Społeczność akademicka UJ w systemie komunistycznym

baner historia PRL

Społeczność akademicka UJ w systemie komunistycznym 

 – ujęcie Stefana Grzybowskiego:  Wspomnienia 1999 [ wyd. Zakamycze]1

2

3

4

5

6

7

8

9

Reklamy

Na drodze do formowania kadry Uniwersytetu Śląskiego

baner historia PRL

Na drodze do formowania kadry Uniwersytetu Śląskiego

–  wzmacnianie elementu komunistycznego 

w ujęciu Stefana Grzybowskiego – Wspomnienia 1999 [ wyd. Zakamycze]

A

B

C

D

Szkołami wyższymi rządzi w istocie tajna milicja

baner historia PRL

Szkołami wyższymi rządzi w istocie tajna milicja –

opinie Karola Estreichera o nauce i szkolnictwie wyższym w czasach komunistycznych

z: Karol Estreicher jr – Dziennik wypadków T. VII , 1981 – 1984. Wyd. Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, 2013

( wyróżnienia – jw)

Rok 1983 (wrzesień)

Likwidując własność prywatną, działalność rzemieślniczą, handel, warsztat) miejskie i wiejskie – rozbudowano w Polsce szkolnictwo wyższe w przekonaniu, że ono dostarczy specjalistów w każdej dziedzinie, którzy kierować będą warsztatami spółdzielniami. Wykształcono ogromną ilość specjalistów, inżynierów, księgowych i ekonomistów, dyrektorów i technicznej inteligencji. Ta zamieniła się w biurokrację bezduszną i bezmyślną. Natomiast warsztaty, małe fabryczki, drobny handel upal całkowicie. To co jest nie liczy się jako rynek pracy.

W ciągu czterdziestu lat młodzież wiejska i robotnicza rzuciła się do szkół wyższych, chcąc zdobyć byle jakie dyplomy zapewniające młodzieży awans społeczny. W zasadzie pęd był dobry, słuszny, nie wolno go obniżać w sensie wartości, jakie przyniósł poszczególnym osobom. Wyszła nowa warstwa inteligencji przeważnie chłopskiego czy robotniczego pochodzenia, wykształcona w stu przeszło szkołach wyższych w Polsce. Ta warstwa jest silnie reakcyjna, daleka od marksizmu, nieznosząca Rosji, szukająca zarobku, kariery, mieszkania, wyjazdu za granice, Marksizm uważa za zło konieczne, narzucone przez Rosję, zło które wolno okłamać, oszukać. okraść tak jak ono okrada i oszukuje obywateli na każdym kroku.

Dla tej nowej inteligencji stworzono nieskończoną ilość kolegiów, szkół wyższych, politechnik na bardzo, bardzo różnym poziomic. Niektóre szkoły-uczelnie są poważnymi instytucjami, inne zawodowymi szkołami z prawem nadawania tytułów, Istnieją szkoły skandaliczne jak np. Wyższa Szkoła Partyjna lub Akademia Spraw Wewnętrznych – senaty, berła, togi, rektorzy, tytuły, tytuły.,.

Zorganizowano te szkoły pospiesznie. Odebrano w nich władze senatom i profesorom, z rektora uczyniono urzędnika podległego ministrowi, milicji, wojsku. Młodzieży przyznano szerokie wpływy j możliwości brania aktywnie udziału we wszystkich posiedzeniach senatu i wydziałów, terroryzowania profesorów, grożenia i demonstrowania. Szkoły tylko z pozoru mają autonomię. W rzeczywistości są to okaleczone kadłuby — bez woli i co gorzej bez mózgów.

Mózg jest w najbardziej poufnych komórkach. Partii? W ministerstwach? Nie sądzę. Szkołami wyższymi rządzi w istocie tajna milicja, urzędy spraw wewnętrznych, ambasada radziecka. Nad wszystkim czuwa w Moskwie odpowiedni urząd do spraw polskich.

Rządy komunistyczne boją się ogromnie młodzieży akademickiej. Zaraz po wojnie wydawało się że rządy pozyskają młodzież każdemu studentowi nadają stypendium. Tak było w latach 50-tych. Potem przyszedł okres domów akademickich i klubów studenckich. Od 1960 roku zamieniono kluby studenckie w teatry i zespoły taneczne. Zaczęły się rozjazdy po całym świecie różnych zespołów studenckich. Bez sensu. Przewracały w głowie studiującym. Ciągłe obietnice wyjazdów od bieguna do bieguna – byle młodzież była układna i grzeczna wobec władzy marksistowsko-państwowej.

Równocześnie robi się co można by skłócić studentów ze szkolą. Szkoły mają obowiązek administrowania domami akademickimi i stołówkami. Są to olbrzymie, trudne w administracji przedsiębiorstwa. Senaty, profesorowie nie nadają się do tego. Rezultatem są spory, protesty, oskarżenia profesorów i uniwersytetów. Ministerstwa i Urząd Bezpieczeństwa tylko czekają na to.

W tym stanie rzeczy nauka, wykłady, seminaria są na drugim miejscu. Profesorowie lekceważeni, a prace naukowe uznane za niepotrzebne. Jeszcze przy naukach przyrodniczych sytuacja jest lepsza, przy technicznych nienajgorsza natomiast fatalnie jest z naukami humanistycznymi. Są wyraźnie lekceważone. Nauki prawne opanowane są przez siły porządkowo-milicyjne. Delikatnie, ale widocznie.

Szkoły ekonomiczne, czyli szkoły wróżbitów i blagi społecznej (w dużej mierze), opanowane są przez Partie. Wszędzie POP, organizacje polityczne, czujne i chytre młodzieżowe organizacje marksistowskie.

Dobór rektorów na ogół jest zły. Ministerstwo mianuje posłusznych profesorów rektorami.

Obiecuje im złote kariery, wyjazdy za granicę, członkostwo PAN: różne korzyści materialne. Klimaszewski na podróżach zagranicznych zarabiał miliony, bo za urzędowe dolary jeździł. Z Hieronimem Kubiakiem był w Ameryce, Persji, Hiszpanii, Francji – wszędzie najlepsze hotele, najwyższe diety (wiceprzewodniczący Rady Państwa!). Granice przejeżdżał bez rewizji celnych– mógł przemycić co chciał. Lepszy także korzystał z wygód rektoratu, zawierał umowy imieniem Uniwersytetu, za co był płatny zaliczkami. Grzybowski (Stefan – przyp. AJ) był skąpy dla siebie, rektor Popiołek z Uniwersytetu w Katowicach popierał dyrektora administracyjnego wmieszanego w seksualne mordy. Można Popiołkowi ten błąd darować. Karaś, rektor UJ, niezrównoważony psychicznie, po prostu grabił pod siebie. Rektor Akademii Medycznej w Gliwicach (Jonek – przyp. AJ) aresztowany został w Jugosławii za przemyt. Zygmunt Rybicki -wysoko partyjny przedwojenny komunista – wyrzucony został przez studentów z Uniwersytetu Warszawskiego za postępowanie z młodzieżą.

W Krakowie popierany był przez najwyższe czynniki dyrektor Instytutu Samochodów, niejaki doc. Staruch (był kandydatem na rektora), gdy nagle przyłapano go (1983) na przemycie skórek kuśnierskich za granice oraz jakiegoś tam złota i kosztowności. To tak przykłady brane od ręki…

Gdy z jednej strony kokietuje się młodzież chwaląc wszystko, co robią partyjni agitatorzy (Studencka Akademia Umiejętności, komitet koordynacyjny działalności studenckiej na polu kultury, Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej i wódz tego stowarzyszenia Jerzy Jaskiernia, który ma wysokie stanowisko polityczne -jest Ministrem dla Spraw Młodzieży), to z drugiej strony śledzi się je przez licznych tajnych agentów, szpicli i prowokatorów.

W pierwszym okresie szkół wyższych w Polsce po II wojnie Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego kierowane było przez profesorów jeszcze z przedwojennym wykształceniem.

Główną postacią Ministerstwa – egerią – była w swym czasie pani Eugenia Krassowska z Wilna, członkini Stronnictwa Demokratycznego, która zastraszała profesorów, rządziła jak chciała, więcej gadała niż robiła. Była nieznośna, W latach sześćdziesiątych Partia zainteresowała się szkołami wyższymi, zwłaszcza od czasu przyjścia Gierka do władzy.

Mianował on niejakiego generała Kaliskiego Ministrem Szkolnictwa Wyższego, a ten zaczął łamać profesorów, wymagać, ustawiać w szeregu. Pamiętam jakiś jego odczyt w Krakowie, w 1974 roku, gdzie żądał od profesorów i młodzieży karności, dyscypliny, podporządkowania się i tym podobne głupstwa wygłaszał.

Jest bardzo charakterystyczne, że najróżniejsi dygnitarze mają ciągłe pretensje do profesorów. Tak samo było w czasach Jędrzejewiczów: oskarżanie profesorów nie o brak prac naukowych, ale o brak propagandy. Panowie ministrowie sanacyjni, tak samo jak towarzysze ministrowie marksistowscy żądają, besztają, zastraszają.

Wśród tych kłopotów, pretensji, smutków trzeba podkreślić, że polska inteligencja naukowa była w stanie przy niewątpliwej pomocy rządu (tu podkreślić trzeba dość hojną rękę rządu zwłaszcza w czasach Cyrankiewicza) – otworzyć i urządzić szereg szkół wyższych: w Lublinie, w Gdańsku, Gliwicach, Opolu. Zapewne, że mając w ręku możność bezwzględnego postępowania nie jest trudno otworzyć szkołę wyższą. Komuniści sobie przypisują zasługę utworzenia tylu szkół i dyplomów dla nowego pokolenia inteligencji. Nikt nie podnosi jednak, że przede wszystkim szkoły wyższe były możliwe dzięki fachowemu wykształceniu polskiej inteligencji. O tym marksiści milczą.

Jaka jest naprawdę wartość prac naukowych polskich profesorów nie jest łatwo powiedzieć. Zapewne różna w różnych dziedzinach wiedzy. Usłużna prasa ciągle pisze o światowych osiągnięciach nauki polskiej, o sławie naszych uczonych za granicą… Być może, ale na ogół stwierdzić trzeba, że żaden z polskich uczonych przyrodników, fizyków, lekarzy nie osiągnął nagrody Nobla. Także nie słychać, aby nasi uczeni mieli zbyt wielki mir w Rosji. Dlatego pochwały prasy, a także samych uczonych naszych należy przyjmować z pewną dozą krytycyzmu. Jest inna sprawa, że nasi uczeni – inteligentni, zdolni, fachowi – witani bywają na Zachodzie z pewną dozą sympatii, może nawet i sławy. Nie sądzę jednak by nasze szkoły wyższe wraz z Akademią Nauk dorównywały badaniami wielkim ośrodkom amerykańskim, rosyjskim, francuskim, angielskim czy japońskim… Trudno jednak operować ogólnikami.

Inną rzeczą jest, że ci młodzi Polacy, którzy emigrowali i emigrują za granice, znajdują tam kawałek profesorskiego chleba, a tym samym uznanie. Znajdują na pewno, gdy mają coś wspólnego z Żydami lub mają przyjaciół miedzy Żydami -profesorami na uniwersytetach amerykańskich.

Nauki humanistyczne w Polsce leżą. Skończyło się dla nich zainteresowanie, a także wyczerpały liczne tematy. Zarówno historia i nauki historyczne jak i literackie i językowe nie mają wielkich uczonych. Nie wińmy za to marksizmu, rządu, ministerstw. Po prostu nauki humanistyczne nie dostarczają młodemu pokoleniu chleba. Ciągle oskarżane, prześladowane, obniżane, stłoczone w jednym wydziale PAN stoją niżej niż przed II wojną.

Nauki prawne nie słychać, aby coś znaczyły.

Podobnie nauki medyczne. Zapewne są w Polsce dobrzy lekarze i uczeni nawet, ale jak mogą pracować bez laboratoriów, bez asystentów, przy ciągłej walce o byt własny, klinik, swych badań naukowych.

Na zamknięciu Akademii Umiejętności nic PAN nie zarobiła. Nazwa, stosunki, moralnie bardzo mało. Członkostwo Akademii Umiejętności było honorowe, członkostwo PAN zapewnia pensje. Nową Akademie rozbito na szereg wydziałów przyrodniczo-technicznych. W Akademii Umiejętności akcent położony był na nauki humanistyczne. Teraz PAN nauki humanistyczne zaniknął, zdusił w jednym wydziale. Prawo razem z historią, literaturą i sztuką. W ciągu 30 lat nastąpił też upadek tych nauk w Polsce. Rozwinęły się nauki techniczne, potem przyrodnicze i lekarskie. Te ostatnie jednak są traktowane po macoszemu.

Dlaczego technika i technokracja są w PAN preferowane. Dlaczego chemia lub fizyka a nie medycyna, dlaczego matematyka, ale nie historia, a już na pewno nic historia sztuki? Bo nauki przyrodnicze oddziałują słabiej na świadomość narodową! Chemik nie wywiera takiego wpływu jak historyk.

Mało tego. Spostrzegłszy, że z nauk o człowieku i jego postępowaniu naród czerpie siły mogące obrócić się przeciw marksizmowi twórcy Akademii rozwinęli nauki fałszywe -jakby sztuczne kamienie lub imitacje. Prawo zastąpiono ekonomią i planowaniem, historie socjologią, a medycynę psychologią. Są to gałęzie nauki bez precyzji.

Akademia Nauk sprowadzona została do utylitarnych celów techniki, przemysłu, ekonomii – nie spełniała pokładanych nadziei. Raz po raz między jej członkami w jej instytutach wybuchał opór i bunt. Sfery partyjno-rządowe są ciągle zmuszane okazywać swe niezadowolenie, reformować, żądać, grozić.

We wrześniu 1983 list około 30 uczonych polskich protestujących przeciw ograniczaniu autonomii szkół wyższych podpisał Aleksander Gieysztor – prezes PAN. Na pewno za jakiś czas Akademię czeka jakaś reforma – oderwanie od niej licznych instytutów i zakładów – sprowadzenie jej do rzędu instytucji reprezentacyjnej.

Na takim tle szkół wyższych przypada rola PAN. Akademia Nauk była potrzebna, bo wiek XX i rozwój wiedzy technicznej i przyrodniczej tego wymagał. Ale tworząc Akademię Nauk w 1949 i 50 roku jej organizatorzy kierowali się szczególną nienawiścią do Akademii Umiejętności w Krakowie. Zniszczyć, zabrać, obniżyć -to był jeden z celów, jaki przyświecał twórcom PAN i jej moskiewskim mocodawcom.

Dziś po latach Akademia Nauk rozbita na niezliczoną ilość instytutów i zakładów, o wielu wydziałach, ze zduszoną, prześladowaną humanistyką nie oddziałuje. Od roku 1980, od Wałęsowskiego powstania z którym sympatyzowała dość wyraźnie, żyje życiem cofniętym, pod prezydencją prof. Gieysztora. Niepotrzebnie boi się jakiś zapowiedzianych reform, bo nie ona, PAN, będzie o nich decydować, ale odpowiednia jednostka dla spraw polskich w Moskwie.

Istota postępowania Rosji w stosunku do kultury polskiej polega na prowokowaniu niskich, złych uczuć u poszczególnych Polaków lub Środowisk tak, aby sami niszczyli rozmaite instytucje. Aby pod byle pretekstem zrywali tradycję, obniżali dokonania. Stara metoda, znamy ją dobrze z przeszłości. Na Litwie w czasach Nowosilcowa, w Królestwie za Paskiewicza i Berga.

I teraz też. W roku 1949 i 1950 gromada uczonych warszawskich z wileńskim prof. gimnazjum Dembowskim na czele, z humanistami jak Lorentz, Jabłoński, z wielu przyrodnikami, których nazwisk nawet nie potrafię wyliczyć, postanowiła zamknąć w Krakowie Akademie Umiejętności, przejąć jej majątek i agendy, tytuły, kontakty z zagranicą. Tę podłą robotę wykonano częściowo rękami krakowskimi: Nitscha, Szafera, Jana Dąbrowskiego w 1951 i 52 roku.

Naprawdę za likwidacją Akademii Umiejętności stała Moskwa – Stalin, Beria, w Warszawie Berman i Bierut. Nie mogli oni zapomnieć antyrosyjskiej roli Akademii Umiejętności powołanej przez Austrię po 1863 roku w Krakowie. PAU była instytucją antyrosyjską.

Fatalna tendencja rzucania nauki na kolana przed Partią

baner historia PRL

Fatalna tendencja rzucania nauki na kolana przed Partią

prowadząca do katastrofalnego stanu nauki

a członkowie PAN mają to, co chcieli, na co przez lata pracowali

Ujęcie Karola Estreichera jr

w: Dziennik wypadków T. VII , 1981 – 1984.

Wyd. Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, 2013

(czerwone podtytuły i wyróżnienia – jw)

Rok 1981

 

24 listopada wtorek

W Warszawie odbyło się posiedzenie Prezydium Akademii Nauk, pełne troski

0 naukę polską. Poruszono mnóstwo zagadnień, oczywiście narzekano, odczytano jakiś referat w sprawie krzywdzących decyzji w latach 1968-1980 (nie wiem, nie domyślam się, o co chodzi). Dwa ostrzegawcze referaty o stanie nauki polskiej wygłosili profesorowie Leszek Kuźnicki (Instytut Biologii) oraz prof. Ignacy Malecki (przewodniczący Komitetu Naukoznawstwa). Obaj mówcy omówili program działań i reform i wstępne zarysy prognozy dotyczącej katastrofalnego stanu nauki polskiej, już od roku 1948 zaistniała tendencja do rzucenia nauki polskiej na kolana przed Partią, do zsocjalizowania i zmarksizowania i zleninizowania naszej nauki.

Dziś -tak twierdzono na owym posiedzeniu – nauka polska stoi na poziomie nauki w krajach rozwijających się czyli w egzotycznych republikach Afryki czy Azji.

Nauka i jej organizacją zajmowali się ludzie niegodni (w Krakowie niejaki mgr! Wiltowski – dyr. PAN (dyr. Zarządu Administracji Oddziału i Placówek PAN w Krakowie -przyp. D.Matelski) oraz prof. Miesowicz).

Popierano tylko partyjnych, im przydzielano fikcyjne posady, wyjazdy za granice, tytuły. Ignorowano humanistykę, historie, filozofię, literaturę. Stłoczono te dyscypliny w jednym wydziale (I), powołano do tego wydziału słabych uczonych, ale mających wpływy i stosunki, głównie w środowisku warszawskim.

Zamordowano w 1951 roku Polską Akademię Umiejętności w Krakowie, zrabowano jej majątek – bezwzględnie i bezczelnie. Kraków, naukę krakowską przy oklaskach różnych zarozumialców, technokratów na poziomie rzemieślników dziedziny nauk humanistycznych, wszędzie w Polsce zduszono, skopano. Są to sprawy znane. To postępowanie teraz wydaje pełne owoce.

Ale i w roku 1980 nie wiele się zmieniło. Gieysztor, jako prezes PAN zdaje się, że jest pasywny. Nic myśli walczyć. Nie myśli odbudowywać nauk humanistycznych – widocznie nie chce się narażać biurokratom warszawskim oraz partii komunistycznej. Gieysztor siedzi w Warszawie, tam reprezentuje, zajmuje kilka dobrze płatnych posad (profesora UW, dyrektora Zamku Warszawskiego, prezesa PAN) i trochę z boku. bez narażania się żadnej stronie czeka, co będzie.

Jeżeli o Kraków idzie to tu sytuacja z naukami historycznymi jest rozpaczliwa. Oddział krakowski PAN jest we władaniu inżynierów z Akademii Górniczo Hutniczej

i z Politechniki. Sekretarzem jest niejaki Ney. koniunkturalista, niewykształcony, bez wizji. Literaturę reprezentuje tu Henryk Markiewicz (?) (pytajnik autora -przyp. AJ) wygodny, mętny uczony. Historie sztuki Jerzy Szablowski – koniunkturalista, który nie ma za sobą prac naukowych i usuwa się od wszelkiej odpowiedzialności. Badań źródłowych nikt nie prowadzi. Wydawnictwa stanęły. Wychodzi tylko Słownik Biograficzny i jest to wybitnie dobrze robione wydawnictwo.

Niechże w tym stanie rzeczy nie płaczą członkowie PAN. Mają to, co chcieli, na co przez lata pracowali, podlizując się komunizmowi rosyjskiemu.

Polska Akademia Nauk gloryfikuje komunistki

baner

Polska Akademia Nauk gloryfikuje komunistki. „Przywracanie czci” kolaborantkom

niezalezna.pl 17.06.2013

Czy zbrodnie komunistów można przedstawiać bez negatywnych konotacji? Można i trzeba – pouczały uczestniczki debaty o babciach z Komunistycznej Partii Polski. Spotkanie temu poświęcone zorganizowała Polska Akademia Nauk, a do udziału zachęcał stołeczny Ratusz.

Podstawa debaty „Babcia z KPP. Komunistki w historii – historie komunistek”, zorganizowanej m.in. przez Instytut Badań Literackich PAN, była książka Aleksandry Domańskiej „Ulica cioci Oli. Z dziejów jednej rewolucjonistki” wydana przez Krytykę Polityczną.

Tytułowa ciocia Ola to babcia autorki, Helena Kozłowska (właśc. Bela Frisz) – komunistka, działaczka Komunistycznej Partii Polski, swego czasu zastępca dowódcy batalionu „Czwartaków”, a po wojnie członek KC PPR, KC PZPR, wreszcie kierownik wydziału propagandy KC PZPR. – Formowała nie tylko kadry partyjne, ale i społeczeństwo – podsumowała jej rolę prowadząca spotkanie Agnieszka Mrozik.

Debatujące w PAN-ie inne badaczki losów komunistek: Magdalena Grabowska, Olga Soporowska-Wojtczak i Anna Zawadzka, zastanawiały się, jak przełamać powszechny w odbiorze negatywny obraz KPP……..

Instalacja systemu w nauce przed 60 laty

Instalacja systemu w nauce przed 60 laty

wg Dziennika wypadków Karola Estreichera ( t. 2)

1949

13 listopada podano wiadomość w „Dzienniku Polskim”, że PAU odwiedził historyk radziecki, prof. Borys J Dymitriewicz Greków, dyrektor instytutu historycznego Akade­mii Nauk ZSRR i członek PAU.

Przyjmowano go z rewerencją. „Wojewoda” Pasenkiewicz, prof. Kazimierz Nitsch i prof. Jan Dąbrowski.

Greków nie przyjechał do Krakowa dla prawienia komplementów. Został wydelego­wany. Przyjechał, aby namówić Nitscha i Dąbrowskiego na „zmiany w Akademii Umie­jętności” Zna dobrze historie PAU. Wie, że była to instytucja powołana po likwidacji Szkoły Głównej w Warszawie, jako odpowiedź na rusyfikację Królestwa. Wie, że to by­ła przecież nic Polska, ale Galicyjska Akademia zwrócona przeciw Rosji.

Nitsch i Dąbrowski, zwłaszcza ten ostatni, postanowili milczeć. Nie porozumieli się z Zarządem, nikomu nie zreferowali tego z czym Greków przyjechał.

17 stycznia 1950

Żyjemy pod wzmagającym się uciskiem. Stwarza się atmosferę reform, pisze się i mó­wi ciągle o zwołaniu Kongresu Nauki, obiecuje się w rozmowach nadzwyczajne ułatwie­nie, pensje, przywileje które udzielone zostaną uczonym po powołaniu Akademii Nauk etc…

Jan Dembowski, zoolog z Wilna, podobno uczony średni (a inni mówią, że bardzo skromny) komunista, wielki zwolennik Rosji i Stalina, zdaje się, że blisko z NKWD. Bermanem i Bierutem (podczas wojny w Leningradzie, potem w Moskwie w Komite­cie Polaków) został pełnomocnikiem Ministerstwa dla sprawy organizacji Kongresu Nauki.

Zastępcą ministra prof. Jan Leszczycki, geograf bardzo ambitny z Krakowa, obecnie w Warszawie.

Los PAU przesądzony. Widzę, że Jan Dąbrowski nie orientuje się. Twierdzi — tak dziś powiedział do mnie: że nici wszystkich spraw związanych z Akademią Umiejętno­ści ma w ręku. „Nie pozwolę (sic!) na żadną krzywdę Akademii.” Brzmi to bombastycznie i nie posiada żadnego pokrycia w rzeczywistości.

17 lutego 1950

Ogłoszono uchwałę Komitetu Rady Ministrów w sprawie zwołania Kongresu Nauki Polskiej jeszcze w tym roku.

Pierwsze wrażenie: wielość słów. Kongres ma stać się ideowym lekarstwem — zastrzy­kiem, po którym nauka polska zakwitnie natychmiast. Poza słowami żadnych faktów.

Teodor Marchlewski i jego uczeń, Zbigniew Kamiński (ostatnio zajmujący się admi­nistracją w Uniwersytecie) bardzo niechętnie piszą o teoriach genetycznych — w myśl zasad prof. rosyjskiego, Łysenki. W roku 1948 Łysenko ogłosił teorie, wedle której można wpływać na dziedziczność (?) (pytajnik autora —przyp. Af).

Główni przeciwnicy PAU w Krakowie: Bolesław Skarżyński Kazimierz Wyka

W Warszawie i w Łodzi

Józef Chałasiński

Kuratowska

Dembowski

Min. Skrzeszewski

Wicemin. Eugenia Krassowska

3 kwietnia 1950

Marchlewski jako rektor — tak jak poznałem go — wzbudza niechęć przez złośli­wość, jaką w rządach uniwersytetem stosuje. Syn Leona Marchlewskiego, biologa i za­razem gorącego Witosowca, bratanek komunisty Juliana — sam profesor agrobiologii — upośledzony fizycznie (paraliż połowy ciała) — bardzo inteligentny, podobno dobry uczony, wypłynął po wojnie jako komunista i rychło został rektorem z mianowania.

Na Uniwersytecie i uniwersyteckich sprawach się nie zna. Sił fizycznych zresztą nie ma, by ogromną machinę opanować, by móc nią kierować wśród tylu trudności biuro­kratycznych i ogólnej niechęci do Uniwersytetu Krakowskiego, jaką byle urzędnik mi­nisterialny uważa za swój obowiązek przejawiać.

Gdyby Senat co znaczył, gdyby znaczyli co dziekani! Ale Senat nie jest zwoływany, i to może lepiej, bo przynajmniej wiadomo, że Uniwersytetem rządzą czynniki partyj­ne. Tam przygotowuje się rozkazy, dyrektywy, polecenia, programy, tam obsadza się niższe stanowiska, a niedługo będzie sic obsadzało i wyższe: asystentów i profesorów. Dobrał sobie do tego wszystkiego Marchlewski na stanowisko dyrektora administracyj­nego Uniwersytetu (nowe stanowisko stworzone przez Warszawę) swego asystenta Kamińskiego, człowieka z Wilna, bardzo wschodniego w typie myślenia i działania, nie znającego Krakowa, Uniwersytetu, jego zwyczajów, ludzi, tradycji. Kamiński razem z Marchlewskim reprezentują interesy własnych katedr i zakładów agronomicznych. Tylko to, co z Wydziałem Rolniczym (a raczej Wyższą Szkołą Rolniczą, bo na tym po­lega ten wydział) łączy się, naprawdę ich interesuje. Reszta jakby nie istniała — odsu­wana jest z planów. Wydział Prawa traktowany jest po macoszemu — zgodnie z tendencją nowej rzeczywistości — Wydział Lekarski odpadł (może i dobrze) — Teo­logia chwilowo jeszcze tolerowana — Wydział Przyrodniczy otrzymuje nowy gmach chemii, Biblioteka Jagiellońska rządzona jest przez czynniki pozauniwersyteckie, Hu­manistyka spychana na plan drugi. Marchlewskiego nic to nie obchodzi (to niepotrzeb­ne jego zdaniem nauki). Świeżo utworzony Wydział Leśny — gdzie poziom naukowy jest niski — rozbija całość nauk uniwersyteckich na studia specjalne, co nie przyczynia się do jego podniesienia.

Poziom Uniwersytetu gwałtownie się obniża. Niepodobna za wszystko winić Marchlewskiego. Nacisk z góry, obniżenie się kultury, nowy „ludowy” element młodzieży wpychanej na Uniwersytet — te, nie zawsze najgorsze, zjawiska do­konują się bez Marchlewskiego. Nie może na nie posiadać wpływu. Nie ma on jednak takiego charakteru, by wokół swej osoby skupić profesorów. Obiecuje, a nie dotrzymuje, uważa, że rządzenie polega na tym, by wewnątrz były spory i jątrzenia (bo wtedy je­go stanowisko jest silne). Dwa lata rektoratu Marchlewskiego to powolny rozpad Uni­wersytetu na studia, instytuty bez wspólnej więzi, bez wyższego poziomu. Dlatego przywiązuje taką role do odbudowy Collegium Maius jak najefektowniejszej, najświetniejszej. Gmach reprezentacyjny, artystyczny, świetny, łączyć będzie profesorów w cza­sach całkowitego upadku Jagiellońskiej Szkoły. Niechże, skoro już musi rozpaść się na niezależne człony (może tego i życie wymaga), przynajmniej więź historii i piękna łączy profesorów.

15 kwietnia 1950

Panuje gorączka przed Kongresem Nauki. Uczeni polscy tracą głowę i godność. Komitet Kongresu z Dembowskim potworzył sekcje, w których przeważają nauki techniczne. Wszy­scy chcieliby mieć coś do powiedzenia, przynajmniej wziąć udział w posiedzeniach. Mówi się, że Kongres wyłoni Akademię Nauk, a członkowie Akademii będą brali ogromne pensje.

Lorentz i Starzyński szaleją. Historia Sztuki w Krakowie ma zostać całkowicie zakne­blowana na rzecz Warszawy. Z tytułu czekają Poznaniacy z księdzem Dettloffem na czele, aby i dla nich spadło coś z pańskiego stołu.

Nie odnoszę się osobiście nieżyczliwie do powołania jakiejś naczelnej instytucji na­ukowej w Polsce, odpowiednio uposażonej. Niech się nawet nazywa Akademią Nauk. Ale żal mi, że dzieje się to kosztem PAU.

17 kwietnia 50

Pchają się wszyscy. Podobno Nitsch, prezes Akademii Umiejętności ma być wicepre­zesem PAN. Na stare lata mógłby Nitsch mieć więcej odwagi i nie poddawać się nastro­jom antykrakowskim. Ale Nitsch uważa, że jego słowniki i wydawnictwa językowe będą cierpiały, jeśli broniłby Akademii Umiejętności w Krakowie.

Maj

5 maja 1950

Józef Chalasiński, rektor łódzkiego Uniwersytetu, wydaje mi się bałamutem. Cha­rakteru w każdym razie nie posiada. Ambicje duże. Już nie wie co robić i co mówić, aby przypodobać się grupie rządzącej sprawami nauki. Krakowa nienawidzi i wygaduje na to środowisko. W ogóle (niepotrzebnie) żyje w atmosferze plotek i przypodchlebiań stworzonych wokół Kongresu Nauki Polskiej.

Chałasiński kręci się wokół prof. Adama Schaffa, teoretyka i filozofa marksizmu. Schaff pisze okropnym językiem niejasne artykuły. Nudne. Chałasiński, w większym stopniu niż Bogusław Leśniodorski, patrzy skąd wieje wiatr i wedle niego działa. Leśniodorski opiera się o Krassowską. Słyszałem, że nie wychodzi z przedpokoju w Mini­sterstwie, gdzie Krassowska urzęduje.

I-sza Ogólnopolska Konferencja Naukowa w sprawie badań nad sztuką na Wawelu

l.Tło

W połowie grudnia 1950 roku odbyła się w Krakowie konferencja naukowa ogólno­polska poświęcona badaniom sztuki. Zwołana została przez Państwowy Instytut Sztuki w którym prof. Juliusz Starzyński pierwsze zajmuje miejsce, w przededniu Kongresu Nauki Polskiej, który przygotowuje się od dwóch już lat, a którego termin wciąż jest przekładany. Zadaniem tego kongresu, jak i obrad przedkongrcsowych ma być ustale­nie programu prac oraz gruntowna przebudowa nauki polskiej w duchu nowej naszej rzeczywistości tj. państwa socjalistycznego.

Zaciskająca się coraz bardziej obręcz marxizmu, obejmująca już wszystkie dziedziny życia społecznego, politycznego, kulturalnego na zewnątrz — nie mogła nie objąć i tych Okopów Św. Trójcy, jakimi jest nauka polska. Góra partii komunistycznej (rządzona przez ambasadę sowiecką) zdaje sobie sprawę, że nauka polska wymaga takiego same­go upaństwowienia jak handel i przemysł, w myśl teorii i dogmatów socjalistycznych. Przystępuje się też do tego zadania od lat — przyznać trzeba z pewną rozwagą, aby jak najmniej zburzyć lub lepiej — zburzyć doszczętnie lecz wtedy gdy ramy nowej struktu­ry będą gotowe. Kongres nauki ma być tą strukturą, ma wyłonić z siebie Akademię Na­uk, a konferencje które odbywają się przed tym w sekcjach i podsekcjach mają przygotować budowę.

Wszystko to byłoby może nie tak dramatyczne, jak chcą widzieć pesymiści — gdyby nie fakt, który codziennie obserwujemy: korupcji i degradacji ludzi nauki. Nie był ni­gdy świat naukowy polski silny (z wyjątkiem może Krakowa i Lwowa), bo nie był niezależnym. Od roku 1919 zawsze wspierał się na zasiłkach państwowych — uczeni na pensjach profesorskich — pensje profesorskie zależne zaś były od widzimisię urzędni­ków ministrialnych — ale przecież wpatrzony w Zachód miał ambicje niezależności od propagandy politycznej. Były na naukę polską groźne zamachy w okresie niepodległo­ści: endecja żądała, aby nauka polska była nacjonalistyczna, nie międzynarodowa — pilsudczycy chcieli wprzęgnąć ją w obóz swój „państwowotwórczy” czyli kliki rządowej, teorie totalizmu hitlerowskiego i faszystowskiego chciały oczyścić ją od wpływów ży­dowskich. Żydzi żądali, aby służyła propagandzie ich uczonych. Groźne ciosy zadali na­uce polskiej Niemcy: mechanicznie postanowili wymordować inteligencję polską i znieść wszystkie polskie instytucje naukowe. Za mało mieli na to czasu; nie dali rady, choć narobili dużo szkód. Podobnie Moskale we Lwowie i Wilnie. Od wszystkich tych zamachów swoich i obcych polska kultura jakoś potrafiła się wybronić. Podczas wojny szła od emigracji na Zachodzie pomoc materialna i moralna. Uczeni w Polsce tylko w małej ilości (nazwiska bez znaczenia) współpracowali z Niemcami — właściwie po­dobnie było z komunistami. Z wileńskich i lwowskich uczonych nikt poważny nie po­szedł na współpracę z komunizmem. Moralnie przetrwali jakoś polscy uczeni okresy prześladowań wojennych — a zbiory, zakłady, instytucje naukowe jakoś pod ziemią przetrwały i natychmiast po wojnie podjęły swą działalność: nie tylko odżyły nasze uni­wersytety — ale i towarzystwa naukowe w Warszawie, Poznaniu, Krakowie, Lublinie — nowe przybyły szkoły na Ziemiach Zachodnich -—• katedry, instytuty.

Przez pierwsze trzy lata powojenne Rząd popierał każdą inicjatywę na polu nauki — subwencjonował — pozwalał na druk rozpraw i prowadzenie indywidualnych badań — tak, że bardzo szybko rozpęd nastąpił i wiele strat się nadrobiło. Organizacja nauki zaczęła pulsować, rumieńce powróciły, blade jeszcze, ale już widoczne.

Nie mogło się to podobać nielicznej rządzącej grupie komunistów, gdzieś w Komin-formie, czy w „referacie polskim” w Moskwie. Stamtąd wyszły konspiracyjne dyrekty­wy, aby razem z resztkami inicjatywy prywatnej na odcinku gospodarczym — rozpocząć przebudowę nauki polskiej w duchu rosyjskiej propagandy marxistowsko-leninowskiej. Instrukcje tajne, nie rozważane po ministerstwach, ani na posiedzeniach Rządu, lecz przez zamaskowanych łączników udzielane wiceministrom, partyjnym sekretarzom, dy­rektorom departamentów.

Stąd wypływały w dół do instytucji naukowych i szkół, zrazu łagodnie, w formie dorad, od roku zaś w formie instrukcji, a w najbliższym czasie w for­mie rozkazów.

Kto im się nie podda, temu grozi się konsekwencjami: dymisją lub prze­niesieniem. Od lat dwóch zawieszona jest wszelka autonomia uniwersytecka, rektorzy i dziekani są mianowani — a sekretarze podstawowych komórek partyjnych zasiadają w senacie i głos mają ważniejszy, niż profesorowie.

W szkołach wyższych judzi się mło­dzież przeciw profesorom, asystentom, nauczycielom, zwołuje się wiece na których się denuncjuje, beszta, oskarża, grozi. Instrukcja idzie w kierunku osłabienia autorytetów, podniecania ambicji siania sporów: walka klas, czyli granie na najniższych instynktach.

Pisałem wyżej, że jak dotąd nauka polska jakoś przetrzymała wszystkie zamachy na nią, może głównie dlatego, że oddziaływała niezależność nauki zachodniej. Ale Zachód nas opuścił podczas wojny — oddał w ręce Rosji i na tym tle słabsze charaktery ugięły się. I to co dotąd w nauce polskiej miało miejsce teraz zaistniało: na uniwersytetach po­jawili się uczeni marxiści, którzy zaczęli szczerze, czy nie szczerze organizować naukę komunistyczną. Na razie są w mniejszości, ale przybywa ich ciągle spomiędzy młodzieży lub doskakują mianowani z boku. A także ogłosili się za mamstów uczeni szukający ka­riery. Czyszczone są, co prawda, szeregi partyjne z karierowiczów: największą ofiarą zo­stał Sieradzki w Krakowie, poszedł tu także Piwarski, szwagra mojego, Konstantego Grzybowskiego wylano także, ale niemniej, karierowiczów nie brakuje. Młodzi ludzie, jak p. Bogusław Leśniodorski i wielu innych, nauczywszy się żargonu partyjnego stosują go gorliwie. Bywają jeszcze ostrożni, ale, ale trafiają się wśród nich i fanatycy zwłaszcza, jeśli są najmłodsi. Szeregi uczonych polskich bezpartyjnych, ponad propagandą politycz­ną stojące zachwiały się w ostatnim roku. To samo może jeszcze jaskrawiej występuje w publicystyce, w prasie, w literaturze.

Zamilkli pisarze niezależni, krzyczą coraz śmie­lej i gwałtowniej zwolennicy komunizmu. „Wieża z kości słoniowej” — „indywidualizm burżuazyjny” — „partyzantka kulturalna”, „reakcyjna nauka”, oto czem się ciągle kar­mi i czym się hańbi. Równocześnie, mając już jakie takie oparcie w uczonych marastach od lat dwóch zapowiada się reformę nauki i kultury polskiej poprzez Kongres Nauki, który odbyć się ma w Warszawie, na wiosnę roku 1951.

Podzielono naukę i życie umysłowe na sekcje i podsekcje, celem łatwiejszego przemundurowania i oceniania ludzi. Spojrzano do przepisów rosyjskich i wedle „przodu­jącej nauki radzieckiej” rozpoczęto badać, o ile uda się dla idei marxizmu nagiąć poszczególne dyscypliny. Uczonych rozpoczęto zmuszać do odpowiedzi.

O ile się orientuję, Rosja i życie rosyjskie nie zna tych rozgraniczeń co zachodnia na­uka i życie umysłowe w zakresie kultury. W Rosji sztuka stworzona w teatrze, malar­stwie, poezji i literaturze pokrywa się z teorią sztuki i jej historią. Przez przyrodzone gadulstwo i skłonność do obnażania uczuć artyści rosyjscy uważają się równocześnie za teoretyków w zakresie danej gałęzi twórczej. Historia w Rosji nie odgrywała w XIX wieku tej roli, co na Zachodzie; albo była to historia tyraństwa ze strony wielkorusów albo dzieje panowania carskiego świeżej daty; przez wieki bizantyńska sztuka i kultura nie ulegała zmianom lub tylko powoli ulegała im. Stąd historia kultury, sztuki, literatu­ry nie miała pola dla rozwinięcia metod i poglądów. Obiektywizmu czy obiektywizowa­nia nie znano; nie dążono do tego tak, jak w wielkich ośrodkach naukowych na Zachodzie. Podczas gdy na Zachodzie rozbito naukę (i rozbija się ją ciągle) na specjal­ności, w Rosji brak materiału kulturalnego i specyficzne, ciasne warunki polityczne wiązały ją i wiążą zawsze. Na Zachodzie nauka rozwija się, przybywają konary i gałęzie jak na drzewie (prawdziwym drzewie wiadomości złego i dobrego) — w Rosji — to sztucznie pielęgnowane drzewo, którego konary i gałęzie rosną, ale rozpięte na kracie. Dawniej carat, dziś Sowiety, samodzierżawie kiedyś, dziś marazm hamują rozrost na­uki rosyjskiej mimo ogromnej reklamy, jaką zawsze wokół niej czynią sami Rosjanie……………

2. Konferencja

Odpowiedzialnym na zewnątrz za to wszystko jest wiceminister Sokorski, przed woj­ną asystent języka chińskiego na Uniwersytecie Warszawskim. Od dwóch lat niezmor­dowanie jeździł, organizował, krytykował, dyskutował marazm we wszystkich dziedzinach sztuki. Ale Sokorski jest tylko wykonawcą głębiej zapadłych planów. Nie Komitet Centralny Partii, ale Kominform na Komitet Centralny Partii poprzez niejaką panią Siekierską, kształconą w Moskwie w zakresie estetyki, oddziałuje. Stąd idą dyrek­tywy, które Sokorski i podlegli mu urzędnicy posłusznie wykonują.

22 czerwca 1951

Los Akademii Umiejętności został przesądzony w Warszawie. Jest zlekceważona, ośmieszona, tępiona, a jej członkowie nic maja odwagi wystąpić w jej obronie. Do hi­storii nauki polskiej przejdzie Akademia Umiejętności jako instytucja, która nie zdała egzaminu w zetknięciu z centralizmem państwowym. Czy mogła jednak? Czy nie za du­żo od niej wymagam?

Walny zjazd członków w tym roku wygląda smutno. Zapada decyzja, której żąda od Akademii Umiejętności grupa obecnie rządząca nauką: (Berman, Dembowski, Modzelewski, Jabłoński) przekazania majątku Akademii Nauk, jaka utworzona zostanie w Warszawie.

W dniu wczorajszym odbyło się posiedzenie, na którym Dąbrowski, Nitsch oraz Szafer przedstawili rezolucję w tonie bardzo miękką, ustępliwą, oddającą ducha Akademii Umiejętności w ręce tworzonej w Warszawie PAN. Żadnego zabezpieczenia prawnego, żadnego żądania… nic… nic… — całkowite poddanie się.

Klęska odbywa się w ciszy. Prasa nie poświęca uwagi zniszczeniu PAU. Trąbi o pierw­szym Kongresie Nauki Polskiej.

Zniszczenie Akademii Umiejętności następuje w formie tak niegodnej, że w łonie jej prezydium nie znalazł się nikt kto by jej bronił, a jej członkowie boją się zabierać głos. Spodziewają się wszyscy, że jeżeli będą nie agresywni, cisi, pokorni to wejdą do Akademii Nauk i będą pobierać pensje. Takie wiadomości szerzy Jan Dąbrowski, Szafer, Nitsch, Lehr. W ten sposób uciszają niezadowolonych.

Gra jest trudna do odkrycia. Moim zdaniem członkowie PAU uchwalając olbrzy­mią większością niesmaczną, niegodziwą rezolucję, którą zamieściłem obok, ulegli mistyfikacji. Nie wejdą do Akademii Nauk, zostaną oszukam — a równocześnie zniszczyli instytucje, która dawała im tytuł i oparcie. Ale na ślepotę nie ma lekar­stwa.

Rola Jana Dąbrowskiego jest dwuznaczna. Co innego mówi o losie PAU w Krakowie •— co innego w Warszawie. Nitsch zdradził Kraków. Szafer zastraszony powiedział so­bie, że trzeba się pogodzić z komunizmem. Lehr-Spławiński — cynik.

Wymienieni czynią starania (każdy na swoją rękę), ażeby wejść do przyszłej Akade­mii Nauk.

4 lipca 1951

Ostatnie dni czerwca i pierwsze lipca upływają wśród propagandy na rzecz pierwsze­go Kongresu Nauki Polskiej. Impreza jest propagandowa, z nauką nie ma nic wspólne­go. Wielka Sala Politechniki Warszawskiej, chorągwie, portrety, auta, dygnitarze. Frazesy, oklaski, hołdy. Kongres obradował w sekcjach. Obrady były bez znaczenia. Po­tem znowu wspólne plenarne posiedzenie, znowu oklaski, rezolucja, postanowienie po­wołania Polskiej Akademii Nauk, która wchłonie i krakowską Akademię Umiejętności i Warszawskie Towarzystwo Naukowe.

Za kulisami zabiegi o wejście do Akademii Nauk. Jej oblicze będzie techniczne i przyrodnicze.

Nitsch, Jan Dąbrowski i Szafer reprezentowali Kraków. Myśleli (niestety) tylko o so­bie. Wszyscy trzej wchodzą do Akademii Nauk — mówi się, że członkowie Akademii Umiejętności i Warszawskiego Towarzystwa Naukowego wejdą automatycznie do Aka­demii Nauk.

Akademicy mają być płatni. Fotel ma przynosić znaczne dochody (od 5 tyś. – 8 tyś.).

Akademia Nauk ma objąć swym zasięgiem całą Polskę. Ma rozbudowywać w kierun­ku nauki rozmaite istniejące instytucje i tworzyć nowe.

Czy jestem przeciwnikiem Akademii Nauk? Czy może — jeżeli się odnoszę nieufnie do tej instytucji — przemawia przeze mnie ciasny partykularyzm? Krakowskie ambicje?

Akademia Nauk jest potrzebna. Uniwersytety nie mogą spełniać roli instytutów ba­dawczych.

Ale Akademia Nauk nie może brać na siebie ciężaru, który jest ponad jej siły. Krę­pować środowiska takiego jak Kraków. Akademia Umiejętności powinna dalej istnieć. Jest potrzebna — może nie jako naczelna instytucja naukowa — ale jako związek wol­nych uczonych. Wolnych, to znaczy niezależnych od ucisku państwa.

To wina elit

baner

Komunizm głosił postępowe ideały, które zawsze niezmiernie podobają się intelektualistom.

Naukowcy żyją w świecie idei i uwielbiają sobie wyobrażać, jak wspaniale by było, gdyby te idee zostały urzeczywistnione.

A przecież to nie kto inny, tylko tacy wysublimowani i oderwani od rzeczywistości osobnicy nadają ton myśleniu reszty społeczeństwa

Richard Pipes