UJ za rektora Mieczysława Karasia, czyli zamiana Uniwersytetu Jagiellońskiego w Instytut Propagandowy Polskich Ko­munistów.

baner historia PRL

Collegium Novum UJ

UJ za rektora Mieczysława Karasia,

czyli zamiana Uniwersytetu Jagiellońskiego

w Instytut Propagandowy Polskich Ko­munistów.

W DZIEJACH UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO – Krzysztof Stopka, Andrzej Kazimierz Banach, Julian Dybiec . Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego wyd. 1 , 2000 r.

Redaktor naukowy : prod. dr hab. Jerzy Wyrozumski, Recenzent:prof.dr hab.Kamilla Mrozowska

Słowo wstępne: rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego Franciszek Ziejka

czytamy m.in. iż Rektor Karaś pragnął zrealizować swą wizję socjalistycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. ‚

Pytanie dla studentów historii UJ : Czym się różniła wizja rektora Karasia od wizji Kazimierza Wielkiego ?

Odpowiedź można znaleźć w Dziennikach Wypadków – Karola Estreichera. t.V ..s.561

Kazimierz Wielki fundował Uniwersytet murowany,

ja zostawię czerwony …” ze wstydu.

wg Dziennik Wypadków – Karola Estreichera. T. V (1973-1977)

s.489-90

23 sierpnia sobota 1975

Mianowanie Karasia rektorem UJ przeszło cicho, nawet bez wzmianek w prasie. Pan Minister-Generał mianował go podobno na żądanie komórki partyjnej w UJ, a wbrew opinii urzędników ministerialnych.

Opinie Karaś ma jak najgorsze. Jest słabym uczonym, człowiekiem pozbawionym kultury, nieskończenie ambitnym, dokuczliwym, a przy tym nieskończenie oddanym najciemniejszym siłom.

Miewa czasem jakieś rozumne posunięcia, ale niemal zawsze toną one w brutalności postępowania. Czasami zachowuje się jak pastuch na pastwisku, strzela z bata, wrzesz­czy, grozi, popędza. Niecierpliwy, gardzący słabszymi i zależnymi od siebie, układny, uprzejmy i życzliwy wobec możnych.

Jest przekupny. Jak, co, kiedy — trudno powiedzieć, ale różne posunięcia budzą da­leko idące podejrzenia. Był nim np. doktorat honorowy Piszka z Filadelfii.

Dla mnie osobiście mianowanie Karasia oznacza nieżyczliwość, dokuczania, lekcewa­żenie. Co będzie z tym co stworzyłem — z Muzeum, Bibliografią Polską gdy pójdę na emeryturę!?

s.520-522

Jego Magnificencja Rektor” Karaś…

Mieczysław Karaś rozpoczął studia polonistyczne na Uniwersytecie zaraz po wojnie. Pochodzi ze wsi z pod Niwisk. Ojciec jego był tam kowalem. Prawdy o wiejskiej młodo­ści Karasia niepodobna się dowiedzieć — tak starannie ją ukrywa i zaciera.

Mówią, że w 1944 czy 1945 roku ojciec Karasia, za jakieś zdrady czy zbrodnie wobec AK-owców został stracony z podziemnego wyroku. Mówią, że Mieczysław Karaś został przy tym pobity i że stracił oko (istotnie nie ma jednego oka, a na drugie widzi bardzo źle).

Karaś na polonistyce poświęcił się studiom językoznawczym pod kierunkiem Nitscha i Taszyckiego. Jw trakcie studiów zapisał się do Partii, a w 1957 roku, popierany przez Taszyckiego, zaczął karierę jako sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej.

Inteligentny, bystry, ambitny. Mówi po niemiecku. Bardzo szybko się orientuje. Chciwie słucha plotek o drugich — nawet je prowokuje.

Zawsze wygaduje (w 4 oczy) na nieobec­nych. Wypytuje się i daje posłuch ujemnym wiadomościom. Umie budzić zaufanie i nacią­ga kolegów na zwierzenia. Udaje życzliwego. Od czasu do czasu pokazuje swą prawdziwą twarz. Widać ją zwłaszcza, gdy rozmawia z wyższymi od siebie członkami Partii, dygnita­rzami łub moskiewskimi wysłannikami. Twarz zmienia mu się wówczas z nerwowej i nie­uprzejmej na pogodną, dobroduszną i ustępliwą. Nie umie ukryć swego płaszczenia się.

Gdy tylko dygnitarz wyjdzie wraca dawny grymas. Jeszcze dawniej, gdy nie rozsiadł się tak w rektorskiej todze — panował nad zdenerwowaniem i niecierpliwością. Teraz, gdy honory rektorskie już mu zupełnie przewróciły w głowie — w stosunku do osób od niego zależnych staje się dosłownie niegrzeczny. Nigdy żaden hrabia Potocki, żaden dęty szlachetka nigdy nie traktował tak służby jak Karaś swych kolegów czy podwładnych. Jest władczy opryskliwy, niecierpliwy. Beszta, wyrzuca z pokoju, mówi rzeczy przykre nie tając kto doniósł mu to czy owo, grozi, żąda i nie dotrzymuje. Mianowanie rekto­rem przez ministra Kaliskiego (takiego samego wojskowego autokratę) przewróciło Karasiowi w głowie. Wszedł także do KC Partii, wprawdzie na drugorzędne stanowisko, ale i to przewróciło mu w głowie. Do reszty w głowie przewróciła mu posiadana władza.

A nie jest ona wcale taka mała. To władza nad około dwudziestoma tysiącami osób profesorów, urzędników i studentów. Ogromne fundusze, majątki, zakłady, rozbież­ne sprawy. Władza rektora jest nieograniczona. On mianuje, on decyduje; jemu narazić się oznacza znaleźć się natychmiast w sytuacji bez wyjścia. Rektor posługuje się sforą urzędników — niewychowanych, prymitywnych, niewykształconych, których osadził na Uniwersytecie. Dyrektor administracyjny Sporek, jego zastępcy, kwestor Bunsch, dy­rektor personalny Błachut i kierowniczka Wydziału Personalnego Irena Kozioł — wszy­scy wysoko partyjni, aroganccy, nieuprzejmie rzeczowi. Cała ta, jak powiadam, sfora nieciekawych osobistości stoi gotowa, korna i posłuszna do spuszczania ze smyczy, by działać na rozkaz Magnificencji.

Od niego zależą awanse, nagrody, pozwolenia, opinie, paszporty. Sfora urzędników i sekretarzy donosi codziennie Jego Magnificencji Obywatelowi Rektorowi ostatnie plotki. Zależnie od nich rektor wydaje decyzje. Chce o wszystkim wiedzieć, aby karać lub nagradzać.

Obok urzędników spodlonych i ogłupiałych, z grona profesorów rektor dobiera sobie posłuszne swej woli narzędzia. Głównym wykonawcą jego rozkazów w stosunku do kolegów jest prorektor Sylwester Wójcik, liczący 45 lat profesor prawa administracyjnegosztywny i tępy biurokrata na poziomie kierownika urzędu pocztowego na przedmie­ściu. Innym wykonawcą woli rektorskiej jest prof. Kulczykowski, rzekomy historyk ru­chów gospodarczych i społecznych, a w rzeczywistości partyjny aparatczyk o manierach sierżanta policyjnego.

Profesor Hanausek — prawnik (związany z Urzędem Bezpie­czeństwa) jest sekretarzem PO-u, ale jest używany do wszystkiego na bok, bo nie chce robić sobie przeciwników — czeka na miejsce po Karasiu.

Senat nie istnieje. To ciało rządzące kiedyś Uniwersytetem składa się obecnie z profe­sorów — przedstawicieli Wydziałów — zastraszonych lub leniwych, oraz z urzędników administracyjnych, partyjnych przedstawicieli młodzieży, delegatów związku zawodowe­go, etc…

Na posiedzenie Senatu przynosi się sterty teczek z rozmaitymi, nic nieznaczącymi, sprawami i po kolei uchwala się wnioski stawiane przez rektora Karasia.

Jakiekolwiek zabranie głosu, próba przedstawienia odmiennego stanowiska są nie­wskazane. Rektor przerywa brutalnie, krótko. Ścina dyskusje, mrozi atmosferę. Nikt nie chce zabrać głosu, a zresztą są to wszystko sprawy drugorzędne.

Rektor zarządza, mianuje, odwołuje kierowników naukowych instytutów, zakładów, katedr. Odwołuje kierownika bez zawiadomienia, mianuje nowego nie licząc się z opi­nią pracowników.

Profesor Buszko dowiedział się przypadkiem, że już nie jest dyrekto­rem Wydawnictw Naukowych UJ, a na jego miejsce jest już doc. Hanauskowa

Profesor Rajska w podobny sposób, została zawiadomiona karteczką, że przestaje być kierownikiem instytutu (czy zakładu?) fizyki (pomyłka profesora prof. Rayski? przyp, AT).

Profesorowie męczą się, milczą, chowają się i usuwają od pracy w takich wa­runkach.

Na posiedzeniu Instytutu Historii Literatury i Języka Polskiego rektor Karaś publicznie zbeształ Wilkonia – przy kolegach i przedstawicielach młodzieży! – za ja­kieś rzekome niedopatrzenie. Każdą dyskusję, rozmowę rektor przerywa i jeśli jest czymś zniecierpliwiony lub niezadowolony po prostu wyprasza z pokoju.

Doprowadził do tego, że w rektoracie nikt z profesorów już nie bywa, oprócz oczywiście służalców lub wezwanych.

Siedzą tam na korytarzu, zmęczeni, starsi profesorowie wśród gwaru stu­dentów załatwiających swe zwolnienia, stypendia, czołobitne hołdy lub zaproszenia dla Jego Magnificencji.

Profesorowie mają dostęp tylko poprzez sekretarkę, która wyzna­cza dzień przyjęcia przez „Pana Rektora” za tydzień lub dwa tygodnie. Poza urzędnika­mi administracyjnymi i figurami partyjnymi dostęp do rektora ma prof. Leszek Hajdukiewicz — dyrektor Archiwum. To on pisze rektorowi przemówienia, podsuwa memoriały, a jako obeznany z historią UJ wydaje także opinie. Należy on, obok prorek­tora Wójcika, dziekana Kulczykowskiego, sekretarza Hanauska, do najbliższych dorad­ców rektora Karasia.

Wszystkie przysłowiowe wady, upodlenia i intrygi szerzą się znakomicie w tych wa­runkach. A ponieważ rektor jest cynikiem bez czci i wiary, ponieważ łotrostwo uważa za siłę charakteru, a za charakter umiejętność podlenia się, więc przez dwadzieścia lat rzą­dów na Uniwersytecie doprowadził do rozkładu i upadku wielu jego instytucji.

Dzięki oparciu o Partie Karaś faktycznie rządzi od 1957 roku.

Raz jest pierwszym sekretarzem POP-u, kiedy indziej dziekanem, potem prorektorem i zawsze zabierał głos o sprawach lub ludziach. A głos ten jest z reguły nieżyczliwy dla kolegów starszych, zasłużonych lub niezależnych. Karanie, besztanie, mianowanie — słowem władza — sprawia mu nieskończoną przyjemność.

Obok tego wszystkiego jest próżny i łasy na zaszczyty. Ciągle szuka, wyłapuje jakieś honory, doktoraty, uznania. Zauważyłem, że najchętniej wciąż chodziłby w todze, w gronostajach, z berłem i zabierał głos i zbierał oklaski.

Mówi źle, dykcję ma fatalną, a kalec­two sprawia, że czyta z trudnością. Jest lasy na zaszczyty, a równocześnie nie umie się znaleźć i zachować. Kompleks nieśmiałości podnieca w nim niezadowolenie. Muzeum UJ, Collegium Maius, tradycje, obrzędy uniwersyteckie budzą w nim ukrytą zawiść.

I właśnie taki człowiek, bardzo złego gatunku, popierany przez Ministrów, Partię, konsula radzieckiego (dicke Freundschaft) chce (widzę to wyraźnie) usunąć mnie z Mu­zeum UJ, zagarnąć to Muzeum i zniszczyć je lub zredukować. Czeka mnie z nim nie la­da walka i to bez sojuszników.

14 stycznia środa 1976

s.525

Nagle telefonicznie zostaje zwołane posiedzenie kierowników zakładów. Rozkazy, dyspozycje, bez dyskusji. Mamy opracować listy przydatności poszczególnych osób w za-ktadach uniwersyteckich nam podległych. Już — bez pytań, bez wątpliwości — wypeł­nić ankiety tak jak sobie władze życzą. Władze? Jakie? Po co?

Nic nie wiadomo. W połowie posiedzenia wpada rektor (dyrektor) Mieczysław Ka­raś, śpieszy się, nie może długo tłumaczyć, o co idzie. Zaleca, aby wykonać polecenia. Zamyka posiedzenie.

Sprawa przykra i drażliwa. Zdaje się, że idzie o redukcje paru tysięcy pracowników szkól wyższych — w całej Polsce oczywiście — ale cel opracowania tej ankiety trzyma­ny jest w tajemnicy.

s.553

20 kwietnia wtorek

Do ogrodu Collegium Maius chce koniecznie wjechać wielki wóz ciężarowy, tzw. wywrotka. Brama zmieści go, ale tylko przy największym wysiłku kierowcy tak wielkiego sa­mochodu. Dyrektor administracyjny Sporek (poziom dyrektora wapiennika) napiera na mnie. Nie zgadzam się. Zasłaniam się konserwatorem. Kossowski stoi po mojej stronie.

Boję się Sporka — ma dostęp do Rektora. Facet podobno jest z UB, podobno wysoko-partyjny, a tak w ogóle półinteligent.

W Uniwersytecie zauważyć można wyraźny kurs anty-inteligencki i anty-profesorski („zmiana kadry”).

Na czele tej rewolucji kulturalnej stoi Rektor Karaś.

Wytępimy”, „co stare musi zginąć”, „konieczność nowego”., „wymagania życia”. Szkody będą wielkie.

Równocześnie Karaś narzeka, że profesorowie nie przychodzą do niego, do rektora­tu. Każdy się boi! Wobec każdego zachowuje się brutalnie. Taki ma styl.

2 lipca piątek s.558

Zamiana Uniwersytetu Jagiellońskiego ze szkoły w Instytut Propagandowy Polskich Komunistów. Ogromne sumy idą na te cele. Dola­ry! „Polonia” — Towarzystwo Łączności z Polakami za Granicą sprowadza rzesze mło­dzieży amerykańskiej polskiego pochodzenia i tu mają się rzekomo uczyć na Uniwersytecie ..Jagiellońskim”(!j. W rzeczywistości gosz­czeni, obwożeni, witani, bałamuceni, nie widza wiele, niczego się nie uczą, ale zadowoleni wra­cają do Stanów Zjednoczonych i opowiadają jak to w Polsce wszystko jest OK.

Wszyscy są przekupywani. „Fundacja Ko­ściuszkowska” w pierwszym rzędzie, z Kusielewiczem na czele.

1977

10 sierpnia środa

Zgon Karasia! Powtórzyło się dokładnie tak jak było z Lepszym w 1964 roku. I Lep­szy do ostatniej chwili trzymał w tajemnicy swą chorobę. Ciągle mówiono wtedy, tak jak teraz, że Lepszy ma się lepiej, że już jest rekonwalescentem, że lada chwila zacznie urzędować.

Śmierć Karasia to ulga dla Uniwersytetu.

Z dziennika wypadków w życiu akademickim w PRL

baner historia PRL

Z dziennika wypadków w życiu akademickim w PRL

[zapisane w : Estreicher Karol – Dziennik wypadków tom V 1973-77 (s.589-593)]  – Dla przyszłego historyka Uniwersytetu Jagiellońskiego

„Podstawowym zadaniem szeregów partyjnych („POP”) jest „umacnianie i pogłębianie socjalistycznych treści w życiu Uczelni„. Wymaga to dysponowaniem liczną kadrą odpo wiedzialnych i „ofiarnych” działaczy — członków Partii.

Wzrost szeregów partyjnych od 1968 roku jest największą troską czynników partyjnych UJ.

Rozwinięto szeroką akcję re krutacyjną wśród młodszych pracowników, stażystów i asystentów”. Mimo obietnic, mimo przywilejów i korzyści nadawanych kandydatom partyjnym (pensji, mieszkań, paszportów i wyjazdów zagranicznych) napływ kandydatów od lat jest marny. Z pomiędzy asystentów i studentów mało kto zapisuje się w szeregi komunistów. Członkami organizacji partyjnej w Uniwersytecie Jagiellońskim są głównie urzędnicy administracji, niemal z reguły (na wyższych stanowiskach!) łapownicy i rozrabiacze. także (na Wydziale Prawa) krypto mi licjanci i tajniacy udający studentów, a rozsiani w domach akademickich.

Poziom ideowy aparatczyków partyjnych jest bardzo niski. Nikt z nich nie wierzy w hasła głoszone oficjalnie na zebraniach, kursokonferencjach, na poufnych sympo zjach. Partyjni asystenci, adiunkci, docenci, a także profesorowie wstydzą się swej przy należności do Partii. Nie mówią o tym. Największą dla nich przyjemnością jest jeżeli ktoś udaje, że nie wie. Partyjny nigdy — ale to nigdy — nie oświadczy, że jest partyjnym. Największym nietaktem (można za to grubo zapłacić!) jest uczynić jakąkolwiek aluzję do Partii i przynależności do niej.

Do dobrego wychowania, do obyczaju należy — jeże li już ktoś się dowie, że drugi jest partyjny, lub gdy ktoś się przyzna do przynależności do Partii — do dobrego tonu należy wyrazić zdziwienie i zaskoczenie („tak?! — Pan na leży do Partii; nie wiedziałem o tym”.) Na temat Partii się nie mówi, nie wymienia tego słowa. Dlaczego? Bo wszyscy, a przede wszystkim partyjni wstydzą się. Boją się, wsty dzą, nie wiedzą co z tą przynależnością partyjną zrobić. Być dumnym czy ukrywać się? Wolą (z wyjątkiem oficjalnych działaczy „aktywistów”), jak długo się da, ukrywać się.

Innym sposobem (szeroko stosowanym) to udawanie liberała. Czasem może i jest to szczere, ale zawsze bez świadków. Partyjny rozgląda się dobrze, a potem daje poznać, że jest po stronie rozmówcy, że to co się dzieje w Polsce jemu też się nie podoba, że dążyć należy (tu rozgląda się jeszcze raz) do zmian… Myśli, że bezpartyjnego kolegę, pracow nika, podwładnego wyciągnie na zwierzenia. Nie wie, że na ogół ludzie — społeczeństwo — informują się wzajemnie i ostrzegają przed partyjnymi. Jakże często na Uniwersytecie Jagiellońskim słyszę i na odwrót (i ja to także czynię): „proszę uważać XYlub NN jest partyjny.” Czasem daje się do poznania, że „to bardzo porządny człowiek choć partyjny.”.

Rektor Karaś celuje w metodzie prowokowania zwierzeń, i gdy tylko zamkną się drzwi rektoratu zaczyna rozmowę tonem budzącym zaufanie. Pyta o problemy uniwer syteckie i wyciąga na zwierzenia i donosy. Ponieważ profesorowie, zwłaszcza młodsi, chcą mu się przypodobać więc potakując zaczynają mu opowiadać swoje ambicje i kło poty. Nie wiedzą, że Pan Rektor („Jego Magnificencja”) nie tylko słucha, ale wszystko jest notowane na taśmie podsłuchowej.

Osobny rozdział w życiu uniwersyteckim to donosy . Celują w tym przede wszystkim urzędnicy zwani szumnie dyrektorami administracyjnymi. Jest ich aż czterech. Naczelnym jest Sporek — prymityw na poziomie murarza, albo majstra budowlanego, i jego zastępcy: Turski (poziom konduktora autobusowego, nie! kontrolera!), niejaki Błachut (wyraźny agent Urzędu Bezpieczeństwa) i buchalter, „kwestor”, niejaki Bunsch (syn malarza, intrygant i złośliwiec). Dyrektorzy ci zostali przydzieleni Uniwersytetowi z Zakładów Wapiennych czy Kruszywa, z Azotów czy z czegoś podobnego. Woła ich „JM Rektor” i wysłuchuje codziennie ich donosów na siebie wzajem i na profesorów.

W rękach tych niedokształconych, opanowanych manią władzy urzędników znajdują się losy około 20 tysięcy osób: awanse, pensje, mieszkania. Wszyscy są uzależnieni od de cyzji „obywatela Rektora”, decyzji bezapelacyjnych i niekontrolowanych.

Senat akademicki właściwie nie istnieje. Zasiadają tam mianowani dziekani (partyjni), zastraszeni prorektorzy, urzędnicy administracyjni uzależnieni od Karasia, delegaci Partii i młodzieży. Senat nie ma żadnego znaczenia. Nuda i fałsz panują na posiedzeniach.

Donosy, oskarżenia, intrygi — to codzienna porcja rektora (mianowanego!) Mieczysława Karasia. Lubuje się on w tego rodzaju postępowaniu. Pławi się z lubością w płot kach. On, prowincjonalny członek KC Komisji Kontroli Partyjnej w Warszawie. Tam nie ma żadnego znaczenia, ale tu w Krakowie jest bardzo ważny.

Nałykawszy się plotek i donosów „ob. J.M. Rektor” zaczyna przyjmować strony…

Profesorów nie widzi się w rektoracie. Z teczkami i sprawami przybywają prorektorzy (jest ich czterech: Hess, Surma… i Wójcik). Każdy z nich się podlizuje, jak tam umie i może, ale to i tak nie chroni ich od besztania i obrażania przez „obywatela rektora”. Rektor bowiem (bez jednego oka, a źle, bardzo źle widzący na drugie) łatwo wpada w rozdrażnienie, a pewny swej bezkarności rozpoczyna rozmowę od besztania. Potem dopiero zaczyna załatwiać sprawy.

Karaś jest człowiekiem bystrym, szybko się orientującym, szybko się decydującym, energicznym, ambitnym. Ma znajomość ludzi i spraw środowiska inteligencji. Obdarzo ny jest doskonałą pamięcią, tak jakby natura wynagradzała mu kalectwo. Te zalety i ta lenty powiększa wykształcenie językoznawcy nabyte w dobrej szkole Nitscha i Taszyckiego (w latach 1945-1955). Od 1957 roku zajmuje w Uniwersytecie decydujące i władcze stanowiska: dziekan, sekretarz organizacji partyjnej, prorektor, rektor. Praco witość i ambicja wybicia się sprawiły, że wysunął się na czoło. Spryt pozwolił mu zyskać zaufanie dygnitarzy partyjnych w Warszawie. Lata 1944 i 45, gdy służył w Milicji Ludo wej dały mu bezcenne związki z dzisiejszymi dygnitarzami tajnej służby bezpieczeństwa. Dostęp do tek i papierów personalnych UJ pozwala mu być poinformowanym o kolegach. Zna ich zalety, charaktery, ale także i ich grzechy… Dla słabych jest wyniosły i brutalnych, dla silniejszych od siebie uniżony, grzeczny i posłuszny.

Wady i świństwa charakteru przewyższają zalety. Karaś jest zepsuty władzą. Od lat przeszło dwudziestu jest przyzwyczajony do świetnych dochodów, do tego, że ciągle idzie w górę, do uniżoności, do obsługiwania przez urzędników, do auta, do hołdów, gronostajów, łańcuchów, do szoferów, do uległości słabszych i do uległości wobec moc niejszych. Stracił równowagę, tak jak to bywa z władcami i dygnitarzami. Przyzwyczaił się, że awansuje, że każdy rok Jego Magnificencji Rektora Uniwersytetu Jagiellońskie go (mit w społeczeństwie ciągle działa!) wynosi go o stopień w górę. Drażni go już nie tylko każde niepowodzenie, ale i każda przeszkoda…

Do tego dołącza się skrajna za zdrość i zawiść. Jak zawsze u ludzi, którzy intelektualnie zardzewieli, jest chorobliwie zazdrosny o cudze sukcesy czy osiągnięcia, zazdrosny o stanowisko, o posiadanie. Wieczne rozdrażnienie i kłopoty na stanowisku rektora pogłębiają te słabe strony cha rakteru. Stosunki domowe ma także nie najlepsze! Córka, która ukończyła anglistykę, ojca nie lubi. Niemal na siłę została, teraz w tym roku, sprowadzona z Anglii, gdzie chciała zostać, „wybrać wolność” — co złamałoby karierę ojca.

Na Uniwersytecie, do chwili mianowania Karasia rektorem, stosunki nie były inne. Organizacja partyjna składała się z kilku, kilkunastu profesorów i z urzędników administracyjnych o bardzo niskim poziomie umysłowym.

W 1968 roku, przed dziesięciu laty, Karaś obiecał zmienić ten stan rzeczy. Zabrał się do tego w sposób sprytny, a bezwzględny. Przede wszystkim zamienił urzędników administracyjnych. Usunął sta rych partyjnych łapowników, jak np. Wlodka i Hajeca („dyrektorów administracyjnych”). Wyrzucił ich odkrywając ich grzechy, a na ich miejsce sprowadził nowych, złośliwszych, bezwzględniejszych i bardziej tępych. Na poufnych posiedzeniach tzw. Małego Senatu dał im do poznania, że profesorowie i asystenci są na Uniwersytecie złem koniecznym, że zadaniem uczelni jest nie uczyć lub szerzyć wiedzę — ale przede wszystkim panować nad młodzieżą, aby przypadkiem się nie burzyłai za dużo nie gadała.

Sporek, były dyrektor z fabryki Azoty czy przetwory wapna (i jego towarzysze)  zrozumieli w lot te intencje Karasia. Kierowniczką spraw personalnych profesorów zostala przystojna, umalowana, upięta, ufryzowana i uperfumowana pani Irena Koziołowa, jeszcze nie tak dawno dziewczyna na posyłki, bez szkoły średniej, bez cienia wykształcenia, której Partia nadała rozmaite tytuły: maturę, magisteriat, etc. Wszystko to było sztuczne, fałszywe. Mały buchalter Bunsch będący na poziomie księgowego z zakładu produkcyjnego został naczelnym kwestorem. Otrzymał ogromne fundusze i nieograniczone możliwości. Intrygował i donosił na profesorów do rektora. Profesorowi Buszce rektor odebrał kierownictwo wydawnictwami, a przyznał je pani Hanauskowej, rzeko mej docentce (!) prawa, a w rzeczywistości pracownicy milicji.

W ciągu ostatnich pięciu lat, gdy tylko Karaś utwierdził swą władzę, w sposób istotny naruszył dawny Uniwersytet — zmienił go, i to na gorsze.

Profesorowie wszystkich wydziałów zamilkli. Starsi ustąpili, a młodsi, jeśli tylko nie są partyjni — milczą. Na wydziałach przyrodniczych panuje głucha niechęć w stosunku do rektora.

Hulają urzędnicy. Rządzą Domami Akademickimi, przebudowują, urządzają, zaku pują. Stare meble uniwersyteckie (jakże często zabytkowe!) zostają porąbane, a na ich miejsce urzędnicy — „zaopatrzeniowcy” kupują liche nowe. Przerób. Premia. Łapówki od dostawców uspołecznionych.

Prawdziwa nauka pod rządami Karasia ustała. Na to miejsce wystąpiła czcza propa ganda.

Rzekomo rozbudowano naukowe studia dla tzw. Polonii zagranicznej (idą na to miliony złotych), potworzono niby-naukowe zakłady „badań”nad dziejami emigracji w Stanach Zjednoczonych i nastąpiła zaraźliwa moda zawierania rzekomo „naukowych umów”.

Rektor i jego grzeczni asystenci jeżdżą gdzie się da za granicę i tam zawierają umowy o współpracy z jakimiś prowincjonalnymi uniwersytetami. Nic z tego nie wyni ka prócz bankietu, diet, reklamy w gazetach. Gdy już owe zagraniczne umowy o współ pracy się skończyły zaczęto zawierać umowy z tzw. „Zakładami pracy”. Znowu śniadanko, gadanie, podpisywanie aktu, wyjazd, hołdy, diety. Blagi te Karaś doprowadził do perfekcji, a usłużni, spodleli dziennikarze rozsławiają.

Krajowe umowy o współpracy nie dają dochodów i diet w dewizach. Znaleziono inne, głupie i nieuczciwe źródło —doktoraty honorowe. Chcąc się przypodobać ambasa dorowi Starewiczowi z Londynu Karaś nadał doktorat honorowy nie mniej nie więcej tylko Feliksowi Topolskiemu. Zresztą, jeszcze ten, w końcu artysta, niech będzie. Ale doktorat honorowy dla Piszka!? Piszek jest businessmanem w Filadelfii. To ciemnaosobistość. Rzekomo — tłumaczył się Karaś — miał zapłacić Uniwersytetowi w dola rach. Mówiło się o 50 tysiącach.Dla UJ nie wpłynęło nic! W Stanach Zjednoczonych mówi się głośno, że Piszek te pieniądze wpłacił… Ale komu? Podobnie pisał Zabłocki z Kongresu Stanów Zjednoczonych: „Gdzie podziały się dolary? Kto je ukradł?” Za doktorat honorowy Uniwersytetu w Sofii dla Karasia doktorat honorowy w Krakowie, etc., etc…

Karaś stracił zupełnie poczucie rzeczywistości. Bez ustanku zwołuje uroczyste posiedzenia, występuje w gronostajach, w łańcuchu, przy berle, upaja się hołdami i prowincjonalną czołobitnością. Całkowicie zanikła skromność. Utwierdziwszy się na krześle rektorskim, pewny bezkarności, żądny prowincjonalnych sukcesów, będąc pewny, że w ten sposób pójdzie do góry — wyżej, wyżej… Marzy mu się kariera polityczna — ministra, premiera, Przewodniczącego Rady Państwa. Upaja się możliwościami.

Nie wie, nie spostrzega, że wszyscy mają go dość. Przede wszystkim jego partyjni to warzysze, którzy też się chcą nałykać. W Warszawie opinia o Karasiu jest zła. Przed la ty pokłócił się z szoferem o nazwisku Nalepski i ten zaskarżył go do sądu. Sprawę udało się umorzyć, ale w KC w Warszawie zostały w teczce personalnej Karasia zeznania Nalepskiego o przyjaźniach Karasia z Haraschinem i innymi podobnymi figurami. Karto teka Karasia nie jest zamknięta. Ministerstwo ma przeciw niemu duże zastrzeżenia, a krakowska organizacja partyjna też przestała go kochać. Moim zdaniem — okaże się to w najbliższej przyszłości, za rok, półtora — rozpoczął się zmierzch Karasia.

Ale czy po nim nie przyjdzie ktoś gorszy? Na pewno nie przyjdzie lepszy. Ale nawet jak przyj dzie gorszy, to przez pierwszy rok będzie reformował, nagradzał, ustawiał swoich pro tegowanych. Czy prawdziwej nauce na Uniwersytecie pozwoli to żyć? „

UWAGI – jw

Niestety historycy UJ jakby tych dzienników nie czytali:

Lustracja dziejów Uniwersytetu  Jagiellońskiego

List otwarty do Prezesa Polskiej Akademii Umiejętności

Ja mogę tylko dodać, że ten opis nie jest dla mnie czymś niezwykłym, poza tym że jest ! W tamtych czasach też tam byłem i niejedno widziałem. Generalnie tak to odbierałem, choć z innej pozycji siedzenia.

Jak się na to zamknie oczy, jak się zamknie teczki z tych czasow i późniejszych, to można pisać takie dyrdymały jak wDziejach Uniwersytetu Jagiellońskiego’ ale nibynaukowcom III RP – beneficjentom tamtych czasów i tamtych rektorów, towarzyszy, tępaków – bardzo się to podoba, a bardzo im się nie podoba jak ktoś napisze prawdę, której co prawda mają szukać (za pieniądze podatnika rzecz jasna) ale ją ukrywają, bo nauka, jak i zwykła przyzwoitość są im obce. Klonują sobie podobnych i nadal aktualne jest pytanie Czy prawdziwej nauce na Uniwersytecie pozwoli to żyć?’

Mieczysław Karaś – rektor UJ, wizjoner socjalistycznej Alma Mater

baner-czlowiek-nauki6

Mieczysław Karaś

Encyklopedia – Interia

KARAŚ Mieczysław (1924-77)
językoznawca; prof. i rektor (1972-77) UJ; kierownik Pracowni Atlasu i Słownika Gwar Polskich PAN; red. Małego atlasu gwar polskich; prace z dialektologii i onomastyki pol. i słowiańskiej (m.in. Polskie dialekty Orawy); nagroda państwowa (zespołowa) 1972.

———

Jarosław Szarek – Ośrodki życia intelektualnego krakowskiej opozycji 1945-1989

OMP

Dekada lat 70. była okresem, w którym komuniści prowadzili politykę indoktrynacji oraz całkowitego podporządkowania społeczeństwa PZPR, której instytucjonalny i ideologiczny monopol był rozbudowywany przez całą dekadę. Wyrażała to m.in. działalność rektora UJ, Mieczysława Karasia, który nakazał zwracanie się na uniwersytecie przez „obywatel” zamiast „pan” organizował dla „niedziele czynu partyjnego” i dążył by Uniwersytet Jagielloński b„uczelnią nie tylko najstarszą, ale przede wszystkim najlepszą u największą, godną określenia Alma Mater, socjalistyczną”.

———-

„LingVaria”

W trzydziestolecie śmierci Profesora Mieczysława Karasia, Profesora i Rektora UJ, a równocześnie Kierownika Pracowni Atlasu i Słownika Gwar Polskich PAN w Krakowie, przemianowanej później na Zakład Dialektologii Polskiej Instytutu Języka Polskiego PAN, wracamy myślą – zgodnie z tytułem niniejszego wystąpienia – tylko do wycinka twórczości wybitnego uczonego, a mianowicie do Jego pracy nad dwoma największymi dziełami dialektologii polskiej, jakimi są Mały atlas gwar polskich oraz Słownik gwar polskich, i do osoby Profesora z którym stykaliśmy się niemal codziennie przez długie lata. Różnorodną działalność i znakomite osiągnięcia naukowe tego wybitnego uczonego scharakteryzowano już w licznych szczegółowych studiach Wymienione poprzednio zadania naukowe łączył profesor Karaś z pracą dydaktyczną na Uniwersytecie Jagiellońskim i z indywidualną niezwykle intensywną i różnorodną pracą naukową głównie na niwie dialektologii, historii języka, języka współczesnego, slawistyki i onomastyki. W ogromnej bibliografii Profesora, liczącej przeszło 300 pozycji, jest wiele dużych pozycji książkowych (zob. Cygal, Rudek 1986). Był autorem syntez i prac materiałowych. Twórczość Mieczysława Karasia jest obfita, ważna i inspirująca
———

 

GW

13 sierpnia 1977. 26 lat temu w Alei Zasłużonych cmentarza Rakowickiego spoczął Mieczysław Karaś, rektor UJ, przewodniczący Komitetu Krakowskiego Frontu Jedności Narodu. Prof. Mieczysław Karaś otrzymał pośmiertnie medal „Merentibus”.

——————

Bajdy, bajki i ziarno prawdy o współczesnej filozofii polskiej

Jerzy Perzanowski

Czystkę na UJ zdecydowano odwlec do 1963 r., w którym prof. Ingarden przechodził na emeryturę. Wykonanie jej powierzono Wydziałowi Nauki przy KW PZPR w Krakowie (pod kierunkiem tow. mgr. Bogdana Kędziorka) oraz Komitetowi Uczelnianemu PZPR na UJ, którym naonczas kierował niezapomniany tow. doc. Mieczysław Karaś. Wykonawcami zaś byli filozofowie partyjni z UJ, którym dano trzy lata na dokształcenie się. Oni też na akcji tej najwięcej zyskali (katedry i swobodę działania).

Portret rektora-mobbera