stał się konformistą

Lektury: Krótka historia Agenta z Polską w tle.

wpolityce.pl- Leszek Pietrzak

..Agent stał się w powszechnym przekonaniu kimś, kto zdradził w czasach PRL, był kimś kto pracował dla komunistycznego państwa, kto donosił komunistycznej bezpiece na współobywateli. A więc działał przeciwko ogółowi i mógł potencjalnie skrzywdzić każdego z nas…

..Agent miał swoją przeszłość, głęboko zakorzeniona w PRL-u. Agent, gdy został  agentem  komunistycznej bezpieki został moralnie  złamany. Był zmuszony  zgodzić  się lub godził się dobrowolnie  na warunki  i zasady, które zostały mu narzucone lub które godził się przyjąć. Stąd w III RP agent stał się konformistą, zgadzającym się na wszystko, tolerującym, rozumiejącym innych, chcącym walczyć  o prawa wielu  lub prawie wszystkich. Agent w III RP nie lubi jednoznacznych postaw, jednoznacznych poglądów i zachowań, woli być elastyczny. Czuje bliskość z innymi agentami, rozpoznaje ich, identyfikuje się z nimi nie znając ich przeszłości, ale rozumiejąc ich postawy. ..

….Dla polskiej bezpieki realnego socjalizmu agent stał się podstawowym instrumentem kontroli społeczeństwa. Jedna z instrukcji operacyjnych UB z roku 1953  mówiła, m.in. że „agent  to tajny współpracownik, który dzięki swoim możliwościom i zdolnościom wykrywa i aktywnie rozpracowuje wszelką  wrogą działalność”. Oczywiście wrogą tylko dla władzyKrótko mówiąc komunistyczna władza chcąc utrzymać się u steru, musiała  mieć olbrzymie rzesze agentów chcących dostarczać  jej wszelkich informacji niezbędnych do okiełznania niepokornego polskiego społeczeństwa. Agent informował o tym kto krytykuje władze, kto uprawia ideologiczny sabotaż,  kto psuje wizerunek przewodniej siły narodu……

….Po roku 1956 ilość agentów zaczęto zamieniać na jakość. Już nie wszyscy, ale przede wszystkim wartościowi…..Coraz częściej agentami zostawali zatem inteligenci, księża, twórcy kultury, czyli ludzie mogący mieć wpływ na świadomość innych. Dla SB ważna była również młodzież studencka – tutaj można  było pozyskać „perspektywicznego” agenta, czyli takiego, który dzięki  odpowiedniemu wsparciu może w przyszłości zyskać duże możliwości informacyjne….

…..Gdy w latach 70 – tych zaczęła się w Polsce rodzić demokratyczna opozycja, coraz  bardziej liczyli się agenci mogący mieć dostęp do opozycyjnych grup i jej poszczególnych liderów. Z tej perspektywy  niezwykle ważni  byli agenci w środowiskach studenckich. To właśnie wtedy  narodziły się kariery niezwykle ważnych agentów jak „Ketaman”  i  „Monika”  działających  w środowisku krakowskiego SKS -u. …..Jeden z historyków IPN lapidarnie problem ten ujął stwierdzając kiedyś, ze „zwykle godność ludzką można było kupić  już za połowę średniej krajowej, czasem dorzucając paszport. I to jest przerażająca prawda”….

.. Agent w PRL pracując  na rzecz SB – na pewno  czynił zło  i jeśli nawet nie  robił tego świadomie to negatywne skutki jego działalności zawsze dotyczyły innych ludzi. ……

Publikacje historyków IPN dostarczały kolejnych informacji agenturalnej przeszłości wielu osób z życia politycznego, gospodarczego, świata nauki i kultury. Wywoływało to niejednokrotnie głosy niesłychanego oburzenia wielu środowisk politycznych  i autorytetów, gromiących IPN za swą w gruncie rzeczy ustawową działalność. Gdy w 2007r. zlikwidowano Urząd Rzecznika Interesu Publicznego IPN przejął także funkcje lustracyjne, jednak w zakresie ograniczonym orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego.  Lustracja agentów została  wyhamowana.

Prawda o agentach i ich roli na przestrzeni PRL-u jest jednak nadal przedmiotem uporczywych badań  historyków IPN. Dzięki  publikacjom IPN mamy szansę napisać polską historię od nowa. Historii tej nie da się  napisać pomijając agentów  i ich postawy na przestrzeni poszczególnych wydarzeń w okresie PRL.

 

Historia jako przestępstwo

baner

Historia jako przestępstwo

Rz, Andrzej Nowak 11-07-2009,

Przygody z historią w III RP

A jak jest w Polsce? No cóż, też mamy prawo „historyczne”. To przede wszystkim uchwalona 11 lat temu głosami AWS i Unii Wolności ustawa o IPN.

Cele działalności Instytutu definiuje już wstęp do ustawy o jego powołaniu. Mówi się tam m.in. o potrzebie „zachowania pamięci o ogromie ofiar, strat i szkód poniesionych przez Naród Polski w latach II wojny światowej i po jej zakończeniu”, o utrwaleniu „patriotycznych tradycji zmagań Narodu Polskiego z okupantami, nazizmem i komunizmem”, a także o „powinności zadośćuczynienia przez nasze [czyli współczesne] państwo wszystkim pokrzywdzonym przez państwo [komunistyczne, funkcjonujące w latach 1944 – 1989] łamiące prawa człowieka”.

IPN jest instytucją potężną, ale nie monopolistyczną. Zatrudnia kilkuset historyków i archiwistów, w większości przedstawicieli młodszego pokolenia, uformowanego już po upadku systemu komunistycznego. To ich, a nie wszystkich historyków w Polsce, dotyczą owe obowiązki, jakie wymienia wstęp do ustawy o Instytucie. Inni historycy, którzy pracują na wyższych uczelniach lub w instytutach Akademii Nauk, mogą nie przejmować się w swych badaniach kwestiami „pamięci o ogromie ofiar…” czy też „patriotycznymi tradycjami zmagań…”. O tym natomiast, czy owa „pamięć” i „tradycje” staną się w pracach samego IPN pożywką do zwyczajnej propagandy historycznej, czy też zmieszczą się w tak zakreślonych ramach badania dopuszczające wielość interpretacji,decyduje faktycznie kierownictwo Instytutu.

Ale nie decyduje w próżni. Pewne znaczenie ma presja ze strony partii politycznych. Niektóre, jak rządząca np. w latach 2001 – 2005 partia postkomunistyczna (SLD), wolałyby nie kierować szerszego strumienia badań i wysiłków edukacji publicznej w stronę przypominania „zbrodni komunistycznych”; inne, prawicowe – jak np. rządzące w latach 2006 – 2007 Prawo i Sprawiedliwość – mogą próbować wykorzystywać prace badawcze i edukacyjne IPN jako jedno z narzędzi swego rodzaju „rekonkwisty” świadomości historycznej Polaków po 45 latach wpływów komunistycznej propagandy.

IPN nie jest jednak pod tym względem narzędziem szczególnie mocnym. Najsilniej oddziałują w tym zakresie wielkie media, zarówno telewizja publiczna (do 2005 roku w znacznym stopniu kierowana przez ludzi związanych z partią postkomunistyczną), jak też potężne w Polsce telewizje i gazety prywatne. Zdecydowanie przeważało w nich jednak nastawienie krytyczne do „historii heroicznej” i „martyrologicznej”. Jak to ujął w jednym z setek poświęconych swoistej krucjacie przeciw takiemu ujmowaniu historii narodowej artykułów największy i najbardziej wpływowy polski dziennik „Gazeta Wyborcza” – trzeba zdzierać z Polski „wygodny kostium ofiary”.

Można się z takim krytycznym nastawieniem zgadzać lub nie. Na pewno jest ono w debacie publicznej konieczne. Osobiście jednak byłem przekonany, że miażdżąca przewaga w debacie publicznej takiego nastawienia nie jest zdrowa ani też nie służy swobodzie badań historycznych. Wydawało mi się również, że IPN może – wobec groźby swoistego monopolu „historii krytycznej” – odegrać rolę pewnego rodzaju przeciwwagi w praktyce naszej współczesnej historiografii.

Kiedy do władzy, na 20 miesięcy, jak się okazało, doszła w końcu 2005 roku prawicowa koalicja pod przywództwem braci Kaczyńskich, jednym z jej znaków firmowych miała być aktywna „polityka historyczna”. W istocie polegała ona na próbie przypominania „patriotycznych tradycji zmagań Narodu Polskiego z okupantami, nazizmem i komunizmem” – czyli tego właśnie, co wymienia w swym wstępie ustawa o IPN. Sprawa stała się przedmiotem ostrej debaty publicznej.

Zwolennicy „polityki historycznej” (i ja występowałem w tej roli) owego sporu – sporu nie tyle na racje, ile na siłę nagłaśniających je medialnych „wzmacniaczy” – raczej nie wygrali. Poszerzona została jednak, jak mi się zdawało, przestrzeń pluralizmu poglądów na polską historię najnowszą. Przynajmniej przestrzeń publicznej debaty w tym zakresie. Wolność badań poszczególnych historyków wydawała się niezagrożona. Kto chciał, mógł zajmować się zbrodniami ludności polskiej na Żydach w okresie II wojny światowej lub bezpośrednio po niej, prześladowaniami mniejszości ukraińskiej w Polsce w ramach akcji „Wisła” czy też losem Niemców wypędzanych z ziem zachodnich Polski w 1945 roku. Były to, i są, tematy badawcze podejmowane tak w ramach prac IPN, jak też oczywiście poza Instytutem. Kto chciał, mógł się zajmować losem polskich ofiar – tych z Katynia i tych z Oświęcimia, i tych ze stalinowskich więzień, i tych ze stanu wojennego. Kto chciał, mógł oczywiście abstrahować całkowicie od historii politycznej i jej „gorących sporów”, zajmując się przemianami społecznymi, cywilizacyjnymi, historią kulturalną czy „genderową”.

Sankcje karne grożą tylko w jednym przypadku, który określa artykuł 55 ustawy o IPN. Definiuje on mianowicie, czego nie wolno w historii negować: „zbrodni nazistowskich i komunistycznych” oraz zbrodni ludobójstwa (w rozumieniu konwencji międzynarodowej z 1948 roku) – popełnionych „na osobach narodowości polskiej lub obywatelach polskich innych narodowości w okresie od dnia 1 września 1939 r. do dnia 31 grudnia 1989 r.”.

Jedyną osobą, o ile mi wiadomo, której wytoczono sprawę karną na podstawie tego artykułu, był jak dotąd dr Dariusz Ratajczak z Uniwersytetu Opolskiego, który po wydaniu swojej książki podważającej historyczne ustalenia na temat Holokaustu został w 1999 roku zwolniony z pracy na uczelni. Sprawa, wytoczona mu z urzędu, została umorzona wyrokiem Sądu Okręgowego w Opolu w 2002 roku.

Wydawało mi się, że możliwość karania historyków za ich opinie i interpretacje, nawet najgłupsze, pozostaje w Polsce faktycznie ograniczona. A jednak, jak mogłem się osobiście przekonać, podejmowane są i u nas próby poszerzenia owych możliwości, próby ustalania przez przedstawicieli politycznej władzy dopuszczalnego obrazu przeszłości.Pewnym, nie jedynym, ale dość głośnym świadectwem owych prób w ostatnich kilku miesiącach stała się tzw. sprawa Zyzaka (czy też Nowaka, jak kto woli). Pozwalam ją sobie przypomnieć, ponieważ ujawnia ona pewien mechanizm „karania” za „niesłuszne” prace historyczne. Mechanizm ten nie wiąże się z kodeksem karnym (nie ma w polskim kodeksie jeszcze osobnego prawa o obowiązkowym kulcie Lecha Wałęsy) ani też z formalnie działającymi instytucjami „polityki historycznej”.

To bardzo tradycyjny, można powiedzieć „staroświecki” mechanizm bezpośredniego nacisku politycznego. Trudno mi o nim więcej pisać, ponieważ jestem stroną w tej sprawie. Mogę tylko wskazać na najbardziej oczywiste konsekwencje. O Lechu Wałęsie, najbardziej znanym na świecie z żyjących polityków polskich, nie ukazała się w Polsce do tej pory ani jedna naukowa monografia. 24-letni Paweł Zyzak odważył się na pierwszą próbę. Po doświadczeniach ostatnich miesięcy można przypuszczać, że raczej nie znajdzie naśladowców, którzy podjęliby inne tematy, w których wspólnie politycy i media próbują potwierdzić trafność przytoczonego na wstępie powiedzenia Napoleona.

Historia polityczna bywa wciąż „gorąca” i może poparzyć. Także w Polsce. Dzisiejsi senatorowie Rzeczypospolitej zapomnieli niestety te mądre słowa, które wypowiedzieli 350 lat temu ich poprzednicy: „Który drukarz wydrukuje dobre i sprawiedliwe rzeczy, to my to chwalimy, a jeśli głupcy wydrukują coś lichego, niegodnego i kłamliwego, to my z tego się śmiejemy. Jeśli zaś nikt książek drukować nie będzie, to potomkowie nasi nic o nas wiedzieć nie będą”.

Nie mam prawa rozsądzać tutaj, czy książka o Lechu Wałęsie zasługuje na śmiech, czy też nie (do tej pory nie ukazała się żadna naukowa recenzja tej książki). Cieszę się jednak, że mogła zostać wydrukowana i naruszyć ową „historyczną zgodę”, którą w niektórych kwestiach próbuje się zastąpić dochodzenie do historycznej prawdy.

Polityka, związana z formowaniem wspólnoty opartej na pewnej tożsamości – albo też na podważaniu jednych tożsamości wspólnotowych i zastępowaniu ich innymi (wspólnotowymi lub indywidualnymi), sięga często po „argumenty historyczne”. Nie tylko w Rosji i nie tylko w Polsce. Niebezpieczna staje się jednak dopiero wtedy, gdy próbuje narzucić konsensus, którego już nikt nie może podważyć. Jest wtedy niebezpieczna niezależnie od tego, czy posługuje się paragrafami kodeksu karnego, czy wtedy, gdy powołuje instytucje, które mają orzekać ostatecznie o tym, co jest prawdą historyczną, a co nie jest.

Niebezpieczna może być nawet wtedy, gdy próbuje wymusić konsensus wokół wyznaczonego tabu bezpośrednim naciskiem czy to polityków, czy to mediów. Przekonałem się o tym sam – a nic nie uczy tak skutecznie jak własne doświadczenie.

Andrzej Nowak jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego i redaktorem naczelnym czasopisma „Arcana”, był promotorem pracy magisterskiej Pawła Zyzaka o Lechu Wałęsie.

Pedagogika historyczna a III RP

baner4

Bronisław Wildstein:


20 lat pedagogiki historycznej