Historycy – efekty polityki kadrowej władz PRL



Władze PRL i historycy okres gomułkowski (1956–1970) 

(fragmenty) 

Tadeusz Paweł Rutkowski, Uniwersytet Warszawski 

Biuletyn IPN 3/2008 

Przełom październikowy 1956 r. w Polsce spowodował również złagodzenie warunków uprawiania nauki historycznej i jej organizacji. Nastąpiło w znacznym stopniu odejście od stalinowskiego modelu historiografii, który z różnymi skutkami i natężeniem próbowano narzucić polskiej nauce w latach 1948–1955. Dotyczyło to zwłaszcza historii dawniejszej (do końca wieku XVIII włącznie), w której możliwe stało się uprawianie prawdziwej − w różnym stopniu − nauki, przy zachowaniu deklaracji stosowania w badaniach „metody marksistowskiej” . Znacznemu ograniczeniu uległa rola odgrywana przez partyjne instytucje naukowe, których działalność została poddana ostrej krytyce zarówno w środowiskach historycznych, jak i w prasie. Rozwiązany został (formalnie w sierpniu 1957 r.) Instytut Nauk Społecznych przy KC PZPR, kształcący partyjne kadry naukowe, mające według intencji władz PZPR zastąpić starą, „reakcyjną” profesurę. Zlikwidowany został również (w styczniu 1957 r.) Wydział Historii Partii KC PZPR, stanowiący swoisty ośrodek „polityki historycznej” władz, tworzący obraz historii ruchu komunistycznego i najnowszej historii Polski zgodnie z aktualną polityką kierownictwa PZPR. Ostra krytyka środowiskowa, wychodząca także z grona partyjnych historyków, zmuszanych do fałszowania źródeł i tworzenia wizji historii niezgodnej z przekazami źródłowymi, spowodowała ograniczenie roli odgrywanej przez dotychczasowych koryfeuszy partyjnej nauki: kierownika WHP przy KC PZPR Tadeusza Daniszewskiego, jego zastępcy Józefa Kowalskiego czy wicedyrektora Instytutu Historii PAN i jego partyjnego nadzorcy, prof. Leona Grosfelda. Ten ostatni, oskarżany o dokonanie plagiatu, został zmuszony do podania się do dymisji z funkcji wicedyrektora IH PAN . 

Mimo gorącej atmosfery panującej w środowiskach historycznych jesienią 1956 r. i istotnych zmian, jakie zaszły w warunkach uprawiania nauki, władzom udało się utrzymać podstawowe osiągnięcia uzyskane w okresie minionym, w tym przede wszystkim w kwestiach kadrowych. Osłabienie „partyjnej” nauki w pewnym stopniu zostało zniwelowane przez przejście najzdolniejszych absolwentów i pracowników INS w struktury nauki uniwersyteckiej. Tak np. na Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej skierowani zostali Adam Kersten i Zygmunt Mańkowski, do IH UW Anna Żarnowska, do IH PAN przeszła Walentyna Najdus. Na miejsce WHP przy KC PZPR powstał Zakład Historii Partii przy KC PZPR, którego kierownictwo wywodziło się w prostej linii ze zlikwidowanego wydziału .

Większe zmiany zaszły początkowo w nauce uniwersyteckiej, w której do głosu i stanowisk kierowniczych w nauce doszła w dużym stopniu profesura z przedwojennym rodowodem: m.in. prof. prof. Aleksander Gieysztor, Karol Górski, Jadwiga Lechicka, Janusz Pajewski, Kazimierz Tymieniecki, Henryk Wereszycki. Dyrektorem IH PAN pozostał mianowany w końcu 1952 r. przedstawiciel „starej” nauki prof. Tadeusz Manteuffel, a miejsce L. Grossfelda zajął prof. Stefan Kieniewicz.

Zmiany nastąpiły także w systemie kierowania nauką. W miejsce istniejącego do 1957 r. Wydziału Nauki i Oświaty KC PZPR powstała Komisja Nauki KC PZPR, w której skład weszli partyjni uczeni z różnych ośrodków naukowych. Przewodniczącym komisji został prof. Henryk Jabłoński. W 1959 r. została powołana Sekcja Historyczna KN, której przewodniczącym został również Jabłoński, wówczas czołowy partyjny historyk dziejów najnowszych i zarazem sekretarz naukowy Polskiej Akademii Nauk. W skład sekcji wchodzili uczeni, którzy karierę naukową zrobili prawie bez wyjątku w latach pięćdziesiątych i odegrali znaczną rolę w stalinizacji polskiej nauki . ( byli to m.in.:

Stanisław Arnold,

Henryk Altman (naczelny dyrektor Archiwów Państwowych),

Juliusz Bardach,

Celina Bobińska,

T. Daniszewski,

N. Gąsiorowska,

L. Grosfeld,

Ż. Kormanowa,

J. Kowalski,

Bogusław Leśnodorski,

Czesław Madajczyk,

Ewa Maleczyńska,

Henryk Zieliński).

Przywracanie ścisłej kontroli władz PZPR nad życiem społecznym w Polsce, w tym także nauką, spowodowało, że formuła Komisji KC szybko okazała się niewystarczająca dla wypełniania zadań zlecanych aparatowi KC przez władze partii i w grudniu 1959 r. powołano Wydział Nauki i Oświaty KC PZPR, na którego czele stanął pracownik aparatu partyjnego młodszego pokolenia (ur. w 1924 r.) Andrzej Werblan. Przy wydziale została zachowana Komisja Nauki KC i jej Sekcja Historyczna, ich rola jednak stopniowo malała, ograniczając się do opiniowania oraz transmisji zaleceń władz partyjnych do mas członkowskich PZPR oraz władz uczelni i instytucji naukowych.

Odpowiedniki WNiO powstały także w Komitetach Wojewódzkich PZPR w ośrodkach naukowych, gdzie istniały Komisje Nauki.

Postawy środowisk historycznych wobec polityki władz w okresie popaździernikowym były mocno zróżnicowane. Mimo utrzymania początkowo dominującej pozycji w naukach historycznych przez przedwojenną profesurę bądź uczonych, którzy wywodzili się z przedwojennej tradycji uprawiania nauki, wyraźnie widoczne były już efekty polityki kadrowej władz PRL prowadzonej od 1945 r.

Istniała już na uczelniach stosunkowo liczna grupa profesorów i samodzielnych pracowników naukowych – członków PZPR, partia posiadała również oparcie w pewnej liczbie kadry naukowej zachowującej – z różnych przyczyn – postawę serwilistyczną wobec władz.

Do tego dochodziła młodsza kadra naukowa, dobierana już głównie w okresie stalinowskim i w znacznie większym stopniu związana z PZPR.

Najsilniej zmiany te było widać wśród historyków dziejów gospodarczych i najnowszych (XIX i XX w.). (W przygotowywanej w 1963 r. analizie sytuacji kadrowej w nauce historycznej stwierdzono m.in., że upartyjnienie samodzielnej kadry naukowej wzrastało „od najstarszych okresów historii (mediewistyka polska – 4,9%) do okresów nowszych (historia XX w. i ruchu robotniczego 50,5%).

Wśród tych ostatnich szybką karierę robili popierani przez władze absolwenci IKKN/INS, którzy dominowali zwłaszcza w ośrodku warszawskim. (Spośród historyków dziejów najnowszych IKKN/INS ukończyli, oprócz wymienionych wyżej, m.in.: Jan Borkowski, Marian M. Drozdowski, Karol Grünberg, Emanuel Halicz, Jerzy Holzer, Jan Kancewicz, Ryszard Kołodziejczyk, Marian Malinowski, Jan Molenda, W. Najdus, Ryszard Nazarewicz, Henryk Słabek, Jerzy Tomaszewski, Maria Turlejska, Feliks Tych, Janusz Żarnowski, Marian Żychowski.).

Stabilizacja sytuacji politycznej i stopniowe przywracanie ścisłej kontroli PZPR nad życiem politycznym kraju powodowały przyjmowanie przez pracowników naukowych o niekomunistycznym rodowodzie postaw mimikry i nieafiszowania się z negatywnym stosunkiem do polityki władz.

Zachowania takie warunkowały wykonywanie zawodu, w tym zwłaszcza możliwość wyjazdów za granicę (niezbędnych dla utrzymania kontaktu z nauką zachodnią i dostępu do literatury obcojęzycznej), oraz awans zawodowy. W związku z tym, a zwłaszcza z faktem istnienia wśród historyków znacznej liczby uczonych – członków PZPR, sytuacja w nauce historycznej była długo oceniana przez władze PZPR jako dobra i niebudząca obaw z punktu widzenia ideologicznego. Jeszcze w 1963 r. członkowie SH KN KC PZPR oceniali sytuację kadrową w nauce historycznej następująco: „Większość samodzielnych pracowników naukowych uprawia marksistowską praktykę metodologiczną na co dzień, nawet wówczas jeśli teoretycznie na co dzień ją nie całkiem akcentuje. Z postaw starych najczęściej można spotkać postawę ideowego idiografizmu .

W każdym razie nie można dzisiaj mówić o jakiejś grupie reakcyjnej profesury. W tych czy innych ośrodkach raczej poza Warszawą są jeszcze osoby abstynujące się, utrzymujące postawę podkreślonego niezaangażowania się, ale należą do rzadkości” . Przywracanie pełnej kontroli nad dziedzinami życia ważnymi z ideologicznego punktu widzenia wiązało się również z zaostrzeniem cenzury, polityki kadrowej oraz promowaniem badań z dziedziny historii najnowszej.

Przejawem tej polityki były m.in. ponowna nominacja L. Grosfelda na stanowisko wicedyrektora IH PAN (1961), wzrost roli odgrywanej przez Zakład Historii Partii (skupiający najbardziej „dogmatycznych” historyków) oraz podjęcie na początku lat sześćdziesiątych działań w kierunku ideologizacji programu studiów historycznych. Forsowanie historii najnowszej znalazło wyraz m.in. w programie IX Powszechnego Zjazdu Historyków Polskich, który odbył się 13–16 września 1963 r. w Warszawie. Pod naciskiem władz PZPR (a za pośrednictwem członków partii zasiadających we władzach PTH) wprowadzono do programu zjazdu referat z historii Polski Ludowej, a już w trakcie przygotowań zdecydowano o zorganizowaniu czternastu spotkań specjalistycznych poświęconych kwestiom istotnym z ideologicznego punktu widzenia (m.in. metodologii, historii ruchu robotniczego i ruchu ludowego) .

Z obawy przed wymknięciem się przebiegu obrad spod kontroli (co nastąpiło w pewnym stopniu na VIII PZHP w 1958 r.) znacznie ograniczono liczbę uczestników zjazdu, a wszystkie referaty poddano ścisłej wielostopniowej cenzurze środowiskowej.

Posunięcia te były w znacznym stopniu efektem kolejnej ofensywy władz w dziedzinie ideologii, którą ogłoszono oficjalnie na XIII Plenum KC PZPR (4–6 lipca 1963 r.). Tamże, po raz pierwszy, sytuacja w naukach historycznych znalazła odbicie w referacie plenarnym ówczesnego I sekretarza KC PZPR, Władysława Gomułki, który stwierdził m.in.: „Słabość marksistowskiej popularyzacji historycznej powoduje, że teren największego oddziaływania społecznego historii oddajemy w ręce historyków lub pisarzy myślących konserwatywnie, trzymających się burżuazyjnych szablonów myślenia, nie rozumiejących istotnego sensu dziejów. Historycy- marksiści publikują pożyteczne i cenne, lecz przystępne tylko dla specjalistów książki, a w popularyzacji historii królują: [Stanisław] Mackiewicz, [Paweł] Jasienica czy [Melchior] Wańkowicz”.

Podkreślił dalej, że: „Swoboda dyskusji w historycznych towarzystwach naukowych nie może być rozumiana jako zasada równorzędnej prezentacji różnorodnych poglądów, bez należytego podejmowania zdecydowanej polemiki z błędnymi poglądami”.


Wytyczne XIII Plenum spowodowały wzrost politycznego nacisku na historyków, zwłaszcza dziejów najnowszych. …..

Zaangażowanie uczonych w kampanię propagandową związaną z listem biskupów miało różny wyraz, począwszy od deklaracji składanych na zebraniach partyjnych i związkowych, przez udział w akcji propagandowej w charakterze lektorów KC i KW PZPR, publikacje w prasie, po autorstwo broszur propagandowych. Na posiedzeniu Sekcji Historycznej KN KC PZPR 22 grudnia 1965 r. H. Jabłoński przedstawił zadania, jakie władze wyznaczyły w sprawie listu środowiskom historycznym: udział w dyskusji prasowej, przygotowanie lektorów partyjnych oraz włączenie się PTH do akcji propagandowej…….

….Cykl publikacji milenijnych autorstwa znanych historyków zamieściły m.in. „Trybuna Ludu” i „Polityka (W „Trybunie Ludu” w okresie grudzień 1965 – luty 1966 cykl 12 artykułów zamieścił B. Leśnodorski. W „Polityce” z kolei w ciągu 1966 r. ukazało się 17 artykułów pióra wybitnych historyków, w tym. J. Bardacha, Konstantego Grzybowskiego, Stanisława Herbsta, J. Pajewskiego, Jerzego Topolskiego, Adama Vetulaniego). Konieczność zdynamizowania działalności PZPR w konfrontacji z Kościołem spowodowała próby mobilizacji przez PZPR związanych z nią historyków. Elementem tej akcji było m.in. seminarium poświęcone najnowszej historii Kościoła katolickiego zorganizowane 2–7 kwietnia 1966 r. w harcerskim Ośrodku Turystycznym na polanie Głodówka w Tatrach…….

…..Katalizatorem niezadowolenia z polityki władz w środowiskach naukowych stały się „wydarzenia marcowe”. Represje z nimi związane dotknęły środowisk historycznych w ograniczonym stopniu. Najmocniej dotknięte zostało środowisko łódzkie − do odejścia z Instytutu Historycznego UŁ zostało zmuszonych dwóch jego pracowników (doc. Paweł Korzec i doc. Leon T. Błaszczyk). Z Instytutu Historycznego UW, za zdecydowaną krytykę działań władz, usunięto prof. T. Manteuffla, dyrektora Instytutu Historii PAN, odsuwając go tym samym od pracy z młodzieżą.

Efektem „wydarzeń marcowych” były znaczne zmiany organizacyjne i personalne w polskiej nauce, również historycznej. Ujednolicony został model organizacyjny wyższych uczelni przez stworzenie jednolitego i sformalizowanego systemu instytutowego na wyższych uczelniach, reorganizację IH PAN oraz nominacje na stanowiska kierownicze osób, które w trakcie wydarzeń marcowych czynnie poparły politykę PZPR, a w każdym razie zostały przez nią uznane za lojalne.

Do znacznych zmian doszło także w Zakładzie Historii Partii – w wyniku buntu części pracowników zakładu zdymisjonowano całe niemal kierownictwo (w tym jego dyrektora T. Daniszewskiego i jego zastępcę J. Kowalskiego), a sam zakład został ostatecznie zlikwidowany w 1971 r. (jego funkcję przejął Instytut Historii Ruchu Robotniczego Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR). W wyniku nagonki „antysyjonistycznej” rozpętanej przez władze po wydarzeniach marcowych wyemigrowało z Polski około 20 historyków, brak wśród nich było jednak nazwisk znaczących w polskiej historiografii. Najbardziej dotknięty został Żydowski Instytut Historyczny, którego niemal wszyscy pracownicy wyemigrowali z Polski (Wyemigrowali m.in.: dr Lucjan Dobroszycki, doc. Dawid Fajnhauz, doc. Łukasz Hirszowicz, dr Józef Lewandowski (wszyscy z IH PAN), prof. Emanuel Halicz (WAP), doc. Paweł Korzec (IH UŁ), prof. Henryk Katz (IH UŁ, następnie PISM), prof. Karol Lapter, Aleksander Litwin (em. pracownik Zakładu Historii Partii przy KC PZPR). Wyemigrowali m.in.: Stefan (Szmul) Krakowski (dyrektor archiwum ŻIH), Tatiana Berenstein, Adam Rutkowski).

Istotnym elementem polityki władz wobec nauki po marcu 1968 r. były nominacje na stanowiska docenta osób bez habilitacji, czyli tzw. docentów marcowych. W naukach historycznych liczba takich nominacji była stosunkowo niewielka – otrzymali je m.in.: Alina Barszczewska-Krupa (UŁ), Andrzej Garlicki (UW), Władysław Lewandowski (UMK), Mariusz Kulczykowski (UJ), Józef Morzy (UAM), Mieczysław Pater (UWr), A. Pilch (UJ), Władysław A. Serczyk (UJ), Józef Śmiałowski (UŁ) i Barbara Wachowska (UŁ).

Efektem reorganizacji nauki historycznej były także zmiany wśród grona uczonych członków partii realizujących partyjną linię wobec nauki. W nowym składzie Sekcji Historycznej WNiO KC PZPR dominowali historycy dziejów najnowszych i gospodarczych, urodzeni w latach dwudziestych, którzy karierę naukową rozpoczynali w latach pięćdziesiątych…..

Polityka władz PZPR w stosunku do nauki historycznej w latach 1956–1970 doprowadziła do znacznego wzrostu liczby uczonych zajmujących się historią najnowszą, kosztem badaczy innych epok, zwłaszcza średniowiecza. W ślad za tym szła duża liczba publikacji z tego okresu, których wartość naukowa była przeważnie bardzo niska – szacunkowo można ocenić, że wartość naukową do dziś zachowało najwyżej kilkanaście pozycji monograficznych z zakresu historii najnowszej wydanych w latach sześćdziesiątych. Mimo jednak nacisku cenzury i władz PZPR można zaobserwować ówcześnie powolne przełamywanie w polskiej historiografii jednoznacznie ciemnego i negatywnego obrazu dziejów Polski, ukształtowanego w okresie poprzednim……

……Opór części starej profesury i niektórych historyków młodszego pokolenia wobec polityki władz PZPR w dziedzinie historii, wymuszającej dostosowanie pracy uczonych do propagandowych i ideologicznych celów władz, spowodował konieczność podjęcia przez nie działań w celu wzmocnienia administracyjnego nadzoru nad nauką. Kulminacja tego procesu nastąpiła po „wydarzeniach marcowych”. Wzmocnieniu administracyjnej kontroli nad nauką towarzyszył wzrost konformizmu i karierowiczostwa uczonych z jednej strony, a z drugiej − taktyka mimikry w środowiskach historycznych, przy jednoczesnym zwiększeniu nastrojów niechętnych wobec polityki PZPR bądź ją kontestujących…..

Reklamy

Los wielu porządnych ludzi, którzy nie chcieli ugiąć karku przed siłą aparatu władzy

Demokracja akademicka – błogosławieństwo czy przekleństwo?

blog prof. W.Pluskiewicza, 13.02.2012

W latach 1944-1989 pojęcie „demokracja akademicka” było całkowicie nieobecne w życiu polskich uczelni. Rządziła partia, decydujący głos mieli sekretarze uczelnianych organizacji partyjnych (a tacy ciągle są jeszcze wśród nas…) i wszechwładni oficerowie UB (SB). Świetnie pamiętam jak w budynku Dziekanatu w Zabrzu panoszył się nasz „wydziałowy” ubek, kapitan Obtułowicz; czuł się tam całkowicie swobodnie, a część kadry profesorskiej była z nim w bardzo zażyłych stosunkach.

By w tych czasach uzyskać awans, zrobić habilitację lub zostać profesorem dla wielu porządnych ludzi, którzy nie chcieli ugiąć karku przed siłą aparatu władzy było to po prostu niemożliwe.

Wiele osób szybko rezygnowało z tej drogi życiowej w niezgodzie na panujące w uczelniach zasady. Te czynniki, obok skandalicznie niskiego poziomu finansowania uczelni, legły u podstaw słabości polskiego szkolnictwa wyższego. Przez te lata marzeniem były realia przedwojenne, które utożsamiali niektórzy starsi profesorowie, wykształceni jeszcze przed wojną. W naszej uczelni pamiętamy takie osoby, jak Prof. Prof. Szyszko, Zieliński czy Ginko; to byli ludzie, którzy przypominali nam, że słowa „profesor” czy „uniwersytet” to synonimy najwyższych wartości tak merytorycznych, jak i etycznych. ….

Luminarze, którzy zawdzięczają swoją pozycję i prestiż dawnym zdradom i układom

baner

Dariusz Tołczyk

Polski inteligent w niewoli stada

(fragmenty tekstu  opublikowanego w Rzeczpospolitej 24.04.07 ) 

Konfitury stalinizmu

inteligencja polska przemawiała jednym głosem w czasach stalinowskich. Takie wrażenie mogli odnieść zwłaszcza ludzie, którzy nie stykali się wówczas z inteligentami na gruncie towarzyskim, lecz słyszeli ich głos głównie z trybun, literatury, radia, prasy, filmów. Był to głos mało podobny do tego, jaki pamiętano z czasów niemieckiej okupacji. Jednak ludzie znający okupację sowiecką na polskich Kresach rozpoznawali nieraz jego brzmienie.

Na mównicach, w gazetach, na uniwersytetach, w szkołach, w książkach polscy inteligenci z zapałem domagali się surowych wyroków na bandytów z akowskiego podziemia; szydzili z niewydarzonych mrzonek o niepodległej Polsce; drwili z pojęć takich jak honor, ojczyzna, nie mówiąc już o Bogu. Najbardziej znani i chwaleni publicznie członkowie polskiej inteligencji chętnie pozowali do zdjęć w towarzystwie bierutowskich dostojników, bili im brawo na stojąco, wznosili kwieciste toasty na partyjno-rządowych bankietach, wypinali piersi do odznaczeń i przebierali nogami na salonach władzy. 

Jedna cecha pozostała u nich stała – inteligenccy prominenci zawsze potrafią znaleźć się w pobliżu tych, którzy decydują o rozdziale stanowisk, stypendiów, zamówień, nagród, tytułów, mieszkań, gabinetów, pracowni, samochodów, wczasów itp. Mają świetną orientację, gdzie stoją konfitury.

Innymi drogami

Oczywiście, nie jest to obraz jedyny. W czasach stalinowskich i później istnieli także inni inteligenci – często zupełnie niepodobni do tych, o których wspomniałem. Ci kierowali się bezinteresownym poczuciem misji, płacąc za to nieraz karierami i stanowiskami, a nawet więzieniem. Potrafili trwać przy swoich wartościach i poglądach wbrew naciskom. O ich postawach jednak reszta społeczeństwa przez długi czas niewiele słyszała z peerelowskich mediów.
Byli też liczni inteligenci, którym udawało się odnosić sukcesy, a nawet zaistnieć w szerszym odbiorze społecznym, bez konieczności robienia świństw. Wreszcie było mnóstwo takich, którzy sami tylko potrafią (lub nie) wymierzyć moralną skalę własnych, większych czy mniejszych, kompromisów z „minionej epoki”.

Problem w tym, że przeciętni ludzie nie mogą wiedzieć, kto, jakimi drogami dochodził w PRL do swojej pozycji. A to, że nie każdy dochodził do niej uczciwą drogą, wiedziały nawet małe dzieci. Jeśli zatem dziś niejeden polski inteligent czuje, że społeczeństwo (a w związku z tym i demokratyczne państwo) nie okazuje inteligencji należnego szacunku, to najwyraźniej zapomina, iż jeśli nawet on sam zawsze był wzorem prawości, to wielu jego kolegów przez długi czas pracowało wytrwale, żeby przedwojenny i wojenny wizerunek inteligencji jako elity ideowej i moralnej skutecznie zszargać.

Efekt stada

Jedno jest pewne – nie ma dziś czegoś takiego jak jednolita wspólnota, czy to moralna, czy ideowa, czy tym bardziej polityczna, którą można określić mianem inteligencji polskiej. Inteligencja nie istnieje dziś jako wspólnota postaw moralnych, gdyż w Polsce byli i są inteligenci, którzy zbudowali kariery, idąc po trupach swoich kolegów. Do dziś świetnie funkcjonują liczni inteligenccy luminarze, którzy zawdzięczają swoją pozycję i prestiż dawnym zdradom i układom. Stanowią oni część polskiej inteligencji tak samo jak ci, których oni sami kiedyś wykorzystali, pozbawili głosu, odstawili na boczny tor, wyślizgali, opisali w tajnym raporcie. 

Centralizacja systemu oświaty i nauki

 

baner-historia-prl3

Centralizacja systemu oświaty i nauki

w: Nauka w komunizmie

fragment książki  

Człowiek i nauka – Piotr Jaroszyński

wyd. Polskie Towarzystwo Tomasza z Akwinu, Lublin 2008

Manipulując znaczeniem słowa „wolność” komuniści deklarują swobodę prowadzenia badań naukowych, praktycznie pogłębiają centralizację i kontrolę. Wolność w rozumieniu marksistowskim ma wymiar wyłącznie historyczny, stąd coraz większą ingerencję aparatu władzy w życie uczelni określali mianem wolności, ale historycznie uwarunkowanej. 70

Likwiduje się autonomię uczelni. Na Uniwersytecie Moskiewskim rektora nie wybiera senat, lecz jest on mianowanym przez Ministerstwo Wyższego Wykształcenia, a sam senat, zwany radą uniwersytecką, też podlega owemu ministerstwu.71 Również dziekana nie wybiera Rada Wydziału, lecz jest on mianowany przez Ministerstwo. W Polsce Minister Oświaty powoływał, i to na czas nieokreślony, rektorów, prorektorów, dziekanów i prodziekanów. Ten sam minister mógł ich w każdej chwili odwołać.72 Ingerencja ministerstwa miała sięgać nawet do stanowiska asystenta.73

Centralizacja systemu szkolnictwa znalazła swoje odbicie nie tylko w upaństwowieniu placówek edukacyjnych wszystkich szczebli i podporządkowaniu ich odpowiedniemu ministerstwu (Ministerstwo Oświaty), ale także odebranie autonomii stowarzyszeniom naukowym. Szczególnie wymownym przykładem jest tu likwidacja Polskiej Akademii Umiejętności oraz Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, oraz innych mniejszych stowarzyszeń, a powołanie w ich miejsce Polskiej Akademii Nauk.

Do roku 1951 największą organizacją naukową była Polska Akademia Umiejętności, posiadająca wielkie tradycje zarówno z czasów rozbiorów jak i okresu międzywojennego. Jej genezy szukać należy w Towarzystwie Naukowym, które powstało w 1815 r., a następnie w Akademii Umiejętności, którą powołano w roku 1872 i którą przekształcono w roku 1919, gdy Polska odzyskała niepodległość, na Polską Akademię Umiejętności.

Nie była to agenda państwowa, lecz suwerenne stowarzyszenie naukowców, które posiadało własne zaplecze materialne i finansowe dzięki różnym fundacjom i donacjom, i które organizacyjnie było niezależne od władzy politycznej.74

Po II wojnie światowej środowisko PAU świadome dramatycznej sytuacji, w jakiej znalazł się nasz kraj, w dalszym ciągu stawiało silny opór próbom zawłaszczenia i ideologizacji nauki polskiej. Wtedy to komuniści powzięli idę powołania „centralnej komórki koordynującej badania naukowe” i „ustalającej wytyczne ich planowania”. Taką państwową instytucją miała być Polska Akademia Nauk. Nazwa bardzo wzniosła, ale trzeba przypomnieć, że jej wzorem była akademia nauk Związku Sowieckiego, czyli Radziecka Akademia Nauk, uznana za przodującą w świecie, a dla której utworzono analogiczny odpowiednik w języku polskim.75

Polską Akademię Nauk powołano w roku 1951 na I Kongresie Nauki Polskiej – był to najczarniejszy okres stalinowskiego terroru. Wówczas prof. Jan Dembowski, który wkrótce został pierwszym prezesem PAN, kończąc swoje przemówienie, nawoływał: „Wzywam wszystkich uczestników Kongresu do swobodnego wypowiadania się, do twórczej współpracy w dziele przebudowy naszej nauki i jej powiązania z potrzebami kraju, który buduje dla siebie i na pożytek całej ludzkości nowy ustrój społeczny: ustrój socjalistyczny”.76

Naukę polską włączono do planu tworzenia globalnego socjalizmu. Potwierdził to uroczyście przewodniczący PAN podkreślając, że nauka ma opierać się na „metodologii materializmu dialektycznego i historycznego”.77

Pod wpływem politycznych nacisków dwa największe (i niepaństwowe) stowarzyszenia naukowe – Polska Akademia Umiejętności i Towarzystwo Naukowe Warszawskie – nie tylko poparły ideę powołania jednej centralnej i państwowej instytucji, ale zrezygnowały z dalszej działalności, oddając PAN „cały swój dorobek, doświadczenie, czynne placówki naukowo-badawcze oraz majątek”.78

Jak Rada Główna do spraw Nauki i Szkolnictwa Wyższego podlegała ministrowi, tak Polska Akademia Nauk podlegała Prezydium Rządu. Oba organy, a w związku z tym i nauka w sensie organizacyjnym i w sensie merytorycznym, nabrały charakteru polityczno-ideologicznego. Władze komunistyczne umiejętnie przejęły sowiecki wzór organizacji nauki w nowych warunkach politycznych, zaskarbiając sobie do współpracy wielu dawnych ideologicznych przeciwników z szacownego grona profesorów, zwanych starszyzną. Owa „starszyzna” swoją obecnością uwiarygodniła system w oczach środowiska akademickiego, nie wahając się pisać peany na cześć samego Józefa Stalina.79

W 1951 rząd PRL-u utworzył Centralną Komisję Kwalifikacyjna dla Pracowników Nauki. Jej status, zakres działania, a nawet nazwa co pewien czas ulegały zmianie. Ale ponieważ akty prawne dotyczące tej instytucji nigdy nie były w całości zebrane w jednej publikacji, trudno więc śledzić wszystkie niuanse związane ze zmianami, najczęściej w kontekście przełomów politycznych.

Początkowo był to organ, którego zakres działań obejmował sprawy nadawania tytułów naukowych docenta, profesora nadzwyczajnego i profesora zwyczajnego oraz zatwierdzanie uchwał o nadaniu stopnia naukowego kandydata nauk i doktora nauk.80

W 1958 r. CKK otrzymała nową nazwę: Komisja Kwalifikacyjna, i podporządkowana została Polskiej Akademii Nauk, ale ta była z kolei podporządkowana Prezydium Rządu, więc pośrednio Komisja Kwalifikacyjna zachowała charakter polityczny.

Zakresy działania Rady Głównej i Komisji Kwalifikacyjnej zaczęły się krzyżować, a w ich centrum znalazła się kariera naukowca, który musiał wspinać się po coraz nowych szczeblach, zabiegając o pozytywne opinie. A pole działania CKK było szerokie, zwłaszcza z uwagi na to, że rozbudowano system stopni i tytułów naukowych.

W okresie międzywojennym i tuż po wojnie magisterium było niższym stopniem naukowym, a doktorat – wyższym. W 1951 r. zamieniono te stopnie, idąc za wzorem sowieckim, odpowiednio na kandydata nauk i na doktora nauk, gdy samo magisterium oznaczało tylko dyplom ukończenia studiów.

Od 1920 do 1958 r. docentura nie była stopniem naukowym, lecz funkcją, a habilitacja oznaczała procedurę, która doprowadza do prawa wykładania w szkole wyższej. W 1958 r. doktorat stał się niższym stopniem naukowym, a wyższym – docentura.

Ale ustawą z roku 1951 wprowadzono też nową kategorię, która nigdy w nauce polskiej nie istniała – tytuł naukowy. Były takie oto tytuły: profesor zwyczajny, profesor nadzwyczajny, docent, adiunkt, starszy asystent, asystent. W 1958 r. kategorię „tytułu” zawężono już tylko do profesorów. Wcześniej mianował profesorów minister, a od 1958 r. Rada Państwa.

W 1965 r. tytuł nadawała Rada Państwa, a mianowanie ponownie przychodziło od ministrów (Sekretariat Naukowy w Akademii). Trudno śledzić tu wszystkie zmiany, ale jeden z prawników, zasłużony dla państwa ludowego, nie wahał się już w 1971 r. określić całej sytuacji mianem „gmatwaniny przepisów o stanowiskach, stopniach i tytułach naukowych”.81

Rodzi się pytanie: po co tak skomplikowany system, po co taka „gmatwanina”? Odpowiedź jest prosta: to nie chodziło o rozwój nauki ani o prawidłową karierę adeptów nauki.

Chodziło o to, aby przez cały okres zatrudnienia władza mogła kontrolować naukowców, a temu właśnie sprzyjał rozbudowany system „tytułów i stopni naukowych”, niczym hierarchia urzędów po reformie Piotra Wielkiego w carskiej Rosji.

Sytuację tę trafnie wyjaśnia W. Rolbiecki: „Kluczowym ‚osiągnięciem’ pod tym względem było ogromne pomnożenie formalnych szczebli kariery naukowej, tj. kolejnych stopni i tytułów. Jest ich obecnie (nie licząc magisterium) siedem – co plasuje nas w ścisłej czołówce światowej, daleko przed krajami Zachodniej Europy i Ameryki Północnej. Pracownikom nauki osiąganie tych szczebli na ogół wypełnia życie aż do wczesnej starości, stanowiąc jeden z najdonioślejszych czynników sterujących, nie tylko ich badaniami, lecz w ogóle ich postępowaniem, z niewątpliwą korzyścią (w cudzysłowie) dla dzieła stabilizowania i uspokajania tej grupy społecznej, lecz z nie mniej ewidentną szkodą zarówno dla wyboru tematyki podejmowanych badań, jak i kształtowania moralno-zawodowych postaw badaczy. System ustawicznego ubiegania się o kolejne stopnie i tytuły oraz – co się z tym wiąże – zabieganie o względy ‚starszych’ jako potencjalnych egzaminatorów, recenzentów, członków komisji oceniających dorobek itd., premiując postawy konformistyczne kandydatów, musi bowiem niekorzystnie wpływać na ich sylwetki moralne, a także dokonywać wśród nich negatywnej selekcji, pod tym samym względem.”82

W upadku komunizmu ta „gmatwanina” stopni i tytułów nadal w Polsce obowiązuje. Dzięki temu zamiast promować autentyczną twórczość naukową, generowane są postawy konformistyczne, w odniesieniu do osób (recenzentów, członków komisji), doboru tematów, a także w stosunku do będącej na czasie ideologii, jednej z wersji marksizmu jak Szkoła Frankfurcka lub postmodernizm.

Aż po dziś dzień osoba, której dorobek naukowy został oceniony jako niedostateczny, nie ma prawa do merytorycznej obrony. Wprawdzie dziś dotyczy to tylko kandydatów do tytułu profesora, ale do roku 2004 dotyczyło to również habilitacji, a wcześniej, w czasach PRL-u nawet stopnia doktora.

Autorzy recenzji byli anonimowi, a głosowania – tajne. Rolbicki odważnie, jak na czasy PRL-u, zauważa, że takie metody były demoralizujące i prowadziły do selekcji negatywnej naukowców, ułatwiając dokonywanie wielu nadużyć.83

Również prokomunistycznie nastawiony J. Kaczmarek ubolewa, że jednak „ujemną stroną formalizacji systemu kształcenia kadr jest preferowanie przez pracowników nauki w niektórych latach życia tytułów i stopni naukowych nad to, co powinno stanowić wartość najwyższą, tj. samą twórczość naukową.”84

Mimo tych krytycznych uwag, jakie wysuwano w środowiskach akademickich, system przetrwał komunizm, pozwalając na kontrolę tytułu naukowego przez środowiska, które karierę naukową zdobywały w PRL-u opierając swą twórczość na zasadach marksizmu, a nawet marksizmu-leninizmu.

Bibliografia:

 

71 M. Choynowski, Nauka i uczony … art. cyt., s. 29.

72 M. Jaroszyński, Nowy etap organizacji szkolnictwa wyższego, Życie nauki, nr 1-2, 1952, s. 54.

73 E. Krassowska, Nowe zadania…, art. cyt., s. 147.

74 W historii stowarzyszeń, instytutów czy akademii naukowych obecne były trzy tendencje. Pierwsza to organizacje o charakterze społecznym, należąca do samych naukowców, jak np. Accademia dei Lincei (Rzym, 1603-1630), druga to organizacje będące własnością bogatego arystokraty lub biznesmena, jak np. Accademia del Cimento (Florencja, 1657-1667), należąca do Ferdynanda II Medyceusza, księcia Toskanii, trzecia to organizacje państwowe, które najpierw zaczęły powstawać we Francji już w XVII w., jak np. Académie Royal des Sciences (1666). Tym ostatnim tropem poszły Prusy i Rosja, natomiast tradycja polska najbliższa była tendencji pierwszej. W instytucjach zakładanych przez państwo naukowcy otrzymywali pensję oraz niezbędne pomoce naukowe, ale z drugiej strony za cenę rezygnacji z wolności badań, ponieważ musieli wykonywać zadania, jakie im władze zlecały. Zob. W. Rolbecki, Walka o..., art. cyt., s. 221n.

75 E. Krassowska, Nowe zadania…, art., cyt., s. 143.

76 Przemówienie prof. Jana Dembowskiego na otwarcie Kongresu Nauki Polskiej, Życie nauki, nr 7-8, 1951, s. 650). O tym, że PAN będzie wierny idei budowania społeczeństwa socjalistycznego, zapewniali w liście do Józefa Stalina Prezes PAN Jan Dembowski i Sekretarz Naukowy Stanisław Mazur, Życie nauki, nr 3-4, 1953, s. 2,

77 J. Dembowski, O warunkach rozkwitu nauki polskiej, Życie nauki, Nr 3-4, 1952, s.

78 Przemówienie prof. Kazimierza Nitscha, prezesa Polskiej Akademii Umiejętności, ibid., s. 663; Przemówienie prof. Wacława Sierpińskiego, prezesa Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, ibid., s. 665.

79 W. Rolbiecki, Walka…, art. cyt., s. 222n.

80 M. Jaroszyński, Prawo pracowników naukowych, Wrocław 1971, s. 117.

81 ibid., s. 85.

82 W. Rolbiecki, Walka…, art. cyt., s. 224.

83 ibid., s. 224, przyp. 8.

84 J. Kaczmarek, Zarys…, art. cyt., s. 338.

Bronisław Wildstein przedstawia ciemną stronę polskich uczelni

tvp

Na uczelniach bez zmian 

Bronisław Wildstein przedstawia 03.12.2008

Po upadku komunizmu większość polskich instytucji przeszła radykalną transformację. Szkoły wyższe nie zmieniły się jednak na jotę. A przecież powinny wytwarzać elity, które budują przyszłość kraju i modelują wzorce zachowań. 
Czy uniwersytety w PRL osiągnęły kształt doskonały?  Czy stare, dobre uniwersytety są dziś Świątyniami Nauki? 
BRONISŁAW WILDSTEIN PRZEDSTAWIA różne twarze zjawiska, który jedno ma imię: kryzys etyczny uniwersytetów. 
Przypadek wielkiego astronoma Aleksandra Wolszczana wstrząsnął Polską, ale nie był to przypadek typowy. Zwykle mało wybitni naukowcy podejmowali współpracę z SB, a agenturalność pomagała im robić naukowe kariery. 
Niezwykła tolerancja dla plagiatu, to inny przejaw schorzenia. Na pierwszy rzut oka nie ma związku z przyzwoleniem dla dawnych konfidentów w roli akademickich wykładowców. Ale jeśli traktujemy uniwersytety poważnie, nie możemy sprowadzić ich do roli fabryk, produkujących specjalistów. A uczciwych specjalistów nie da się wykształcić poza etyką. 
Dlatego zrywamy zmowę milczenia wokół ciemnych stron polskich uczelni!

Naukowcy nie musieli donosić


donoszenie

Naukowcy nie musieli donosić

Gazeta Polska, 26 listopada 2008 

Oburza mnie reakcja tych, którzy usprawiedliwiają donoszenie wśrod uczonych, mowiąc, ze taka była cena osiągania dorobku naukowego – stwierdza prof. Jean-Pierre Lasota-Hirszowicz

Ilu złamano, a ilu przyjęło propozycję współpracy z bezpieką z wdzięcznością?

baner18

Ilu złamano, a ilu przyjęło propozycję współpracy z bezpieką z wdzięcznością?  

 

Głos, 25.11.2008.

Maciej K. Sokołowski

Marszałek Borusewicz ubolewał nad systemem, który „łamał ludzi i zmuszał do współpracy”. Chodziło o tajnych współpracowników służb specjalnych PRL.

Zachodzi jednak pytanie o narzędzia przymusu. Były to nie tylko groźby wobec ludzi i ich rodzin – w tym przypadku można by nawet współpracę usprawiedliwiać. Na ogół jednak ci ludzie nie pchają się na wysokie stanowiska państwowe i nie podlegają lustracji.

Ale czy do narzędzi „przymusu” i „łamania” można zaliczyć obietnice awansu, kariery zawodowej lub naukowej, wyjazdu za granicę, talonu na samochód, ukrycia drobnych przestępstw i wielu, wielu innych korzyści oraz wyróżnień?

Skorzystali z takich okazji, zrobili karierę, ustawili się w życiu – ale im wciąż za mało. Teraz chcą być posłami, senatorami, ministrami, chcą należeć do elity państwa. Przyzwyczaili się „wystawać” ponad innych i nie chcą z tego rezygnować.

Dlatego nie podzielam poglądu marszałka Borusewicza, że to „oni muszą teraz za ten system pokutować”. Ilu jest takich z wielotysięcznej armii donosicieli, którzy „pokutują”?  Czy wyrazili skruchę?  Czy przeprosili?

Minister Boni po ujawnieniu dokumentów służb specjalnych w 1992r. zaklinał się, że nie współpracował, kłamliwie obrzucał inwektywami min. Macierewicza, szkodził mu jak tylko mógł. I co?  Czy teraz odwołał swoje obelgi?  Czy przeprosił?  Może pokutuje?  Nie, pełni spokojnie wysoką państwową funkcję jak gdyby nic się nie stało. Gdzie marszałek Borusewicz widzi tych „pokutujących”?  

Natomiast pokutowali i pokutują nadal ci, którzy odmówili współpracy zamykając sobie drogę awansu lub kariery naukowej – wielu z nich, często bardziej zdolnych, pozostało na lichych posadkach. Takie to są losy pokutujących w PRL i obecnie.