Ta wstrętna przeszłość

 

TA WSTRĘTNA PRZESZŁOŚĆ

Krzysztof Pasierbiewicz 

W  roku 2005, Newsweek (20/2005) przedrukował mój list, w którym skrytykowałem ideę „grubej kreski”, a także bezkompromisową i nieprzejednaną postawę zajadłych przeciwników lustracji.

Po kilku dniach od ukazania się numeru, pewnego wieczora ktoś niespodzianie zapukał do drzwi mojego mieszkania. Zdziwiłem się, kto mógł się dostać na klatkę schodową nie korzystając z domofonu. Okazało się, że przed drzwiami stoi sąsiad z pierwszej klatki, niepozorny jegomość, którego znałem z widzenia od lat. Mówiliśmy sobie dzień dobry, bo mieliśmy sąsiednie garaże. Ale nigdy z nim nie rozmawiałem, gdyż robił wrażenie bardzo nieśmiałego.
Zauważyłem, że pod pachą trzyma ostatni numer Newsweeka.
Sąsiad grzecznie spytał, czy może na chwilę wejść. Poprosiłem go tedy do 
salonu i spytałem, co też go do mnie sprowadza.


– Pozwoli pan, że się przedstawię – zaczął podając imię i nazwisko, po czym dodał. – Zapewne pan nie wie, że jestem emerytowanym oficerem Służby Bezpieczeństwa, a przez szereg lat jednym z moich zadań było rozpracowywanie operacyjne krakowskich uczelni. Po przeczytaniu pańskiego listu w Newsweeku przychodzę do pana, bo widzę, że jest pan bardzo naiwny i niech się pan nie obrazi, ale zielonego pojęcia pan nie ma, jak było naprawdę.


Poczułem za uszami przyśpieszone tętno i w pierwszym odruchu chciałem wyprosić ubola za drzwi, lecz ze wstydem przyznaję, iż nie mogłem się oprzeć ciakawości, co ten gagatek może mi mieć do powiedzenia.
– Czyżby mnie pan chciał zwerbować – zażartowałem cierpko.
Ubek popatrzył na mnie z nieskrywanym politowaniem i wypalił prosto z mostu.
– Wy naukowcy, jak dzieci!
– Nie rozumiem – spytałem obcesowo unosząc się z krzesła.
– Ależ drogi sąsiedzie! – uśmiechnął się szyderczo ubek i pociągnął dalej. – Spokojnie! Niech się pan nie złości. Gdyby pan mógł wiedzieć, co ja 
miałem z tymi naukowcami! Ja proszę pana nie musiałem nikogo werbować. Sami przychodzili. A jak się zaczęła ta wasza Solidarność, to musiałem prosić wartownika na bramie żeby mówił, że mnie nie ma, bo się proszę pana pchali drzwiami i oknami. A jakby pan wiedział ilu pana kumpli kablowało, to by panu kapcie spadły…

Nie odważył się tego powiedzieć, wprost, ale dał mi wyraźnie do zrozumienia, że dla niego komuna nie upadła, że jest przekonany, iż to tylko chwilowe zawirowanie historii, bo i tak wszystkie sznurki oni mają w ręku.

Gdy się go w końcu pozbyłem i zdołałem troszeczkę ochłonąć skonstatowałem ze zgrozą, że ten facet przypuszczalnie mówił prawdę. Nie miał przecież najmniejszego interesu, by mnie okłamywać. Oszczędzę państwu detali jego opowieści. Nie zapomnę jednak nigdy tej jego bezczelnej pewności siebie i chłodnego, cynicznie lekceważącego uśmieszku. Wtedy zrozumiałem, że są wciąż między nami ludzie skażeni genetycznie komuną, albo jak ktoś woli, osobnicy patologicznie niereformowalni. No i, co tu dużo mówić, bardzo niebezpieczni.

Tyle opowieści.

Jednakże, wspomnienie słów butnego ubeka i jego stosunku do ludzi nauki wracało później jeszcze wielokrotnie. Szczególnie, gdy niektóre, starannie wyselekcjonowane autorytety naukowe, nad wyraz zapalczywie ganiły szkodliwość lustracji, kiedy kamienowano Wildsteina za jego słynną listę, gdy opluwano Instytut Pamięci Narodowej…, można by długo wymieniać.


Do śmierci nie zapomnę tej panicznej histerii na uczelniach, kiedy nas poproszono o złożenie deklaracji lustracyjnych. A cóż, to, komu szkodziło? Moim zdaniem zadeklarowanie, że się nie współpracowało ze służbami PRLu było powodem do chluby, a nie do protestów.

Ktoś zaraz zapyta, po co o tym wszystkim piszę. Już widzę tych, którzy grzmią z oburzeniem, że żyję przeszłością, że nie umiem myśleć pozytywnie, że łamię zasady politycznej poprawności, że jątrzę, że sieję nienawiść… – przerabialiśmy te wszystkie oklepane argumenty po stokroć.

Otóż pragnę wyraźnie zaznaczyć, iż jestem święcie przekonany, że pracownicy naszych uczelni to w znakomitej większości wspaniali, mądrzy i uczciwi ludzie, których darzę bezgranicznym szacunkiem.

Jednakże, osobiste doświadczenie pozwala mi sądzić, że już czas najwyższy by odważnie i szczerze powiedzieć, że środowisko nauki nie składa się niestety, jak się powszechnie uważa, li tylko i wyłącznie z kryształowych ludzi.

(fragment tekstu  z niezalezna.pl 2011-02-15)http://niezalezna.pl/5912-ta-wstretna-przeszlosc

zamieszczonego na tej stronie za zgodą autora.

Reklamy